piątek, 30 września 2011

Złośnica na Bulwarze


...bo mnie się zawsze marzenia wydawały przereklamowane i przegadane. Myliły mi się z planami, ambicjami, z prostymi dążeniami do tego, czego chciałam. Albo przynajmniej tak mi się wydawało, że chciałam, co weryfikowane było niekiedy przez czas, a niekiedy przez zdrowy rozsądek. Później myślałam, że marzenia są tylko po to, by je mieć, a nie po to, by je spełniać. Jeszcze później w ogóle negowałam istnienie takiego zjawiska. A jak już chciałam sprawdzić, czy to istnieje, to okazywało się, że może i istnieje, ale żeby się do tego zbliżyć, trzeba zniszczyć wiele innych elementów swojego życia, i to nie tylko swojego. Warto...?
Między innymi o tym jest "Bulwar..." 
Uciekłam z pracy, mówiąc że mam coś bardzo bardzo bardzo ważnego i ani trochę nie przesadziłam.
Konkurs na najbardziej uryczanego widza na widowni znów wygrałam ja.

zł.

ps. Więcej takich premier mi się marzy :) więcej takich powodów jak dziś, żeby późnym wieczorem zamknąć oczy i się uśmiechnąć.

środa, 28 września 2011

wszystko naraz

Sobota. Spokój. W domu zupełnie pusto, psy chrapią w plamie słońca, kot pcha się na laptopa (zauważyliście, że koty uwielbiają spać dokładnie tam, gdzie nie powinny? Na otwartych laptopach; na megaważnych dokumentach, których właśnie szukasz; w umywalce, kiedy się bardzo spieszysz i chcesz umyć zęby; w dziurze z kurzem pod płotem, kiedy dookoła jest kilometr kwadratowy bujnej trawy...). Złaź, kocie. Recenzję będę pisać. Nie przeszkadzaj mi, bo wyszłam z wprawy przez wakacje. Kot spojrzał z powątpiewaniem i z wielką łaską zajął się zrzucaniem kasztanów ze stołu. Recenzowany spektakl początkowo stawiał wściekły opór: wszystko, co chciałam o nim napisać, nijak nie trzymało się poprzedzającego zdania. Po trzech godzinach wycinania, wklejania, pisania na żółtych karteczkach i czytania na głos kotu oraz psu (drugi pies nie słyszy), recenzja nabrała jako takiego kształtu. A po kolejnej godzinie uznałam, że mogę się pod nią podpisać imieniem i nazwiskiem, co jest jednoznaczne z publikacją tekstu, zgodną z moim poczuciem przyzwoitości... Nie wiem dokładnie, kto tam odbiera w redakcji te moje maile, ale wielokrotnie mnie już zaskakiwali, publikując moje teksty np. w środku nocy albo w sobotę o 16...

Później w Korezie z Brz. z przyjemnością wysłuchaliśmy trzech jednoaktówek po śląsku. Tylko mi trochę przykro, że choćbym wymyśliła genialną i zaskakującą historię, to i tak nigdy w życiu nie napiszę jej po śląsku.

Późnym wieczorem sprawdzaliśmy, jak się je chińszczyznę na do połowy postawionej ścianie, w towarzystwie wrzosu w doniczce, jakkolwiek to brzmi. Mam nawet zdjęcie z tego doniosłego wydarzenia, ale wstawienie go tutaj spowodowałoby konieczność lawinowych wyjaśnień, opowieści i historii, które jakoś nie są tu po drodze.

Niedziela. Miał być Kraków. I byłby, gdyby nie sterta żelastwa na wlocie do miasta. Sterta żelastwa była wcześniej całkiem dużym audi, które walnęło w bariery, przefrunęło obok nas (moim zdaniem - przed nami, zdaniem Brzydala - za nami), następnie skosiło znak, obracając się fantazyjnie odbiło się od skarpy, ponownie obrało azymut na nas, odbiło się ponownie, gdzieś tam jeszcze przeturlało, wyrwało mnóstwo trawy i rozrzuciło żwir... Leciał jak taki mały, lekki, zabawkowy samochodzik. Trwało to wszystko łącznie z 5 sekund i wyglądało jak na filmie. I było zdecydowanie zbyt blisko. Kierowcę znaleźliśmy poturbowanego na tylnej kanapie. To i tak nieźle, bo jego plecak leżał dwa pasy dalej. Kolejny raz przekonałam się, że 112 to pomyłka... Zawsze 997, pamiętajcie! Gdy po godzinie uwolniliśmy się stamtąd, na pierwszym skrzyżowaniu zawróciliśmy w stronę Katowic.

Cała sytuacja zadziała na mnie dość mocno. Jak sobie jeszcze przypomnę ten mój powrót w piątek z Bielska, to już w ogóle powinnam sama siebie zaproponować do nagrody głupka roku. Do Korezu jechałam więc tak spięta, że czułam się jakby mnie ktoś zalał betonem. Na szczęście teatr jest m.in. po to, żeby nie myśleć o niczym, co jest poza teatrem. "Kometa" cudna, jak zawsze. Zawsze z "Komety" wychodzę załzawiona i zdołowana. I zawsze na "Kometę" wracam.

Tydzień-tornado. Przetacza się nade mną i co chwilę wciąga w nowy wir, z którym już nie wiem, czy walczyć, czy się mu poddać. Ze spraw ważnych, miałam wystąpienie na dość ważnej konferencji prasowej. Jak się na nią godziłam, to zgrywałam gwiazdę, że co mi tam taka konferencja, przecież wiem, o czym chcę powiedzieć, po czym przez kilka dni umierałam ze strachu, jak dowiedziałam się, kto oprócz mnie będzie tam zabierał głos. A już mnie zupełnie dobili, jak okazało się, że jestem na końcu, jak już te wszystkie VIP-y się wypowiedzą. W drodze do Krakowa kilka razy próbowałam powiedzieć Brzydalowi to, co chciałam, ale ilekroć mówiłam "szanowni państwo" i patrzyłam na niego jednego, to wybuchałam śmiechem i z prób nic nie wychodziło... Teraz wiem, że się udało, więc warto było wziąć się z tym bykiem za rogi... Jeszcze będę tym rzecznikiem, zobaczycie. Nie wiem jeszcze, jakiej instytucji, ale będę:).

Ostro jest w pracy. Staram się hodować dystans i czasami już udaje mi się wyłączać emocje w pracy, żeby nie przeszkadzały. Byle do piątku. W piątek premiera w Gliwicach. Oczywiście jeszcze nigdy tam nie byłam, ale wychodzę z założenia, że nie istnieje taki teatr, do którego bym nie zdążyła na spektakl.

Zł.

piątek, 23 września 2011

sezon szeroko otwarty

Od 15 minut siedzę nad pustym oknem "nowy post". Zaczęłam już ze cztery różne notki. O tym, że tydzień był hardkorowy, absurdalny i groteskowy. Że albo wydawało mi się, że dostanę Nobla, albo że jestem nieodpowiedzialnym głupkiem ze wsi. Że ostatnie dni są w dotyku jak kasztany. Że jak wstaję rano, to na dworze jest 5 stopni i mgła jak mleko i naprawdę mam problem z wykrzesaniem z siebie jakiejkolwiek motywacji, która nie byłaby owinięta kłamstwami. Że pierwszy raz w życiu poznawałam tajniki Joomli. Że nieprzerwanie wydaje mi się, że nie spełniam oczekiwań. Że ilekroć wymiękałam, to przypominałam sobie, że 23 września otwiera mi się sezon teatralny.

Sezon otworzył się pięknie, monodramem Ani Guzik na Małej Scenie w BB. "Singielka" jest fantastyczna i czarująca, a co najważniejsze - nie wpada w te pułapki, których się obawiałam, w te szufladki a'la bohaterki Helen Fielding. Publiczność świetnie reagowała i nie mam żadnych wątpliwości, że będzie hit hit hit... Musi być hit.

Po premierze na chwilę zeszłam Pod Scenę, gdzie koncert grał mój kolega z Wrocławia. Przed wyjazdem powiedziałam Mamie, że chcę się z nim zobaczyć. Mama: Czy to jest ten chłopak, który u nas kiedyś spał? Ja: Mamuś, nie raz... ;)

Jak zwykle, gdy sama późną porą wracam z BB, dostałam małpiego rozumu i wróciłam do domu w 45 minut... Tylko patrzyłam, czy nie jedzie za mną objazdowe nieme kino z reżyserem kina akcji w niebieskiej czapce, ale nie jechało (nie dało rady;)?). Nie wiem, na czym to polega, ale wystarczy mnie wieczorem puścić w trasę, włączyć muzykę i od razu czuję się jak w grze komputerowej, przez co wydaje mi się, że wolno mi więcej. Złudne i szczeniackie, ale pozwala odreagować.

Umieram z radochy na myśl o tym, że po piątku w teatrze czeka mnie jeszcze sobota w teatrze i niedziela w teatrze:). I kolejny piątek też, taaaaaaak! Niniejszym sezon teatralny 2011/2012 uważam za otwarty. Szeroko otwarty.

Zł.

niedziela, 18 września 2011

futrzaki

Okazuje się, że nie trzeba jechać do Turcji, żeby z bardzo bliska obejrzeć pieski preriowe, susły i surykatki. I kapibary. I goryle ("strzeż się goryla", pamiętam;)))). I foki, i lemury, i wydry. Padłam z radochy, uwielbiam!

















Polecamy fantastyczne, nowoczesne i przystępne ZOO w Opolu!
Zł.

czwartek, 15 września 2011

zaczep!

I co, tak się będziemy do końca życia zaczepiać?

:)

Cudnie, moi drodzy...

Zł.

poniedziałek, 12 września 2011

koniec sezonu 2010/2011

Na facebooku można sobie określić – o ile ma się ochotę – coś na kształt stanu cywilnego. Mogę np. napisać, że jestem wolna, zaręczona, w separacji, w otwartym związku (w czym???) i moje ulubione – to skomplikowane. Jeśli miałabym określić w jakim związku jestem z teatrem, to kliknęłabym właśnie w „to skomplikowane”. A ten ostatni sezon to w ogóle była jakaś wolna amerykanka. Albo ja się obrażałam, albo teatr mnie niczym nie przyciągał. Czasem nie chciało mi się pisać, ale też zdarzało się, że nie miałam o czym. Spektakle albo występowały stadnie, jeden obok drugiego dzień po dniu, albo zostawiały mnie samą na 3, 4 tygodnie na teatralnej pustyni. O niektórych już zapomniałam, że były w tym sezonie. Z innych pamiętam aż za dużo.

Co pamiętam?

Norymberga – pamiętam Jerzego Dziedzica i to, jak złe duchy wyłaziły z każdego kąta Małej Sceny. I wywiad, który mnie tak strasznie spiął, a wyszedł z tego całkiem przyzwoity tekst (Teatr Polski, BB, reż. Dorota Ignatjew)

Patty Diphusa – to dotąd jedyny monodram, który mnie rozczarował. Spodziewałam się czegoś więcej, i po Ewie Kasprzyk, i po Almodovarze… Pamiętam tylko jakieś różowe piórka (Teatr Polonia, Warszawa, reż. Marta Ogrodzińska)

Łysa śpiewaczka – fajny, konsekwentny spektakl bez wpadek. Pamiętam Leraczyka, to jasne (Teatr Zagłębia, Sosnowiec, reż. Grzegorz Kempinsky)

Mistrz & Małgorzata Story – poza tym, co pisałam tu pamiętam, jak potwornie czekałam na ten spektakl i jak zastanawiałam się, czy zdążymy wrócić na premierę z Austrii. Ale za drugim razem czekałam tak samo. I za trzecim. Pamiętam, że później chciałam wszystkim dookoła opowiedzieć, co myślę, ale nie umiałam (Teatr Polski, BB, reż. Robert Talarczyk)

Ja – fantastyczny, dziki i nieokiełznany Arkadiusz Jakubik! Pamiętam, jak w kolejce na widownię ten właśnie Jakubik stał za mną i coś cały czas burczał i gadał pod nosem sam do siebie, w przeciwsłonecznych okularach, zarośnięty jak Talib i jakiś taki rozedrgany. Tajemnicą dla mnie pozostanie dlaczego stał z nami w tej kolejce… (Teatr IMKA, Warszawa, reż. Michał Siegoczyński)

Słowa – z Rozrywki pamiętam tylko długaśną kolejkę po autograf. Z Korezu – oprócz takiej samej kolejki – pamiętam samoloty z papieru i zupełnie rozbrajające „Pokoiki na Hożej”. I ta płyta, której obiecałam sobie nie słuchać;)

Mayday – pamiętam jak myślałam, że nie wysiedzę, że mnie tam rozniesie. Chciałam wyskoczyć z loży, ale ewentualną ucieczkę skutecznie uniemożliwiłby mi komplet na widowni. Było strasznie. Nawet Andrzej Warcaba, którego bardzo lubię, nie był w stanie osłodzić mi tego wieczoru. Nigdy więcej. (Teatr Śląski, Katowice, reż. Wojciech Pokora)

