wtorek, 2 sierpnia 2011

Tour de Pologne 2011

Na początek Tour de Pologne 2011 z bardzo bliska. Ten dźwięk, kiedy przejeżdżają. Ten podmuch powietrza. I to, że w sumie wystarczy wyjść na koniec własnej ulicy, żeby zobaczyć coś dużego, ważnego, doniosłego, choć trwa tylko kilka sekund.

Rano myślałam, że nie wstanę: mój przyjaciel koc trzymał mnie mocno i nie chciał puścić. Ale przypomniałam sobie, że jeszcze tylko dziś. I że krócej. Puścili nas wcześniej. Gdyby nie to, wyścig zatrzymałby nas w centrum Katowic diabli wiedzą jak długo. Później roszady z autem z wypożyczalni, które dziś oddałam  (oddalił mi się hiszpański temperament). Dużo, dużo załatwiania, ale ogólne wrażenie bardzo pozytywne. Później Brz. pomagał mi w organizacji hucznych obchodów 39. rocznicy ślubu moich Rodziców. Wysłałam Rodziców na monodram Jandy, z którego wrócili zupełnie wstrząśnięci, mimo że Jandę już niejednokrotnie na żywo oglądali. Nawet z godnością znoszę to, że nie poszłam do teatru! (akurat, po prostu jestem zbyt nieprzytomna, żeby o tym w ogóle myśleć). Oj, impreza była przednia. Ujawnia się we mnie cateringowiec - improwizator. I wszyscy wyglądali na zadowolonych. Ale ledwo żyję. Niedospana. Niespakowana. Kompletnie nieogarnięta. Czuję się jak Bridget Jones: "już nigdy w życiu nie wezmę do ust kropli alkoholu!" Słucham Delonsów i "wymyślam twoją obecność"... Aaaaa...

Jutro się odezwę, w lepszej formie, obiecuję. Bzy bzy.
Zł.

Brak komentarzy: