czwartek, 28 lipca 2011

goodreads.com

Od tygodnia przechodzę księgarniany kryzys. Jeśli siedzę zagrzebana w koc (i w noc), czytam książkę i w tym samym czasie kątem oka nie widzę jeszcze dwóch czy trzech innych książek, których jeszcze nie czytałam, to robię się nieszczęśliwa i zmierzła. Taki stan zawisł nade mną w tym tygodniu: stosik książek-do-przeczytania malał niemal z dnia na dzień. Snułam się więc po empikach, księgarniach i aukcjach, szukając czegoś dla siebie. Każda kolejna książka w moich dłoniach okazywała się jakąś kompletną pomyłką, zupełnie jakby wydawnictwa robiły sobie ze mnie jaja. 

Wszystko przez to, że z największym trudem przychodzi mi kupowanie książek przypadkowych. Jeśli nie jestem na fali jakiegoś konkretnego autora / kraju / tematu / gatunku, to gubię się między regałami i kompletnie nie wiem, za co się złapać. Im dłużej kręcę się z pustymi rękami, tym większe ogarnia mnie przerażenie, że gdzieś bokiem omija mnie genialna literatura.

Na szczęście Pani z Biura przypadkiem poleciła mi "Niebieską księgę" Michaiła Zoszczenki. Jak cudownie jest znów mieć kogoś, kto poleca tak dobre książki! Ufam Pani z Biura, nasz literacki gust w wielu miejscach ma punkty styczne, choć jest między nami ponad 30 lat różnicy. Zoszczenkę więc zawdzięczam jej, a także temu, kto sprzedawał 500-stronicową "Niebieską księgę" za 8 zeta. Pani z Biura zawdzięczam też Szczygła. Po pożyczonym od niej "Gottlandzie", w dwa dni pochłonęłam "Niedzielę, która zdarzyła się w środę" (g e n i a l n e) i jestem gdzieś w trakcie "Zrób sobie raj". Bardzo odpowiada mi Szczygieł. Bardzo. 

Na urlop zabiorę Vonneguta. Muszę zrobić tak, żeby do wyjazdu go nie przeczytać, albo w ogóle najlepiej nie brać go do rąk dopóki jesteśmy w kraju.

Po którymś z kolei dniu księgarskiego kryzysu odczułam brak takiego miejsca w sieci, które robiłoby z książkami to, co last.fm robi z muzyką. Dzięki last.fm, od którego jestem ciężko uzależniona od 5 lat, poznałam niezliczoną ilość kapel i piosenek, takich, których w Polsce nikt nigdy by mi nie polecił. Pomyślałam o takim serwisie, który w jakiś sposób robiłby statystyki z moich ulubionych książek. Z autorów, wydawnictw, lat wydania, krajów. Poszukiwania on-line przyniosły pewien efekt: wpadłam na stronę Good Reads. Login, hasło i jestem. I to jest to, czego szukałam. Książki, które są dla mnie ważne. Potężna wyszukiwarka według autorów, tytułów, numerów ISBN. Półki. Przeczytane. Do przeczytania. Właśnie czytane. Sortuj. Pokaż. Porównaj. Poleć. Oceń. Opisz. Coś cudownego. W euforii przez godzinę wstukiwałam książki, które w totalnym chaosie kręciły mi się po głowie. Ale tylko te ważne, te które naprawdę coś dla mnie znaczyły (coś, cokolwiek, wiele, wszystko, "o wiele za wszystko", jak i Turnaua). Odkryłam tam też wielki zbiór cytatów i strony autorów. Gatunki, tagi, trivia. Może mi się wkręci. Może się sprawdzi, jak last.fm.

Złośnica


PS Jedna sprawa nie-książkowa... Chyba zrezygnuję z mojego irokeza. Mimo że jest naprawdę wielki, zadziorny i układa się bardzo fantazyjnie, to czuję, że już chyba pokazałam, co miałam pokazać i zaszokowałam tych, których miałam zaszokować... Już nie ma tego efektu! Moje otoczenie najwyraźniej odważnie uznało, że wielki irokez to mój stan naturalny;). Może to dobry moment na kolejną zmianę?

Brak komentarzy: