piątek, 17 czerwca 2011

other side of the world

Od 7 rano powszechne ochy i achy. I o Jezu i oranyboskie. I aaaaa...! I to wszystko przeze mnie. Nikt nigdy nie nauczył mnie bycia w centrum uwagi, więc czułam się jak kosmita. Ale w sumie bajer, czemu nie. Zadziorny dzień. Dzień na kontrze. Spiętrzone zadania, papiery, pieczątki, podpisy. Kasa wypłaciła mi pieniądze na wyjazd służbowy, więc plany na przyszły tydzień mają się coraz lepiej. Nerwy i piasek pod powiekami. Kolejna strona dokumentów. Ale te dwa dni wolne w perspektywie jakoś mnie trzymały w pionie. W ciągu ostatnich  dwudziestu dni miałam jeden dzień wolny (słownie: jeden). Niewyobrażalne. Dziś już wariowałam. Dość. Popołudnie w pustym domu, z prywatnym kompem i z muzyką. I kryzys przyszedł sam, niezapowiadany. Kilka starych maili, na które wpadłam przypadkowo, choć wcale nie chciałam. Maile, które przejrzałam i które spowodowały, że rozmazałam się jak miś panda. Wieczorem jeden kolorowy drink z Mamą i jestem teraz nieprzytomna. Powinnam iść spać, ale boję się, o czym będę myśleć z głową na poduszce, bez sił, żeby się jakoś przed tym wszystkim bronić. Bo to wszystko wraca tylko wtedy, kiedy nie mam siły na jakiś pancerz ochronny, który nie pozwoli mi się do końca rozkleić. Nie rozumiem. 
W głośnikach KT Tunstall sprzed lat.
 
Czasami coś samo przychodzi, ale samo za cholerę nie chce zniknąć. Ledwo żyję.
Z.

Brak komentarzy: