poniedziałek, 12 września 2011

koniec sezonu 2010/2011

Na facebooku można sobie określić – o ile ma się ochotę – coś na kształt stanu cywilnego. Mogę np. napisać, że jestem wolna, zaręczona, w separacji, w otwartym związku (w czym???) i moje ulubione – to skomplikowane. Jeśli miałabym określić w jakim związku jestem z teatrem, to kliknęłabym właśnie w „to skomplikowane”. A ten ostatni sezon to w ogóle była jakaś wolna amerykanka. Albo ja się obrażałam, albo teatr mnie niczym nie przyciągał. Czasem nie chciało mi się pisać, ale też zdarzało się, że nie miałam o czym. Spektakle albo występowały stadnie, jeden obok drugiego dzień po dniu, albo zostawiały mnie samą na 3, 4 tygodnie na teatralnej pustyni. O niektórych już zapomniałam, że były w tym sezonie. Z innych pamiętam aż za dużo.

Co pamiętam?

Norymberga – pamiętam Jerzego Dziedzica i to, jak złe duchy wyłaziły z każdego kąta Małej Sceny. I wywiad, który mnie tak strasznie spiął, a wyszedł z tego całkiem przyzwoity tekst (Teatr Polski, BB, reż. Dorota Ignatjew)

Patty Diphusa – to dotąd jedyny monodram, który mnie rozczarował. Spodziewałam się czegoś więcej, i po Ewie Kasprzyk, i po Almodovarze… Pamiętam tylko jakieś różowe piórka (Teatr Polonia, Warszawa, reż. Marta Ogrodzińska)

Łysa śpiewaczka – fajny, konsekwentny spektakl bez wpadek. Pamiętam Leraczyka, to jasne (Teatr Zagłębia, Sosnowiec, reż. Grzegorz Kempinsky)

Mistrz & Małgorzata Story – poza tym, co pisałam tu pamiętam, jak potwornie czekałam na ten spektakl i jak zastanawiałam się, czy zdążymy wrócić na premierę z Austrii. Ale za drugim razem czekałam tak samo. I za trzecim. Pamiętam, że później chciałam wszystkim dookoła opowiedzieć, co myślę, ale nie umiałam (Teatr Polski, BB, reż. Robert Talarczyk)

Ja – fantastyczny, dziki i nieokiełznany Arkadiusz Jakubik! Pamiętam, jak w kolejce na widownię ten właśnie Jakubik stał za mną i coś cały czas burczał i gadał pod nosem sam do siebie, w przeciwsłonecznych okularach, zarośnięty jak Talib i jakiś taki rozedrgany. Tajemnicą dla mnie pozostanie dlaczego stał z nami w tej kolejce… (Teatr IMKA, Warszawa, reż. Michał Siegoczyński)

Słowa – z Rozrywki pamiętam tylko długaśną kolejkę po autograf. Z Korezu – oprócz takiej samej kolejki – pamiętam samoloty z papieru i zupełnie rozbrajające „Pokoiki na Hożej”. I ta płyta, której obiecałam sobie nie słuchać;)

Mayday – pamiętam jak myślałam, że nie wysiedzę, że mnie tam rozniesie. Chciałam wyskoczyć z loży, ale ewentualną ucieczkę skutecznie uniemożliwiłby mi komplet na widowni. Było strasznie. Nawet Andrzej Warcaba, którego bardzo lubię, nie był w stanie osłodzić mi tego wieczoru. Nigdy więcej. (Teatr Śląski, Katowice, reż. Wojciech Pokora)

Bitwa o Nangar Khel – pamiętam, że nie chciałam przymierzać burki, że wydawało mi się to nie na miejscu... Świetny spektakl, koniecznie do obejrzenia drugi raz w nowym sezonie (Teatr Polski, BB, reż. Łukasz Witt-Michałowski)

Amfitrion – pamiętam monumentalną scenografię i to, że wyszłam z myślą „jaki ten krakowski teatr jest INNY”… (Narodowy Teatr Stary, Kraków, reż. Wojciech Klemm)

Królowie dowcipu – pamiętam Rafała Sawickiego i R.E.M (Teatr Polski, BB, reż. Piotr Ratajczak)

Tak wiele przeszliśmy, tak wiele przed nami – pamiętam MOOOOOST. I że – wybaczcie – Orzeszek chuj ;) (Teatr Polski, BB, reż. Piotr Ratajczak)

Zła opinia – pamiętam, że płakałam ze śmiechu i musicie mi wierzyć, że miałam powody (Teatr Polski, BB, reż. Robert Talarczyk)

Nasza klasa – pamiętam świetną obsadę i genialne rozłożenie akcentów, choć po przeczytaniu tego dramatu spodziewałam się, że każda minuta będzie ciężka jak katafalk. Pamiętam też, że aktorzy w rządku zeszli ze sceny i już na nią nie wrócili (Teatr na Woli, Warszawa, reż. Tadeusz Słobodzianek)

Bóg mordu – chciałabym, aby tak wspaniali aktorzy jak Grażyna Bułka i Grzegorz Sikora nie musieli grać w takich spektaklach (Teatr Polski, BB, reż. Grzegorz Chrapkiewicz)

Taka fajna dziewczyna jak ty – pamiętam Anię Guzik w tych ciepłych ciuchach, w czapie i w szaliku, gdy dookoła było ze czterdzieści stopni, a cała widownia wachlowała się repertuarami. I pamiętam, jak zastanawiałam się, czy mam większą słabość do Sawickiej na scenie, czy do Sawickiego (Teatr Polski, BB, reż. Ingmar Villqist)

Do tego jeszcze spektakle, na które wracam z uporem maniaka w każdym sezonie, od lat. Tam gdzieś po drodze była więc jeszcze (moja najukochańsza ze wszystkich) „Kometa”, z której dla odmiany nie pamiętam nic. Nie pamiętam nawet z kim byłam i czy na widowni był komplet. Chyba że to wtedy śnieg padał powolutku takimi wielkimi płatami? Chociaż nie, to chyba było po „Cholonku”. I to był jeden z najcieplejszych wieczorów z całej zimy, chociaż zamarzały szyby. Na koniec sezonu jeszcze „Jesus Christ Superstar” plenerowo w WPKiW. I benefis Grażyny Bułki, który miał i świetne momenty i trochę słabsze, ale dla tej nieco zmienionej bosej Tekli z wiadrem naprawdę było warto…:)

Planuję nowy sezon, a niczego się tak nie boję jak tego, że praca pokrzyżuje mi te plany. W tym nowym sezonie obiecuję trochę spokornieć, trochę mniej się obrażać i nie nękać nikogo dylematami czy coś pisać, czy nie pisać. 

Na koniec jedna sytuacja w teatrem w tle. Miesiąc temu, rocznica ślubu moich Rodziców. Wysłałam ich na monodram Jandy do Rozrywki, a sama ambitnie zakwitłam w kuchni, ogarniając kolację dla 7 osób. Toczyłam nierówną walkę z czerwoną cebulą, która mimo swoich niewielkich gabarytów zaatakowała mnie szybko i bardzo skutecznie: ekstremalnie zalałam się łzami, rozmazałam się kompletnie, caluteńki tusz spłynął mi po policzkach tworząc grafitowe potoki. Z czerwonym nosem i nieszczęściem na twarzy chciałam wyjść (na ślepo) na taras, żeby świeże powietrze trochę mnie ogarnęło. W tym momencie przyszedł Brzydal i zobaczył mnie taką absolutnie uryczaną, rozmazaną i załamaną, normalnie siedem nieszczęść.
„Boże, co się stało???” – krzyknął.
A ja na to: BO MNIE DO TEATRU NIE WZIĘLI!!!!!!!!!!! ;)

 Zł.

Brak komentarzy: