poniedziałek, 25 lipca 2011

Noel wraca

Dziś premiera solowego singla Noela Gallaghera. Gdy w 1997 roku wyszedł album Oasis "Be here now" miałam całe 12 lat i 80 zł w portfelu. I całość wydałam na tę płytę. Kupiłam ją w Bielsku, pamiętam dokładnie gdzie w Klimczoku było stoisko muzyczne. Wpadłam w Oasis po uszy. Latami nie mogłam się zdecydować, który z braci Gallagherów podoba mi się bardziej, więc profilaktycznie kochałam się w obu na zabój. Nie wierzyłam w te ich wojenki i kolejne donosy mediów, że to już koniec. Po którymś z kolei końcu ten faktyczny koniec rzeczywiście nadszedł. Zresztą ostatnia płyta Oasis mnie rozczarowała, ale to pewnie mnie się pozmieniały priorytety... Przecież teatr sprawił, że 90% tego, co było ważne, przestało w ogóle znaczyć.

Oasis się rozpadło. W tym roku objawiło się Beady Eye stworzone wokół Liama (cudownego drania w potarganych dżinsach), ale jakoś mi przeszło bez emocji. Za to dzisiejszy singiel Noela wkręcił się od razu:
Cudowny głos nie do podrobienia. Fantastyczna barwa i cuda wyprawiane na gryfie gitary. Jeśli cała płyta będzie utrzymana w tym klimacie, wchodzę w to znowu.

Jeszcze tylko raz przesłucham i znikam... A i tak nieźle się trzymam jak na kogoś kto z nerwów całą zeszłą noc gapił się w ścianę. I jak ktoś kto przytargał z apteki jakieś 400 tabletek.

185 godzin do urlopu. 11100 minut. Pilnie potrzebuję książki na urlop. Trzy, które miały ze mną jechać, jednak nie mają szans ze względu na wcześniejsze ich przeczytanie.

Zł.

Brak komentarzy: