sobota, 27 sierpnia 2011

freski

Odzyskałam mój własny samochód. Cieszyłam się tak, jakbym kupiła nowy.

Wreszcie rozpakowałam walizkę. To znaczy wypakowałam rzeczy na fotel. To i tak postęp.

Ominęła mnie depresja pourlopowa. Chyba odkryłam sekret, jak jej uniknąć. Wystarczy mieć świadomość, że ma się do czego wracać.

Ja mam gdzie wracać. Dostałam awans.

„Taka fajna dziewczyna jak ty” wczoraj.

Benefis Grażyny Bułki „Żymła z tustym” jutro.

Nowy sezon teatralny na wyciągnięcie ręki. Już mnie nosi. Czekam potwornie. Pierwsze plany już siedzą w kalendarzu, a ja odliczam.

Czytam Cegielskiego i widzę, jak potwornie mało wiedziałam przekraczając granice Stambułu. Nadrabiam.

Czytam Kapuścińskiego. Wczuwam się w klimat. Szykuję się w pracy do czegoś naprawdę dużego. Mało czasu, milion spraw, a wszystko takie nowe!

Żyję sobie w takim tempie, że można według mnie regulować zegarek. Kilka minut po godzinie 22 dzień w dzień padam bez życia.

W Turcji też padałam bez życia, ale za to budziłam się w środku nocy, żeby trochę pogadać bzdury. Brzydal twierdzi, że w hotelu pod Hierapolis, u stóp tego przereklamowanego Pamukkale, zbudziłam go i obwieściłam:
- Zobacz, freski! – najwyraźniej odezwał się we mnie nocny konserwator zabytków.
- Boże, jakie freski? Gdzie? – wybudzony Brzydal omiótł wzrokiem ciemny pokój i przeraził się mocno, widząc moje bardzo szeroko otwarte oczęta.
- Jak to gdzie, pod klimą! – i pokazałam paluchem na idealnie pustą ścianę, na której istotnie charczał klimatyzator, ale poza nim nie było nic. A już na pewno nie było fresków.
- Yyy… Hmm... - wyraził swą wątpliwość Brzydal – Śpij Hany…
- No nie widzisz? Freski przecież! Eee… Dej pokój… - po czym (podobno) strzeliłam focha, odwróciłam się na drugi bok, szczelnie okutałam kołdrą (!!!!! a było z 30 stopni) i zasnęłam grzecznie jak słodkie dziecko. 

Dobranoc.
Złośnica

poniedziałek, 22 sierpnia 2011

Turcja - Szef Wszystkich Szefów

Ale teraz to wszyscy popadacie na klawiatury...!!! Poniżej turecki Szef Wszystkich Szefów, osobnik, który tymi zdjęciami zmiótł pozostałe dwa tysiące ujęć, które pstryknęliśmy... Choć nie mam nawet pewności, że to jeden i ten sam suseł! Miejsce akcji było to samo, ta sama nora w Kapadocji, ale między tymi zdjęciami było z pół godziny czasu. Robił takie miny, jakby chciał powiedzieć: "to fsystko jest moooooooje! Mooooooja Kapadocjaaaaa!" i dodatkowo opierał się łapą o futrynę, co potęgowało efekt... Klikać, powiększać, oglądać!


zakochana w susełku Zł.

niedziela, 21 sierpnia 2011

Turcja - follow the signs

W Turcji należy uważać na wiele niebezpieczeństw, o których wspaniałomyślnie informują znaki i tablice. Uważajmy więc na:

1. Wiele miejsc, w których nie jest się mile widzianym (w tle góry Taurus)


2. Na spadających z nieba kosmitów (teatr, Efez)


3. Na bardzo groźne kundelki


4. Na wielbłądy, które czają się w miejscach, w których się ich niekoniecznie spodziewamy...


Z.

sobota, 20 sierpnia 2011

Turcja - kraj kotów

 W Turcji koty są wszędzie. Opanowały bazarki, sklepy, knajpy i zabytki. Poniżej przegląd tureckich kotów.

Leniwy gankowy kot made in Alanya:

Kot z Ankary, sklepowy burżuj ze stolicy:

Święty kot ze znanego z objawień Domku Maryi na wzgórzu Coressus:

 Dokarmiane przez Ministerstwo Kultury i Turystyki koty w Efezie:



Kot pilnujący mauzoleum Mevlany, Konya:

 Naburmuszony kot trojański... Bo może to nie był żaden koń trojański, tylko właśnie kot?

Kot po turecku: kedi.

Zł.

czwartek, 18 sierpnia 2011

Stambuł - nasz Orient Express

Pierwsza noc, hotel w Antalyi po ośmiogodzinnej podróży. Środek nocy, jest dziwnie, styl król Gierek XVI w pełnym rozkwicie, wyłączony telewizor długo jeszcze mrugał zielonym okiem pośrodku kineskopu. Trzy godziny snu. O 5 rano wyjeżdżamy z Antalyi. Przemierzamy góry Taurus, tak wysokie, że mam wrażenie, że te nasze Tatry to tylko jakieś skromne odpryski. Stada beżowych kóz, sprzedawcy miodu i przedziwne małe dymiące kuchenki. Nagle wyrasta Konya, ostoja tureckiego tradycjonalizmu. Kobiet bez chust jak na lekarstwo. Ponad milion mieszkańców, zresztą Antalya tak samo. Mauzoleum Mevlany. Za miastem po horyzont przestrzeń nie do ogarnięcia. Tam gdzie ziemia styka się z niebem, czasem pojawiają się zarysy kolejnych miast, przez ten upał rozmazane i niewyraźne, jakby je ktoś namalował akwareklami. Kolejne dwie noce w prześlicznym centrum Ürgüp. Kapadocja, której się nie spodziewałam AŻ TAKIEJ. Głaskanie wielbłądów. Skalne miasta i miasto pod ziemią. Małe hebratki, duże piwa Efes i Raki, które po zmieszaniu z wodą robi się białe jak mleko. Dźwięk gry w rummikubba. Stukot tysięcy kostek jednocześnie. Nos przy szybie, słuchawki w uszach, "Zabójca z miasta moreli" przed nosem, splecione ręce.

 Dwie, może trzy godziny niespokojnego snu. Usłyszeć muezina o wschodzie słońca – bezcenne. Nieważne, ile śpisz. Ważne, ile jeszcze masz do Stambułu. W połowie drogi Ankara i nieprawdopodobne mauzoleum Ataturka. Później tylko we dwójkę bieg przez tłoczną Ankarę. Uliczki i zaułki, w które turyści nie zaglądają. Precle z sezamem i kolczyki, które jakiś turecki dziadek robił na ganku. Później nos do szyby i wypatrywanie kolejnych tablic. Istambuł: 400 km. 300 km. 200 km. 50 km. Czuję się tak, jakbym miała dostać jakiś gigantyczny prezent bez powodu. Do miasta wjeżdżamy mostem od strony azjatyckiej. Rzucamy w pokoju to co mamy i czujemy, że centrum ciągnie nas jak magnes. I tu zaczyna się nasza stambulska historia.



 
Do północy łazimy po mieście. Stoję pośrodku głównej ulicy, która ciągnie się w dół od placu Taksim, zamykam oczy i słucham. W Stambule mieszka ponad 12 milionów ludzi. Dodatkowo codziennie przewija się tam kolejne 6 do 8 milionów. Obracam główę to w jedną, to w drugą stronę i mam wrażenie, że te kilkanaście milionów ludzi jest dookoła mnie, w tej dzielnicy, na ulicy Niepodległości. Co sekundę słyszę inny język, czuję inny zapach. Baklava, migdały, melony i ten obezwładniający przydymiony zapach pieczonych kasztanów. Idziemy niekończącą się ulicą w dół. Po drodze mijamy kilku grajków, ale też kilka koncertów. Lodziarze dzwonią wielkimi dzwonkami, staruszki sprzedają losy na loterię, środkiem co chwilę jedzie śmieszny tramwaj, jak z innej epoki. Chwila wytchnienia pod wieżą Galata. Smak soku ze świeżych granatów. Jestem najszczęśliwsza na świecie, przysięgam.



 
Jest noc, my po 800 km w autobusie, a ja czuję, że w ogóle mogłabym nie iść spać. Emocje nie dają zamknąć oczu. Kolejnego dnia marzenia mam przecież na wyciągnięcie ręki. Po Błękitnym Meczecie chodzę boso i w błękitnej chuście. Hagia Sofia obezwładnia monumentalnością. Dotykam każdej ściany, kręcę się w kółko i nie wiem, jak patrzeć, żeby to wszystko ogarnąć zmysłami. Później w sułtańskiej posiadłości Topkapi rozkładamy się na trawniku i palcem po mapie planujemy resztę dnia. Rejs po Bosforze. Słona mgiełka osiada na skórze. Jest ekstremalnie pięknie. Mosty, stateczki, tankowce, tramwaje. Chciałabym zobaczyć każdą dzielnicę, obok której przepływamy i przebiec każdy most, który łączy Europę z Azją albo który przecina Złoty Róg. Gdy zachodzi słońce, faktycznie woda skrzy się na złoto.




 Dookoła gigantyczne meczety, minarety pod samo niebo i kopuły, które pachną dawnym Konstantynopolem, potęgą imperium i poszarpaną historią tego miasta. Wieczorem jednak działo się coś, w co bym nie uwierzyła, gdyby mi ktoś o tym opowiadał.


 Trafiliśmy na Ramadan i oczywiście wiedzieliśmy, że Turcy po zachodzie słońca świętują i że najbardziej lubią świętować między ludźmi. Tramwajem dojeżdżamy na plac między Hagią Sofią i Błękitnym Meczetem. Na trawnikach, chodnikach, murkach, fontannach i schodach siedzą setki tysięcy ludzi. Na razie spokojnie, rozmawiają, śmieją się, dzieciaki biegają za piłką. Słońce zachodzi, po chwili muezin wzywa do ostatniej tego dnia modlitwy. Na chwilę zapada cisza, a po minucie wszyscy wyciągają z koszy, pudełek, worków i rozmaitych zawiniątek gigantyczne bochenki chleba, jakieś sałatki, słodycze, butelki, nagle podnosi się gwar, w kilka sekund robi się głośno i ten hałas zaczyna szumieć w uszach, wszyscy dookoła zaczynają się bawić, jeść, klepać po plecach.


 
Ten tłum jest nieprawdopodobny, nie odda tego żadne zdjęcie, a tego hałasu nie da się na nic nagrać. Stoimy w samym środku tego świata, w miejscu o którym marzyłam tak potwornie długo i czuję, że nie mogło być lepiej. Później na piechotę nad Bosfor, długaśny spacer i herbata nad samą wodą, na tarasie pod jednym z mostów. Powietrze ma zapach spełnionego marzenia. Z każdą minutą jestem bardziej pewna, że wrócę tam na dłużej, że zobaczę dokładniej to, co widziałam z daleka i żeby lepiej poznać to, co już udało nam się obejrzeć, dotknąć, przeżyć.






 
Stambuł zmiata wszystkie miasta, które do tej pory widziałam. Miażdży Berlin, Rzym i Pragę, rozwala Ateny i Budapeszt. Po trzech godzinach snu wyjeżdżamy w dalszą podróż, ale ja wiem, że od teraz codziennie będę myśleć o Stambule. Czuję się tak, jakbym się na świeżo zakochała.
Wygląda na to, że wystarczyło kilkadziesiąt godzin, żebym kompletnie straciła głowę... Prawdziwy Orient Express.

Zdjęcia z tego, co przed Stambułem i po nim, też wrzucę. Ale nie dziś.

Złośnica

środa, 17 sierpnia 2011

Turcja - (k)raj kolorów

Wierzyć się nie chce. Za nami około 4 tysięcy kilometrów po fascynującej, orientalnej, pełnej skrajności Turcji. I kolor, kolor, wszędzie kolor! Kolor, który pachnie i który można poczuć palcami. Kolor mijany na gwarnym bazarze i kolor znaleziony przypadkiem nad urwiskiem. Wyprawa życia do smaku doprawiona kolorami. Marzenia w multikolorze.


Więcej słów od jutra. Dziś tylko garść zdjęć. Będą miejsca, drobiazgi, ludzie, sytuacje. Jeśli ktoś nie jest gotowy na ogrom Turcji na blogu, radzę nie wpadać tu przez najbliższe dwa tygodnie...














Z pozdrowieniami

absolutnie zafascynowana Złośnica, już knująca, jak tu wrócić do Stambułu...