czwartek, 18 sierpnia 2011

Stambuł - nasz Orient Express

Pierwsza noc, hotel w Antalyi po ośmiogodzinnej podróży. Środek nocy, jest dziwnie, styl król Gierek XVI w pełnym rozkwicie, wyłączony telewizor długo jeszcze mrugał zielonym okiem pośrodku kineskopu. Trzy godziny snu. O 5 rano wyjeżdżamy z Antalyi. Przemierzamy góry Taurus, tak wysokie, że mam wrażenie, że te nasze Tatry to tylko jakieś skromne odpryski. Stada beżowych kóz, sprzedawcy miodu i przedziwne małe dymiące kuchenki. Nagle wyrasta Konya, ostoja tureckiego tradycjonalizmu. Kobiet bez chust jak na lekarstwo. Ponad milion mieszkańców, zresztą Antalya tak samo. Mauzoleum Mevlany. Za miastem po horyzont przestrzeń nie do ogarnięcia. Tam gdzie ziemia styka się z niebem, czasem pojawiają się zarysy kolejnych miast, przez ten upał rozmazane i niewyraźne, jakby je ktoś namalował akwareklami. Kolejne dwie noce w prześlicznym centrum Ürgüp. Kapadocja, której się nie spodziewałam AŻ TAKIEJ. Głaskanie wielbłądów. Skalne miasta i miasto pod ziemią. Małe hebratki, duże piwa Efes i Raki, które po zmieszaniu z wodą robi się białe jak mleko. Dźwięk gry w rummikubba. Stukot tysięcy kostek jednocześnie. Nos przy szybie, słuchawki w uszach, "Zabójca z miasta moreli" przed nosem, splecione ręce.

 Dwie, może trzy godziny niespokojnego snu. Usłyszeć muezina o wschodzie słońca – bezcenne. Nieważne, ile śpisz. Ważne, ile jeszcze masz do Stambułu. W połowie drogi Ankara i nieprawdopodobne mauzoleum Ataturka. Później tylko we dwójkę bieg przez tłoczną Ankarę. Uliczki i zaułki, w które turyści nie zaglądają. Precle z sezamem i kolczyki, które jakiś turecki dziadek robił na ganku. Później nos do szyby i wypatrywanie kolejnych tablic. Istambuł: 400 km. 300 km. 200 km. 50 km. Czuję się tak, jakbym miała dostać jakiś gigantyczny prezent bez powodu. Do miasta wjeżdżamy mostem od strony azjatyckiej. Rzucamy w pokoju to co mamy i czujemy, że centrum ciągnie nas jak magnes. I tu zaczyna się nasza stambulska historia.



 
Do północy łazimy po mieście. Stoję pośrodku głównej ulicy, która ciągnie się w dół od placu Taksim, zamykam oczy i słucham. W Stambule mieszka ponad 12 milionów ludzi. Dodatkowo codziennie przewija się tam kolejne 6 do 8 milionów. Obracam główę to w jedną, to w drugą stronę i mam wrażenie, że te kilkanaście milionów ludzi jest dookoła mnie, w tej dzielnicy, na ulicy Niepodległości. Co sekundę słyszę inny język, czuję inny zapach. Baklava, migdały, melony i ten obezwładniający przydymiony zapach pieczonych kasztanów. Idziemy niekończącą się ulicą w dół. Po drodze mijamy kilku grajków, ale też kilka koncertów. Lodziarze dzwonią wielkimi dzwonkami, staruszki sprzedają losy na loterię, środkiem co chwilę jedzie śmieszny tramwaj, jak z innej epoki. Chwila wytchnienia pod wieżą Galata. Smak soku ze świeżych granatów. Jestem najszczęśliwsza na świecie, przysięgam.