Bitwa o Nangar Khel – pamiętam, że nie chciałam przymierzać burki, że wydawało mi się to nie na miejscu... Świetny spektakl, koniecznie do obejrzenia drugi raz w nowym sezonie (Teatr Polski, BB, reż. Łukasz Witt-Michałowski)

Amfitrion – pamiętam monumentalną scenografię i to, że wyszłam z myślą „jaki ten krakowski teatr jest INNY”… (Narodowy Teatr Stary, Kraków, reż. Wojciech Klemm)

Królowie dowcipu – pamiętam Rafała Sawickiego i R.E.M (Teatr Polski, BB, reż. Piotr Ratajczak)

Tak wiele przeszliśmy, tak wiele przed nami – pamiętam MOOOOOST. I że – wybaczcie – Orzeszek chuj ;) (Teatr Polski, BB, reż. Piotr Ratajczak)

Zła opinia – pamiętam, że płakałam ze śmiechu i musicie mi wierzyć, że miałam powody (Teatr Polski, BB, reż. Robert Talarczyk)

Nasza klasa – pamiętam świetną obsadę i genialne rozłożenie akcentów, choć po przeczytaniu tego dramatu spodziewałam się, że każda minuta będzie ciężka jak katafalk. Pamiętam też, że aktorzy w rządku zeszli ze sceny i już na nią nie wrócili (Teatr na Woli, Warszawa, reż. Tadeusz Słobodzianek)

Bóg mordu – chciałabym, aby tak wspaniali aktorzy jak Grażyna Bułka i Grzegorz Sikora nie musieli grać w takich spektaklach (Teatr Polski, BB, reż. Grzegorz Chrapkiewicz)

Taka fajna dziewczyna jak ty – pamiętam Anię Guzik w tych ciepłych ciuchach, w czapie i w szaliku, gdy dookoła było ze czterdzieści stopni, a cała widownia wachlowała się repertuarami. I pamiętam, jak zastanawiałam się, czy mam większą słabość do Sawickiej na scenie, czy do Sawickiego (Teatr Polski, BB, reż. Ingmar Villqist)

Do tego jeszcze spektakle, na które wracam z uporem maniaka w każdym sezonie, od lat. Tam gdzieś po drodze była więc jeszcze (moja najukochańsza ze wszystkich) „Kometa”, z której dla odmiany nie pamiętam nic. Nie pamiętam nawet z kim byłam i czy na widowni był komplet. Chyba że to wtedy śnieg padał powolutku takimi wielkimi płatami? Chociaż nie, to chyba było po „Cholonku”. I to był jeden z najcieplejszych wieczorów z całej zimy, chociaż zamarzały szyby. Na koniec sezonu jeszcze „Jesus Christ Superstar” plenerowo w WPKiW. I benefis Grażyny Bułki, który miał i świetne momenty i trochę słabsze, ale dla tej nieco zmienionej bosej Tekli z wiadrem naprawdę było warto…:)

Planuję nowy sezon, a niczego się tak nie boję jak tego, że praca pokrzyżuje mi te plany. W tym nowym sezonie obiecuję trochę spokornieć, trochę mniej się obrażać i nie nękać nikogo dylematami czy coś pisać, czy nie pisać. 

Na koniec jedna sytuacja w teatrem w tle. Miesiąc temu, rocznica ślubu moich Rodziców. Wysłałam ich na monodram Jandy do Rozrywki, a sama ambitnie zakwitłam w kuchni, ogarniając kolację dla 7 osób. Toczyłam nierówną walkę z czerwoną cebulą, która mimo swoich niewielkich gabarytów zaatakowała mnie szybko i bardzo skutecznie: ekstremalnie zalałam się łzami, rozmazałam się kompletnie, caluteńki tusz spłynął mi po policzkach tworząc grafitowe potoki. Z czerwonym nosem i nieszczęściem na twarzy chciałam wyjść (na ślepo) na taras, żeby świeże powietrze trochę mnie ogarnęło. W tym momencie przyszedł Brzydal i zobaczył mnie taką absolutnie uryczaną, rozmazaną i załamaną, normalnie siedem nieszczęść.
„Boże, co się stało???” – krzyknął.
A ja na to: BO MNIE DO TEATRU NIE WZIĘLI!!!!!!!!!!! ;)

 Zł.

piątek, 9 września 2011

Reggio Calabria po dwóch latach

Pewnej nocy na początku września dwa lata temu zamknęłam wypakowaną do granic walizkę i po północy pojechałam na lotnisko. Byłam w takich nerwach, że nie myślałam już nawet, czy ta decyzja była dobra czy zła, przemyślana czy idiotyczna. Myślałam tylko: jeśli samolot się spóźni, ucieknie mi autobus. Jeśli ucieknie mi autobus, to ucieknie mi pociąg. Jeśli ucieknie mi pociąg, przepadnie mi mieszkanie. Bo ja tak mam, ilekroć dzieje się coś stresującego, momentalnie szukam tematów zastępczych. Jakoś w ogóle nie zastanawiałam się, jak poradzę sobie we Włoszech nie znając języka. Sukcesem miało być samo dotarcie na miejsce.
Po kilkunastu godzinach podróży wykulałam się z pustego pociągu w Reggio Calabria. Sukces?  A mieszkanie? Uniwersytet dla obcokrajowców? Współlokatorzy? Kasa? Aaa… Sceny, obrazki, rozmowy, głosy i zapachy stamtąd są jak puzzle, ale takie zupełnie rozsypane i pogubione. Za dużo było tam emocji, żeby móc pamiętać wszystko tak, jak by się chciało. 

A wszystko dlatego, że tak potwornie chciałam stąd uciec. Dlatego, że musiałam na swoją przeszłość i przyszłość spojrzeć z perspektywy kilku tysięcy kilometrów. Dlatego, że nie mogłam tutaj wytrzymać i musiałam zająć głowę czymś z innego świata.

Podrzucam trochę zdjęć właśnie z tego innego świata. Widoczki, zabytki, słoneczka i inne cudeńka znajdziecie w postach sprzed dwóch lat. A dzisiaj tutaj trochę innych ujęć.

Scilla - jeździliśmy tam pociągiem. Dało się jeździć na gapę. Można było udawać, że się nie wie, że bilet kasuje się przed wejściem do pociągu. Tam u góry, na zamku, z Davidem, studentem reżyserii ze Słowenii, wymyślaliśmy wspólnie scenariusz straszliwego filmu o morderczych jaszczurkach. Finałem filmu miało być zeżarcie faceta z uniwersytetu, którego nie lubiliśmy (efekty specjalnie: mnóstwo keczupu i wrzaski z kasety). Teraz śledzę poczynania Davida przez internet i jestem zupełnie urzeczona jego filmami!

 Mleko migdałowe. Smak nie do zapomnienia. Słowo-klucz: mandorla. W lodach, kawie, bułkach, wszędzie.
 Czeska "Śmierć pięknych saren" czytana do poduszki. Jakąś książkę zawsze musiałam mieć w torebce czy w plecaku, żeby ją czytać w pociągu czy na plaży. Ta była pożyczona, więc nie wynosiłam jej nawet z mieszkania, ale targałam ze sobą "Różowe tabletki" Jandy. Kiedyś w pociągu tak się śmiałam nad którymś felietonem, że grupie Węgrów musiałam tłumaczyć, kim w Polsce jest Janda i o czym pisze.
 Gdzieś na końcu Włoch, na samym południu Południa, jest mała wioska, z której widać, jak te Włochy się kończą...
 ...kończą się mniej więcej w tym miejscu.
 Niezawodny zestaw obiadowy, wspólny dla Polek, Ekwadorczyka i dziewczyny z Kazachstanu.
 Nad ranem płyniemy promem na Sycylię. Ziewamy i uświerkamy z zimna. A Sycylijczycy wyciągają przeszkadzajki i tańczą tarantellę.
 Etna. Zimno, wilgotno, dziwny dym gryzie w gardło, dookoła księżycowy krajobraz i nienaturalnie lekki wulkaniczny żwir. W jednym ze sklepów sprzedawca, widząc mój czerwony nos, wlewa mi trochę do kubka jakieś jaskrawoczerwone paskudztwo i mówi: pij. Jak wypiłam to powiedział, że nazywają to Fuoco dell' Etna, czyli Ogień Etny i że draństwo ma 70%. Na wyższe partie wulkanu kursuje kolejka górska, ale tam nawet w środku lata trzeba mieć ciuchy jak w Alpy zimą.
 Palermo. Przy tym mieście Rzym wypada blado...
 Teatro Massimo, czyli miejsce, gdzie deklarowałam, że tam mogę do końca życia przedzierać bilety.
 Sycylia. Z naszego balkonu też był widok na Sycylię. A pod nami była jakże romantyczna... zajezdnia autobusowa ;)
 Jedna z wielu wspólnych kolacji. Była nauka obcych liter i alfabetów, była wymiana pieniędzy i oglądanie paszportów...
 Ooooo jest i zajezdnia autobusowa. W połowie miesiąca się rozpadało. W kafejce na necie prognoza pogody nie dawała wielkich nadziei na szybką poprawę. Przeniesiona na papier miała nam w pokoju przypominać, że kiedyś jednak przestanie lać... Raz złapała nas taka burza, że nie dotarłyśmy na zajęcia z prof. Pescecane (oczywiście nazywała się inaczej, ale nazywaliśmy ją Pescecane, czyli rekin)
 Szybkie zakupy, aby wygłodniałym Marokańczykom zrobić tradycyjne polskie naleśniki. A Ekwadorczyk Luis siedział obok i jeszcze zapisywał sobie przepis. Kiedyś zbudził mnie koło 5 rano i pyta tak:
- Powiedz mi, ile czasu gotuje się jajka na twardo na twojej wysokości geograficznej? - przetarłam oczy i spojrzałam na niego jak na kosmitę. Mówię: Luis, 10 minut, to nie jest oczywiste? A Luis: Moje miasto leży na kilku tysiącach metrów. Mamy więc inne ciśnienie. Woda wrze w innej temperaturze i wszystko gotuje się w innym czasie. Zgotowałem te jajka tak jak w Ekwadorze, ale surowe zostały!
 Innym razem przyszedł do mnie ze swoim odtwarzaczem muzyki i pyta: Powiedz mi, jak tam naprawdę pisze się "Czajkowski"? Wypowiedział to nazwisko całkiem poprawnie, ale w odtwarzaczu miał to zapisane fonetycznie po hiszpańsku. A chciał po naszemu. Na tym foto poniżej u góry jest kawałek tego przepisu na naleśniki, później widać, co jest, a na dole... nie pamiętam, co i który kolega mi napisał po arabsku.
Decyzja o tym wyjeździe zapadła tak naprawdę w dwa dni. Tam wszystko było ekstremalne: samotne nocne powroty z kina plenerowego, 20 km spaceru po Palermo, nauka w dzikim tempie, ten pokój, w którym poza łóżkiem i dwoma prześcieradłami nie było nic (dobra, był balkon i Sycylia). I to spanie na lotnisku! I latte każdego dnia w teatralnej kawiarni B'Art. I to coś, co ciągnęło mnie z powrotem na Śląsk. Chyba to samo, o czym pisałam po powrocie z Turcji. Świadomość, że ma się do czego wracać.

Dobra, znikam. A do Reggio już nie wrócę. Mogłabym sobie tam za dużo przypomnieć.

Zł.

poniedziałek, 5 września 2011

urodziny

Mojej pierwszej miłości życzę, żeby jego legenda wciąż rosła.

Zł.

piątek, 2 września 2011

Sławek vs Majewski?

Kiedyś ten film promujący Katowice pojawił się w sieci, lecz szybko z niej zniknął, chyba nawet wiem dlaczego. Z pewnych poważnych powodów próbowano usunąć go z sieci. Najwyraźniej jednak sprawdza się ta zasada, że z internetu niczego nie da się wymazać. Dziś znów trafiłam na ten materiał. Obłędny, zobaczcie ESK 2016 Katowice - Tadeusz Sławek I teraz nie wiem, czy Sławek ma genialniejszy filmik czy Majewski?

czwartek, 1 września 2011

plusz

Mało jest na świecie rzeczy przyjemniejszych od pluszu. Podrzucam więc jeden z najbardziej pluszowych głosów jakie znam. Zamachowski w piosence Bukartyka. Klasa, klasa, klasa...


Różnych dziwnych rzeczy słucham od dwóch dni. Muzyką zagłuszam ten chaos, huk, nerwy, rozczarowania, znaki zapytania, zarzuty, wątpliwości, oskarżenia, wyrzuty... Może w sobotę uda się to jakoś odreagować, obśmiać albo wypłakać, jakoś się uodpornić albo udawać, że mnie to nie dotyczy aż tak bardzo, nie wiem. Póki co słuchajcie Zamachowskiego.
Zł.