środa, 8 czerwca 2011

telefon

Po kilku godzinach stresów spowodowanych dzisiejszą imprezą, którą planowałam 2 tygodnie i koordynowałam, wpadłam do mojego biura. Telefony się urywały, a ja w pokoju sama z naszym byłym praktykantem, który pomagał mi na dzisiejszej uroczystości, a po wszystkim puszczał mi na youtube swoje nowe muzyczne odkrycia (ufam mu, od kiedy dał mi Wakarczuka). Zadzwoniła słuchawka na stoliku. Na samym brzegu stolika. Sięgnęłam po nią zdecydowanie za szybko. Uderzyła o kant stołu i – nie wiem jakim cudem – poszybowała na wysokość 1,5 metra, po pięknej paraboli, w dodatku w moją stronę (praktykant spojrzał z uznaniem). Złapałam ją w locie (praktykant w szoku), nacisnęłam guzik „odbierz” (praktykantowi szczęka opadła), przedstawiłam się elegancko z imienia, nazwiska i instytucji i dopiero wtedy dotarło do mnie, jaką drogę przebyła ta słuchawka w ciągu jednej sekundy i że to wszystko wygląda jak w jakiejś taniej farsie. I zanim odezwał się ktoś z drugiej strony, prosto do mikrofonu wybuchłam takim śmiechem, że praktykant prawie rąbnął pod stół. Po chwili ze słuchawki dotarł do mnie męski śmiech, najwyraźniej do mojego rozmówcy dotarła cała dziwaczność tej sytuacji… Dzwoni do naszej szacownej instytucji, a po profesjonalnym powitaniu czekało go tylko nieokiełznane rżenie i jakieś niezrozumiałe gulgotane półsylaby… Ilekroć któreś z nas próbowało powiedzieć „przepraszam”, to drugie miało kolejny napad nieopanowanego śmiechu. Najgorzej, że wciąż nie wiedziałam, z kim rozmawiam, tym bardziej, że telefon, który odebrałam, nawet nie był mój… Po kilkudziesięciu sekundach rechotu rodem z domu wariatów, jemu udało się przedstawić, a mnie udało się go przeprosić. Odniosłam koleżance telefon, po drodze zataczając się na miękkich kolanach i obijając o framugi. W pokoju czekał na mnie popłakany praktykant. Mówił, że szacun.

Udało się dzisiaj. To nic, że miał być plener, a na pół godziny przed imprezą lunęło… Przenieśliśmy się do środka. Przyszło więcej ludzi, niż się spodziewałam. To była fajna i mam nadzieję przydatna uroczystość, zorganizowana pod kątem wewnętrznego PR instytucji, ukłon przede wszystkim w stronę pracowników. Było mnóstwo mediów, przed chwilą widziałam nas w telewizji, wcześniej słyszałam nas w kilku radiostacjach (uwielbiam nasz monitoring mediów!), jutro przeczytam w gazetach. Cudownie jest mieć świadomość, jak się to wszystko zaczyna, jak tworzy się scenariusz dokładny co do minuty, jak wykluwają się pomysły i jak przekonuje się do nich innych. Odpowiada mi rola Anonimowego Organizatora. Walczę z czymś kilkanaście dni tylko po to, żeby uroczystość wyglądała tak, jakby działa się sama z siebie. 200 osób dookoła, a ja w kącie wsadzam nos w scenariusz i punkt po punkcie widzę, że się zgadza... I z każdą minutą czuję się pewniej. Bezcenne!

Weekend za 10 dni. I jakieś dwa miesiące do urlopu. 

Zł.

Brak komentarzy: