piątek, 9 września 2011

Reggio Calabria po dwóch latach

Pewnej nocy na początku września dwa lata temu zamknęłam wypakowaną do granic walizkę i po północy pojechałam na lotnisko. Byłam w takich nerwach, że nie myślałam już nawet, czy ta decyzja była dobra czy zła, przemyślana czy idiotyczna. Myślałam tylko: jeśli samolot się spóźni, ucieknie mi autobus. Jeśli ucieknie mi autobus, to ucieknie mi pociąg. Jeśli ucieknie mi pociąg, przepadnie mi mieszkanie. Bo ja tak mam, ilekroć dzieje się coś stresującego, momentalnie szukam tematów zastępczych. Jakoś w ogóle nie zastanawiałam się, jak poradzę sobie we Włoszech nie znając języka. Sukcesem miało być samo dotarcie na miejsce.
Po kilkunastu godzinach podróży wykulałam się z pustego pociągu w Reggio Calabria. Sukces?  A mieszkanie? Uniwersytet dla obcokrajowców? Współlokatorzy? Kasa? Aaa… Sceny, obrazki, rozmowy, głosy i zapachy stamtąd są jak puzzle, ale takie zupełnie rozsypane i pogubione. Za dużo było tam emocji, żeby móc pamiętać wszystko tak, jak by się chciało. 

A wszystko dlatego, że tak potwornie chciałam stąd uciec. Dlatego, że musiałam na swoją przeszłość i przyszłość spojrzeć z perspektywy kilku tysięcy kilometrów. Dlatego, że nie mogłam tutaj wytrzymać i musiałam zająć głowę czymś z innego świata.

Podrzucam trochę zdjęć właśnie z tego innego świata. Widoczki, zabytki, słoneczka i inne cudeńka znajdziecie w postach sprzed dwóch lat. A dzisiaj tutaj trochę innych ujęć.

Scilla - jeździliśmy tam pociągiem. Dało się jeździć na gapę. Można było udawać, że się nie wie, że bilet kasuje się przed wejściem do pociągu. Tam u góry, na zamku, z Davidem, studentem reżyserii ze Słowenii, wymyślaliśmy wspólnie scenariusz straszliwego filmu o morderczych jaszczurkach. Finałem filmu miało być zeżarcie faceta z uniwersytetu, którego nie lubiliśmy (efekty specjalnie: mnóstwo keczupu i wrzaski z kasety). Teraz śledzę poczynania Davida przez internet i jestem zupełnie urzeczona jego filmami!

 Mleko migdałowe. Smak nie do zapomnienia. Słowo-klucz: mandorla. W lodach, kawie, bułkach, wszędzie.
 Czeska "Śmierć pięknych saren" czytana do poduszki. Jakąś książkę zawsze musiałam mieć w torebce czy w plecaku, żeby ją czytać w pociągu czy na plaży. Ta była pożyczona, więc nie wynosiłam jej nawet z mieszkania, ale targałam ze sobą "Różowe tabletki" Jandy. Kiedyś w pociągu tak się śmiałam nad którymś felietonem, że grupie Węgrów musiałam tłumaczyć, kim w Polsce jest Janda i o czym pisze.
 Gdzieś na końcu Włoch, na samym południu Południa, jest mała wioska, z której widać, jak te Włochy się kończą...
 ...kończą się mniej więcej w tym miejscu.
 Niezawodny zestaw obiadowy, wspólny dla Polek, Ekwadorczyka i dziewczyny z Kazachstanu.
 Nad ranem płyniemy promem na Sycylię. Ziewamy i uświerkamy z zimna. A Sycylijczycy wyciągają przeszkadzajki i tańczą tarantellę.
 Etna. Zimno, wilgotno, dziwny dym gryzie w gardło, dookoła księżycowy krajobraz i nienaturalnie lekki wulkaniczny żwir. W jednym ze sklepów sprzedawca, widząc mój czerwony nos, wlewa mi trochę do kubka jakieś jaskrawoczerwone paskudztwo i mówi: pij. Jak wypiłam to powiedział, że nazywają to Fuoco dell' Etna, czyli Ogień Etny i że draństwo ma 70%. Na wyższe partie wulkanu kursuje kolejka górska, ale tam nawet w środku lata trzeba mieć ciuchy jak w Alpy zimą.
 Palermo. Przy tym mieście Rzym wypada blado...
 Teatro Massimo, czyli miejsce, gdzie deklarowałam, że tam mogę do końca życia przedzierać bilety.
 Sycylia. Z naszego balkonu też był widok na Sycylię. A pod nami była jakże romantyczna... zajezdnia autobusowa ;)
 Jedna z wielu wspólnych kolacji. Była nauka obcych liter i alfabetów, była wymiana pieniędzy i oglądanie paszportów...
 Ooooo jest i zajezdnia autobusowa. W połowie miesiąca się rozpadało. W kafejce na necie prognoza pogody nie dawała wielkich nadziei na szybką poprawę. Przeniesiona na papier miała nam w pokoju przypominać, że kiedyś jednak przestanie lać... Raz złapała nas taka burza, że nie dotarłyśmy na zajęcia z prof. Pescecane (oczywiście nazywała się inaczej, ale nazywaliśmy ją Pescecane, czyli rekin)
 Szybkie zakupy, aby wygłodniałym Marokańczykom zrobić tradycyjne polskie naleśniki. A Ekwadorczyk Luis siedział obok i jeszcze zapisywał sobie przepis. Kiedyś zbudził mnie koło 5 rano i pyta tak:
- Powiedz mi, ile czasu gotuje się jajka na twardo na twojej wysokości geograficznej? - przetarłam oczy i spojrzałam na niego jak na kosmitę. Mówię: Luis, 10 minut, to nie jest oczywiste? A Luis: Moje miasto leży na kilku tysiącach metrów. Mamy więc inne ciśnienie. Woda wrze w innej temperaturze i wszystko gotuje się w innym czasie. Zgotowałem te jajka tak jak w Ekwadorze, ale surowe zostały!
 Innym razem przyszedł do mnie ze swoim odtwarzaczem muzyki i pyta: Powiedz mi, jak tam naprawdę pisze się "Czajkowski"? Wypowiedział to nazwisko całkiem poprawnie, ale w odtwarzaczu miał to zapisane fonetycznie po hiszpańsku. A chciał po naszemu. Na tym foto poniżej u góry jest kawałek tego przepisu na naleśniki, później widać, co jest, a na dole... nie pamiętam, co i który kolega mi napisał po arabsku.
Decyzja o tym wyjeździe zapadła tak naprawdę w dwa dni. Tam wszystko było ekstremalne: samotne nocne powroty z kina plenerowego, 20 km spaceru po Palermo, nauka w dzikim tempie, ten pokój, w którym poza łóżkiem i dwoma prześcieradłami nie było nic (dobra, był balkon i Sycylia). I to spanie na lotnisku! I latte każdego dnia w teatralnej kawiarni B'Art. I to coś, co ciągnęło mnie z powrotem na Śląsk. Chyba to samo, o czym pisałam po powrocie z Turcji. Świadomość, że ma się do czego wracać.

Dobra, znikam. A do Reggio już nie wrócę. Mogłabym sobie tam za dużo przypomnieć.

Zł.