 
Jest noc, my po 800 km w autobusie, a ja czuję, że w ogóle mogłabym nie iść spać. Emocje nie dają zamknąć oczu. Kolejnego dnia marzenia mam przecież na wyciągnięcie ręki. Po Błękitnym Meczecie chodzę boso i w błękitnej chuście. Hagia Sofia obezwładnia monumentalnością. Dotykam każdej ściany, kręcę się w kółko i nie wiem, jak patrzeć, żeby to wszystko ogarnąć zmysłami. Później w sułtańskiej posiadłości Topkapi rozkładamy się na trawniku i palcem po mapie planujemy resztę dnia. Rejs po Bosforze. Słona mgiełka osiada na skórze. Jest ekstremalnie pięknie. Mosty, stateczki, tankowce, tramwaje. Chciałabym zobaczyć każdą dzielnicę, obok której przepływamy i przebiec każdy most, który łączy Europę z Azją albo który przecina Złoty Róg. Gdy zachodzi słońce, faktycznie woda skrzy się na złoto.




 Dookoła gigantyczne meczety, minarety pod samo niebo i kopuły, które pachną dawnym Konstantynopolem, potęgą imperium i poszarpaną historią tego miasta. Wieczorem jednak działo się coś, w co bym nie uwierzyła, gdyby mi ktoś o tym opowiadał.


 Trafiliśmy na Ramadan i oczywiście wiedzieliśmy, że Turcy po zachodzie słońca świętują i że najbardziej lubią świętować między ludźmi. Tramwajem dojeżdżamy na plac między Hagią Sofią i Błękitnym Meczetem. Na trawnikach, chodnikach, murkach, fontannach i schodach siedzą setki tysięcy ludzi. Na razie spokojnie, rozmawiają, śmieją się, dzieciaki biegają za piłką. Słońce zachodzi, po chwili muezin wzywa do ostatniej tego dnia modlitwy. Na chwilę zapada cisza, a po minucie wszyscy wyciągają z koszy, pudełek, worków i rozmaitych zawiniątek gigantyczne bochenki chleba, jakieś sałatki, słodycze, butelki, nagle podnosi się gwar, w kilka sekund robi się głośno i ten hałas zaczyna szumieć w uszach, wszyscy dookoła zaczynają się bawić, jeść, klepać po plecach.


 
Ten tłum jest nieprawdopodobny, nie odda tego żadne zdjęcie, a tego hałasu nie da się na nic nagrać. Stoimy w samym środku tego świata, w miejscu o którym marzyłam tak potwornie długo i czuję, że nie mogło być lepiej. Później na piechotę nad Bosfor, długaśny spacer i herbata nad samą wodą, na tarasie pod jednym z mostów. Powietrze ma zapach spełnionego marzenia. Z każdą minutą jestem bardziej pewna, że wrócę tam na dłużej, że zobaczę dokładniej to, co widziałam z daleka i żeby lepiej poznać to, co już udało nam się obejrzeć, dotknąć, przeżyć.






 
Stambuł zmiata wszystkie miasta, które do tej pory widziałam. Miażdży Berlin, Rzym i Pragę, rozwala Ateny i Budapeszt. Po trzech godzinach snu wyjeżdżamy w dalszą podróż, ale ja wiem, że od teraz codziennie będę myśleć o Stambule. Czuję się tak, jakbym się na świeżo zakochała.
Wygląda na to, że wystarczyło kilkadziesiąt godzin, żebym kompletnie straciła głowę... Prawdziwy Orient Express.

Zdjęcia z tego, co przed Stambułem i po nim, też wrzucę. Ale nie dziś.

Złośnica

2 komentarze:

Izabela Mikrut pisze...

ale dopiero przy czytaniu tego posta zobaczyłam, jak bardzo różne są nasze marzenia i jak strasznie bym się zmęczyła w pierwszej minucie tego, co opisujesz ;D. mr

Kasija pisze...

szczerze zazdroszcze.tej intensywnosci przezyc tez. potem mozna to wpsominac dluugo, a zawsze przypomni sie cos nowego.