niedziela, 10 lipca 2011

I am the Wunderlust King!

Wszyscy odwiedzający bloga obowiązkowo oglądają klip do piosenki "Wunderlust King" Gogol Bordello. Tylko do końca! Oryginalny teledysk wygląda inaczej, a to jest fragment wycięty z filmu "Filth and wisdom". Cudne!
Poza tym:
  • rosyjski zdałam na 88% i mam teraz jakieś 3 miesiące wolne od nauki. Co dalej, diabli wiedzą, jak się te moje sprawy służbowe dalej będą układać.
  • połowa mojego działu rozjechała się na urlopy. Skończyli co mieli skończyć i zniknęli. Ja mam do końca lipca swój własny hardkor i milion zadań, które muszą być zamknięte jeszcze w wakacje. Trochę brakuje mi wiary, że to w ogóle jest do zrobienia, a co dopiero jak jestem z tym sama. Ale próbuję.
  • odliczam dni do naszego cudnego wymarzonego urlopu. Blisko, aż miło.
  • opowiadań Himilsbacha jednak nie da się czytać. Zaczęłam "Niebieską księgę" Michaiła Zoszczenki. Wciąga.
  • dziś bardzo gorący Kraków i teatry uliczne na każdym placu. Nie wychodzi mi ten teatralny odwyk.
W ramach kolekcjonowania maksymalnie groteskowych zdarzeń (zupełnie jakbym ich miała ostatnio zbyt mało), na piątkowym spotkaniu była cała sala VIP-ów, a między nimi ja, przyczajona gdzieś tam jako przedstawiciel mojego działu i współorganizator. I Szef Wszystkich Szefów, i prezentacja, i plany na przyszłość, i takie to wszystko poważne, bla bla bla... I jedna babka tak dziwnie na mnie patrzyła zza stołu, tak się miło uśmiechała... Nagle oświeciło mnie, że to ta sama kobita, która na początku czerwca swoim francuskim paździochem rozwaliła moje piękne autko. Dotarło do mnie, kim jest, na jak wysokim jest stanowisku i dotarło też, dlaczego jesteśmy na jednym spotkaniu. Zatrzęsło mną ze złości i udawałam, że zołzy nie widzę. Ale oczywiście przyszła po spotkaniu i do mnie w te słowa:
- I jak tam, proszę pani? Co słychać? Bo ja od dawna mam auto zrobione! - radośnie się do mnie zwróciła, zachowując się jak kandydatka na najlepszą przyjaciółkę.
- Ja niestety mam wycenę szkód na kilka tysięcy i mój serwis ciągle czeka na części - wycedziłam przez zęby, atakując ją wzrokiem pełnym jawnej niechęci. - A ten drugi facet ze stłuczki musiał auto oddać do kasacji - dodałam, czując, że zaraz rzucę się jej do gardła. Zaczęła coś mówić, że to niemożliwe i parę innych nic niewartych uwag, na co ja ostatecznie powiedziałam tylko, że nie mam zamiaru z nią o tym dyskutować, bo jestem w pracy, po czym pierwszy raz w życiu odwróciłam się do kogoś plecami i wróciłam do swoich spraw. Grrr grrrrrrr.

Poza tym mój Kolega z Biura uznał, że mój samochód powinien mieć jakieś imię. Nazwał go Forfiter. Bo jest mały, zielony i franca;)).

Trzymajcie się. Zł.

Brak komentarzy: