wtorek, 21 czerwca 2011

pociąg do Warszawy

Kilka dni temu w biurze:
Szefowa (wpadając do mnie): Co robisz 21 czerwca?
ja (smętnie kartkując kalendarz): Mam egzamin z rosyjskiego, zaliczam rok.
Szefowa: Musisz przełożyć. Pojedziesz do Warszawy na sympozjum.

Z radością przyjmuję propozycję i wypisuję delegację.

4.30 budzik. Dramat. Pociąg do Warszawy o 6:08. Poza mną w wagonie całe zastępy facetów w garniturach. Mam 2,5 godziny na czytanie mojej nowej czeskiej książki (o której za chwilę) i słuchanie muzyki.
Przed 9 biegnę na metro, po drodze uśmiechając się w tę stronę:
Z metra wyjeżdżam na Wilanowskiej. Mam wydrukowaną mapkę, ale to wszystko wygląda jakoś inaczej... Zaczepiam policjantów. Obracają w dłoniach moje papiery i mapy, kłócąc się, gdzie mnie pokierować. W końcu jeden mówi do drugiego: Ja panią podprowadzę, a ty lepiej idź na perony! ;) We dwójkę znajdujemy dobry kierunek i jestem na miejscu na czas.

Kilka godzin na obcej uczelni, ludzie z całego kraju, wykłady, dyskusje, prezentacje. Popołudniu znów trafiam w gorące centrum. Bardzo odpowiada mi ten wielkomiejski kurz, ten huk skrzyżowań i ludzie wiecznie w biegu. Właściwie w każdej stolicy pociągają mnie te same elementy: beton, szkło, przystanki, poukrywane zakamarki, kawiarnie, przypadkowe odbicia, obce języki, hałas, pozorny chaos, podmuch powietrza w metrze, ruch, ruch, ruch...
 
Powoli okrążam Pałac, nie mogąc się doliczyć, ile tam działa teatrów...! Zadzieram głowę i żałuję, że mam dziś tak mało czasu. Czekam, aż Spider-Mama skończy pracę. Łapię tramwaj w kierunku Ochoty i już po kilku minutach obie siedzimy nad wielkimi kawami, próbując sobie przypomnieć, ile czasu się nie widziałyśmy. Wychodzi, że ponad rok, może kilkanaście miesięcy. Gadamy tak, jakby żadnej przerwy nie było.

Później znów na dworzec i próba odgadnięcia, gdzie mój pociąg.
Znajduję peron, pociąg i swoje miejsce. Wracam do czytania. Kiedyś mój kolega w akcie desperacji chciał w pociągach podrywać dziewczyny na książki. Twierdził, że jak weźmie do przedziału odpowiednią pozycję, to takie działanie na pewno przyniesie pozytywny efekt i zapozna jakąś miłą, oczytaną pannę. Przypomniałam sobie dzisiaj tę historię, bo do mnie wczoraj pocztą dotarło moje nowe literackie znalezisko. Petr Sabach jest jednym z najpopularniejszych współczesnych czeskich pisarzy. Niedawno w Polsce ukazało się pierwsze tłumaczenie jego książki, która w Czechach miała już 15 wznowień. Ale nie wiem, czy z tą akurat książką dałabym radę poderwać kogoś w pociągu. Sami zobaczcie:
Wszystko przez tego Szczygła. Gdyby nie opowieści o największym na świecie pomniku Stalina z "Gottlandu", pewnie nie zaczęłabym szperać na necie w poszukiwaniu kolejnych czeskich smaczków. Po 3/4 tej książki polecam ją z czystym sumieniem, bo jest bardzo czeska, obfituje w zaskakujące rozwiązania fabularne i jest świetnie przetłumaczona - w kilku miejscach padłam ze śmiechu i z szacunku nad tymi pomysłami.

Miałam być dziś na koncercie Gogol Bordello. Ba, miałam już załatwiony na jutro wolny dzień i wczoraj już jechałam po bilet. I miałam nawet gdzie się przekimać. I ten służbowy wyjazd spasował mi jak nigdy wcześniej. Ale wyszło inaczej. Zdarza się. Nie ma tragedii.

Może jutro "Jesus Christ Superstar" w parku chorzowskim? Na koniec sezonu?

Zł.

Brak komentarzy: