niedziela, 5 czerwca 2011

wystawa

Mało snu, dużo pracy, pełen wymiar słońca. Wczoraj wiele godzin na stadionie Gieksy. Niezliczone kilometry po wszystkich korytarzach, milion naszych zadań i nadrabianie tego, czego z różnych przyczyn nie zrobili inni. Mnóstwo ważnych gości, przemiła atmosfera i potężna wygrana naszych! Brawo!
Niusem nad niusy jest jednak wystawa zdjęć, którą zorganizowałam w kilka dni. Od zera, od załatwienia i wyboru zdjęć, przez poprawianie i podrasowywanie każdego z nich, szukanie wykonawcy druku dużej ilości dwustronnie drukowanych pianek o wymiarach 1,5 x 2 metry (na kiedy? na już!), projekty każdej pianki i - co najstraszniejsze - wymyślanie i budowanie wewnętrznego systemu wystawienniczego (ok, przyznaję, że gdyby nie świetny ślusarz Darek, mogłabym już pisać wypowiedzenie). Ale udało się, w piątek w południe kurierzy przywieźli wszystko do nas, później montowaliśmy całość: poharatałam sobie ręce żyłką przemysłową i prawie odcięłam sobie rękę nożykiem do wykładzin, ale odezwał się we mnie młody inżynier i albo nie schodziłam z drabiny, albo gdzieś na kolanach mocowałam dolne rogi. Wieść gminna niesie, że wczoraj, jak Wszyscy Święci i Wszyscy Ważni obejrzeli moją wystawę, powiedzieli, że zabierają ją ze sobą, pokazać w Warszawie, w Sejmie i Senacie. Z radości umarłam na murawie stadionu i kolejny raz poczułam, że było warto, że da się, że ani nieprawdopodobny termin nie powinien mnie zatrzymywać, ani budżet. Nauczyłam się sporo o spienionym PCV, o rurkach, łącznikach trójramiennych, narożnikach, relingach, żyłkach i sponsoringu... W życiu nie spędziłam tyle czasu w castoramach. Same przyjemności;).
Jutro rozpoczynam 7-dniowy tydzień pracy. Trzy uroczystości, z czego dwie naprawdę gigantyczne. Planuję dać radę, ale diabli wiedzą, kiedy nadejdzie kryzys, a to przecież w moim wypadku nieuniknione. W głośnikach Wakarczuk i KT Tunstall. W czytaniu Janosch i Szczygieł. W planach programowy brak planów.
Zł.

Brak komentarzy: