sobota, 30 lipca 2011

hermetyczny świat

Uwaga! Dobry tekst! Enej "Hermetyczny świat".


Wkręca się. Muzycznie zupełnie zachwyca tymi dęciakami, a tekstowo przywodzi na myśl "Surrealistów" i "Rybomieczopuzon". Dobre, dobre!

czwartek, 28 lipca 2011

goodreads.com

Od tygodnia przechodzę księgarniany kryzys. Jeśli siedzę zagrzebana w koc (i w noc), czytam książkę i w tym samym czasie kątem oka nie widzę jeszcze dwóch czy trzech innych książek, których jeszcze nie czytałam, to robię się nieszczęśliwa i zmierzła. Taki stan zawisł nade mną w tym tygodniu: stosik książek-do-przeczytania malał niemal z dnia na dzień. Snułam się więc po empikach, księgarniach i aukcjach, szukając czegoś dla siebie. Każda kolejna książka w moich dłoniach okazywała się jakąś kompletną pomyłką, zupełnie jakby wydawnictwa robiły sobie ze mnie jaja. 

Wszystko przez to, że z największym trudem przychodzi mi kupowanie książek przypadkowych. Jeśli nie jestem na fali jakiegoś konkretnego autora / kraju / tematu / gatunku, to gubię się między regałami i kompletnie nie wiem, za co się złapać. Im dłużej kręcę się z pustymi rękami, tym większe ogarnia mnie przerażenie, że gdzieś bokiem omija mnie genialna literatura.

Na szczęście Pani z Biura przypadkiem poleciła mi "Niebieską księgę" Michaiła Zoszczenki. Jak cudownie jest znów mieć kogoś, kto poleca tak dobre książki! Ufam Pani z Biura, nasz literacki gust w wielu miejscach ma punkty styczne, choć jest między nami ponad 30 lat różnicy. Zoszczenkę więc zawdzięczam jej, a także temu, kto sprzedawał 500-stronicową "Niebieską księgę" za 8 zeta. Pani z Biura zawdzięczam też Szczygła. Po pożyczonym od niej "Gottlandzie", w dwa dni pochłonęłam "Niedzielę, która zdarzyła się w środę" (g e n i a l n e) i jestem gdzieś w trakcie "Zrób sobie raj". Bardzo odpowiada mi Szczygieł. Bardzo. 

Na urlop zabiorę Vonneguta. Muszę zrobić tak, żeby do wyjazdu go nie przeczytać, albo w ogóle najlepiej nie brać go do rąk dopóki jesteśmy w kraju.

Po którymś z kolei dniu księgarskiego kryzysu odczułam brak takiego miejsca w sieci, które robiłoby z książkami to, co last.fm robi z muzyką. Dzięki last.fm, od którego jestem ciężko uzależniona od 5 lat, poznałam niezliczoną ilość kapel i piosenek, takich, których w Polsce nikt nigdy by mi nie polecił. Pomyślałam o takim serwisie, który w jakiś sposób robiłby statystyki z moich ulubionych książek. Z autorów, wydawnictw, lat wydania, krajów. Poszukiwania on-line przyniosły pewien efekt: wpadłam na stronę Good Reads. Login, hasło i jestem. I to jest to, czego szukałam. Książki, które są dla mnie ważne. Potężna wyszukiwarka według autorów, tytułów, numerów ISBN. Półki. Przeczytane. Do przeczytania. Właśnie czytane. Sortuj. Pokaż. Porównaj. Poleć. Oceń. Opisz. Coś cudownego. W euforii przez godzinę wstukiwałam książki, które w totalnym chaosie kręciły mi się po głowie. Ale tylko te ważne, te które naprawdę coś dla mnie znaczyły (coś, cokolwiek, wiele, wszystko, "o wiele za wszystko", jak i Turnaua). Odkryłam tam też wielki zbiór cytatów i strony autorów. Gatunki, tagi, trivia. Może mi się wkręci. Może się sprawdzi, jak last.fm.

Złośnica


PS Jedna sprawa nie-książkowa... Chyba zrezygnuję z mojego irokeza. Mimo że jest naprawdę wielki, zadziorny i układa się bardzo fantazyjnie, to czuję, że już chyba pokazałam, co miałam pokazać i zaszokowałam tych, których miałam zaszokować... Już nie ma tego efektu! Moje otoczenie najwyraźniej odważnie uznało, że wielki irokez to mój stan naturalny;). Może to dobry moment na kolejną zmianę?

poniedziałek, 25 lipca 2011

Noel wraca

Dziś premiera solowego singla Noela Gallaghera. Gdy w 1997 roku wyszedł album Oasis "Be here now" miałam całe 12 lat i 80 zł w portfelu. I całość wydałam na tę płytę. Kupiłam ją w Bielsku, pamiętam dokładnie gdzie w Klimczoku było stoisko muzyczne. Wpadłam w Oasis po uszy. Latami nie mogłam się zdecydować, który z braci Gallagherów podoba mi się bardziej, więc profilaktycznie kochałam się w obu na zabój. Nie wierzyłam w te ich wojenki i kolejne donosy mediów, że to już koniec. Po którymś z kolei końcu ten faktyczny koniec rzeczywiście nadszedł. Zresztą ostatnia płyta Oasis mnie rozczarowała, ale to pewnie mnie się pozmieniały priorytety... Przecież teatr sprawił, że 90% tego, co było ważne, przestało w ogóle znaczyć.

Oasis się rozpadło. W tym roku objawiło się Beady Eye stworzone wokół Liama (cudownego drania w potarganych dżinsach), ale jakoś mi przeszło bez emocji. Za to dzisiejszy singiel Noela wkręcił się od razu:
Cudowny głos nie do podrobienia. Fantastyczna barwa i cuda wyprawiane na gryfie gitary. Jeśli cała płyta będzie utrzymana w tym klimacie, wchodzę w to znowu.

Jeszcze tylko raz przesłucham i znikam... A i tak nieźle się trzymam jak na kogoś kto z nerwów całą zeszłą noc gapił się w ścianę. I jak ktoś kto przytargał z apteki jakieś 400 tabletek.

185 godzin do urlopu. 11100 minut. Pilnie potrzebuję książki na urlop. Trzy, które miały ze mną jechać, jednak nie mają szans ze względu na wcześniejsze ich przeczytanie.

Zł.

czwartek, 21 lipca 2011

hiszpański temperament

- Rany, jak to jedzie! - rzekła z błogim wyrazem twarzy Złośnica, wepchnięta w fotel kierowcy siłą przyspieszenia. - Ale te światła to jest jakaś zemsta księgowego... - dodała, bawiąc się takim pokrętłem, jak zdarza się zobaczyć na starych pralkach. - I w ogóle mój w środku jest ładniejszy... Ale tak nie robi - wrzuciła kierunkowskaz i połknęła kolejny samochód na drodze prowadzącej na lotnisko (zawsze tam testujemy auta, taka tradycja). W tym czasie Brzydal vel Mąż, eksplorując kolejne schowki, perorował o detalach wykończenia i o tym, jaki wpływ na południowy charakterek miało przejęcie firmy przez rynek naszych zachodnich sąsiadów, a do tego wiercił się, przestawiał fotel i ogólnie miał galopujące ADHD.
Mnie jak najbardziej przekonuje niemiecka precyzja i hiszpański temperament. I mimo że to autko nie jest jakoś mega mocniejsze od mojego Forfitera, z przyjemnością nim trochę pojeżdżę, tym bardziej że to tylko auto zastępcze. Bałam się, że dostanę zakurzonego, obitego, podrapanego, zadymionego i wygniecionego paździocha, na którym będą napisy "samochód zastępczy dla klientów serwisu blacharsko-lakierniczego, czyli dla tych sierot, które mają rozwalone swoje własne samochody". A mam śliczne błyszczące cudeńko, którym będę się bała jutro jechać do pracy. Za moim Forfiterem już tęsknię. Nie wiem, ile tam postoi, ale oby jak najkrócej, bo w końcu i to zastępcze mi odbiorą i wtedy będę musiała wozić się dyliżansem pospiesznym linii 814 albo kraść jakiś samochód spod domu gdy domownicy będą jeszcze spać. Trzymajcie kciuki.

Zł.

wtorek, 19 lipca 2011

wywiad z Zeze

Na fejsie hula wywiad z Kubą Abrahamowiczem.
Fajny, mądry, odważny wywiad. Pewnie właśnie taki jest ten rozmówca.
"Nie rozumiem tych czasów" - mówi. Gdzieś to już kiedyś słyszałam. Ba, nie spotkałam dotąd nikogo, kto by przyznał, że te czasy rozumie.
Mówi jeszcze mnóstwo innych rzeczy. O wspólnych mianownikach, odległościach, możliwościach, o szukaniu, czekaniu, zadawaniu pytań.
Obowiązkowo do przeczytania dla wszystkich na teatralnych odwykach.

Zł.

niedziela, 17 lipca 2011

z obrazkami

Uwaga, post z dużą ilością obrazków i z wbetonowanym chaosem.

Wiem, że w wakacje nie chodzi się do kina, bo nie ma na co, ale tak wyszło, że obejrzeliśmy "Debiutantów".

Myślałam, że "Ghost writer" był najsmutniejszym filmem McGregora, ale "Debiutanci" są megadepresyjni. Ale są też magiczni. Cudownie bawią się różnymi przestrzeniami. Czasy są pomieszane tak, jakby je ktoś wrzucił do jednego pudełka i mocno potrząsnął. Mimo kilku bardzo pozytywnie nastrajających scen, całość dołuje tak, że aż później trudno było o tym rozmawiać. Ewan McGregor uroczo smutny. Zadziwiająco pewny swego Christopher Plummer i fantastyczny drugoplanowy Goran Visnjic w roli energetycznego gejowskiego zjawiska. Kradzież wrotek, polskie plakaty na ścianach, udawany Freud, w tle choroba, książki po sam sufit, globalna historia smutku na obrazkach i negacja bycia sobą. I jeszcze Arthur i jego komentarze.
Później długi spacer po Katowicach, które w letnie sobotnie wieczory są cudownie wciągające. Byliśmy wszędzie i widzieliśmy wszystko. Na ulicę Krzywą kiedyś pójdę z aparatem, bo jest obłędna. Wszędzie pełno ludzi, aż miło popatrzeć, aż miło w tym uczestniczyć.

Godziny gadania. Wieczór. Zatrzymałam się pod blokiem i włączyłam awaryjne. Gadamy. Po 10 minutach mówię ok, podjadę lepiej na parking. Siedzimy na parkingu i nadal gadamy. Po kolejnym kwadransie idziemy na ławkę. Późno, ciemno i poza jeżem pod cerkwią nie ma już nikogo. Gadamy. Jeż zniknął z oczu.

Dziś od rana w górach, bardzo dużo słońca i śmiech taki, że dziwne, że nie dostałam mandatu za zakłócanie spokoju tym, którzy w niedzielę chcą tylko odpocząć. Rozkładamy się nad rzeką i jest najpiękniej na świecie. Efekt?
Debata nad imionami i tym, jak to w ogóle będzie brzmieć. Ja bym szła dalej tropem szekspirowskim... Ale czy ona na pewno nie była czarnym charakterem...? Debata o wątpliwym efekcie estetycznym związanym z obecnością drewnianych wujków na ścianach. Zobacz, specjalnie dla Ciebie załatwiłam tę orkiestrę dętą! I tego oto wielkiego ceramicznego kota... I to, dlaczego warto czytać Ilję Erenburga; i to, dlaczego książki będziemy układać krajami; i to, jak się tankuje auto zastępcze; i to, czy 5'nizza na pewno nadaje się do śpiewania w samochodzie; i to, czy jak śpiewam "Illumination" Gogol Bordello to na pewno ruszam się i wyglądam jak Oskar z ulicy Sezamkowej?
Nadciąga dziwny tydzień. Boję się rozmowy z szefową, boję się badań, boję się dzwoniącego telefonu i boję się też tego wszystkiego co mam ochotę wywrzeszczeć. Brzydal jest w tym wszystkim najlepszy. Jest oazą spokoju (prawie jak TU ;)) ). On po prostu wie, że będzie dobrze. Ja chyba nie wiem, więc muszę się sama przekonać. Może im szybciej tym lepiej?
Zł.

czwartek, 14 lipca 2011

szop

W nagłym napadzie złego humoru rozczochrałam włosy, co przy ich obecnym kształcie daje dość zaskakujący efekt.
Brzydal zareagował tak: "Jezu... wyglądasz jak ten... no... eee... jak SZOP W SNOPĘ SIANA".
No przecież król frazeologii polskiej. Jaki szop? W jaką snopę? Fikłam.

To mi przypomina, jak wiele lat temu moja przyjaciółka po pijaku wymamrotała koledze, próbując zachować resztki godności: "Nie będę przed tobą rozdzierać szat... jak Reymont..."

Zł.

środa, 13 lipca 2011

media

W Media wybrałam piękną, wielką torbę na lustrzankę. Stałam z nią do kasy i udawałam, że kupuję ją dla siebie. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że za mną do kasy stał Brz., dzierżąc „Zrób sobie raj” i „Niedzielę, która zdarzyła się w środę” Szczygła i też ostro udawał, że sam sobie te dwie książki kupuje. 

Następnie w aucie na dwa głosy parodiowaliśmy Ryśka Riedla. Później pod znaną melodię układaliśmy nowe słowa „Móóóóój jest ten kawałek razowca…” 

Wieczorem:
Ja: Wiesz, mam tu taką nową torbę na aparat… Mogę Ci pożyczyć na ten nasz urlop.
On: No, dobra. Pożyczę Ci te obie książki.

Bo nic nie może być normalnie. Chyba że może, tylko po co? :)

Zł.
 
PS Miałam dziś w pracy sesję zdjęciową! Wszyscy pracownicy mają mieć zdjęcie podłączone do danych kontaktowych, akcja fotografowania w toku. Przyznaję, że widok takich wielkich parasoli z lampami trochę mnie obezwładnił, ale zdjęcia wyszły bajer, szczególnie te zupełnie nieoficjalne, jakieś 30 sztuk :). Zazdroszczę tym, którzy po obu stronach obiektywu czują się tak samo pewnie...

niedziela, 10 lipca 2011

I am the Wunderlust King!

Wszyscy odwiedzający bloga obowiązkowo oglądają klip do piosenki "Wunderlust King" Gogol Bordello. Tylko do końca! Oryginalny teledysk wygląda inaczej, a to jest fragment wycięty z filmu "Filth and wisdom". Cudne!
Poza tym:
  • rosyjski zdałam na 88% i mam teraz jakieś 3 miesiące wolne od nauki. Co dalej, diabli wiedzą, jak się te moje sprawy służbowe dalej będą układać.
  • połowa mojego działu rozjechała się na urlopy. Skończyli co mieli skończyć i zniknęli. Ja mam do końca lipca swój własny hardkor i milion zadań, które muszą być zamknięte jeszcze w wakacje. Trochę brakuje mi wiary, że to w ogóle jest do zrobienia, a co dopiero jak jestem z tym sama. Ale próbuję.
  • odliczam dni do naszego cudnego wymarzonego urlopu. Blisko, aż miło.
  • opowiadań Himilsbacha jednak nie da się czytać. Zaczęłam "Niebieską księgę" Michaiła Zoszczenki. Wciąga.
  • dziś bardzo gorący Kraków i teatry uliczne na każdym placu. Nie wychodzi mi ten teatralny odwyk.
W ramach kolekcjonowania maksymalnie groteskowych zdarzeń (zupełnie jakbym ich miała ostatnio zbyt mało), na piątkowym spotkaniu była cała sala VIP-ów, a między nimi ja, przyczajona gdzieś tam jako przedstawiciel mojego działu i współorganizator. I Szef Wszystkich Szefów, i prezentacja, i plany na przyszłość, i takie to wszystko poważne, bla bla bla... I jedna babka tak dziwnie na mnie patrzyła zza stołu, tak się miło uśmiechała... Nagle oświeciło mnie, że to ta sama kobita, która na początku czerwca swoim francuskim paździochem rozwaliła moje piękne autko. Dotarło do mnie, kim jest, na jak wysokim jest stanowisku i dotarło też, dlaczego jesteśmy na jednym spotkaniu. Zatrzęsło mną ze złości i udawałam, że zołzy nie widzę. Ale oczywiście przyszła po spotkaniu i do mnie w te słowa:
- I jak tam, proszę pani? Co słychać? Bo ja od dawna mam auto zrobione! - radośnie się do mnie zwróciła, zachowując się jak kandydatka na najlepszą przyjaciółkę.
- Ja niestety mam wycenę szkód na kilka tysięcy i mój serwis ciągle czeka na części - wycedziłam przez zęby, atakując ją wzrokiem pełnym jawnej niechęci. - A ten drugi facet ze stłuczki musiał auto oddać do kasacji - dodałam, czując, że zaraz rzucę się jej do gardła. Zaczęła coś mówić, że to niemożliwe i parę innych nic niewartych uwag, na co ja ostatecznie powiedziałam tylko, że nie mam zamiaru z nią o tym dyskutować, bo jestem w pracy, po czym pierwszy raz w życiu odwróciłam się do kogoś plecami i wróciłam do swoich spraw. Grrr grrrrrrr.

Poza tym mój Kolega z Biura uznał, że mój samochód powinien mieć jakieś imię. Nazwał go Forfiter. Bo jest mały, zielony i franca;)).

Trzymajcie się. Zł.

poniedziałek, 4 lipca 2011

chytry plan

Jutro mam egzamin z rosyjskiego. Długi i poważny test, w którym mam wykazać swoją wiedzę (a raczej ukrywać braki) z kursu, na który chodziłam ostatnie 8 miesięcy. Przerabiałam pilnie podręcznik przez 2 miesiące. Pozostałe 6 skupiałam się na pracy, która zazwyczaj pewnie zwyciężała w wyścigu priorytetów. Zaległości w rosyjskim mam więc znaczne, ale miałam chytry plan dziś po pracy jakoś to nadrobić. Egzamin będę jak kołek pisać sama. Moja grupa zdawała tego dnia, gdy ja bujałam się po Warszawie, czując się jak dziecko w sklepie z zabawkami.

Plan był taki:
15.30 Wyjść z pracy
16.00 W domu zaszyć się w pokoju i uczyć się pilnie
23.00 Przebrać się w piżamkę
2.00 W nocy paść bez życia
Jutro o 16.00 napisać egzamin i odnieść oszałamiający sukces.

A było tak: (w tle nieustający deszcz, ściana deszczu)
15.30 Walczę z pocztą w pracy, która odmawiała dalszej posługi, a ja muszę wysłać raport
15.35 Odbieram telefon. Przyjaciółka pyta, czy wracając z pracy mogę odebrać ją od koleżanki i zawieźć na koniec świata, czyli gdzieś na krańce Będzina, do serwisu po samochód. Przyjaźń, siostrzeństwo dusz i solidarność nie pozwalają mi odmówić. Pomyślałam, że po prostu będę się uczyć rosyjskiego pół godziny dłużej.
16.00 Czekam na koleżankę
16.30 Szukamy serwisu w Będzinie
16.45 Wciąż szukamy serwisu w Będzinie (nadal ściana deszczu)
16.50 Znajdujemy serwis, ale jesteśmy w takim miejscu, że postanawiam znaleźć jakiś drąg, na wypadek gdybym musiała oganiać się od szakali
17.00 Wracam do domu. Godziny po-szczytu, na trasie dziki tłum. W głośnikach Muchy. Śpiewam w deszczu i kołyszę irokezem.
17.15 Wpadam do domu. Ściana deszczu trochę mniejsza.
17.45 Przypominam sobie o filmie "Mądrość i seks" który polecił mi kolega z biura (tak! od kilku dni mam KOLEGĘ Z BIURA. 12 koleżanek i jednego kolegę. Jeśli jedyny kolega poleca film, nie można sprawy ignorować. Tym bardziej, że główną rolę w filmie gra Eugene Hutz, czyli moja ukraińsko-cygańska miłość z Gogol Bordello)
17.50 Myślę: obejrzę tylko 5 minut i idę się uczyć. Za oknem ściana deszczu, idealnie do nauki.
19.20 Napisy końcowe. Cudowny film. Wessał mnie w całości. Na necie uaktywnia się Mrówka.
19.45 Od kwadransa płaczemy ze śmiechu. Ale po paru chwilach z bólem serca żegnam się i idę się uczyć (z tego miejsca dziękuję za wsparcie)
20.00 Uczę się! Naprawdę się uczę. Odmieniam czasowniki w trzech czasach, uczę się słówek, których nawet po polsku nie używam, rysuję tabelki i zastanawiam się nad istotnością znaku miękkiego w liczebnikach.
20.45 Wpada mój brat ociekający deszczem. Oczywiście głodny i zmęczony. Pyta, czy zrobimy grilla, bo tak rzadko się widujemy. Otwieramy taras i rozpalamy. Ściana deszczu zaczyna się tuż za tarasem. Dla spokoju sumienia rozmawiamy po rosyjsku, tzn. po polsku, ale z rosyjskimi końcówkami, co oczywiście z rosyjskim nie ma nic wspólnego. Bawimy się cudownie.
22.00 Jeszcze tylko ściągnę trzy prywatne skrzynki i jedną służbową i idę się uczyć...

Jutro o 16 egzamin. Pouczę się chwilę, a później trochę Himilsbacha do poduszki i jakoś to będzie.
Zł.

sobota, 2 lipca 2011

hmmm...

Poziom groteski osiąga stan alarmowy!
Z.