środa, 28 września 2011

wszystko naraz

Sobota. Spokój. W domu zupełnie pusto, psy chrapią w plamie słońca, kot pcha się na laptopa (zauważyliście, że koty uwielbiają spać dokładnie tam, gdzie nie powinny? Na otwartych laptopach; na megaważnych dokumentach, których właśnie szukasz; w umywalce, kiedy się bardzo spieszysz i chcesz umyć zęby; w dziurze z kurzem pod płotem, kiedy dookoła jest kilometr kwadratowy bujnej trawy...). Złaź, kocie. Recenzję będę pisać. Nie przeszkadzaj mi, bo wyszłam z wprawy przez wakacje. Kot spojrzał z powątpiewaniem i z wielką łaską zajął się zrzucaniem kasztanów ze stołu. Recenzowany spektakl początkowo stawiał wściekły opór: wszystko, co chciałam o nim napisać, nijak nie trzymało się poprzedzającego zdania. Po trzech godzinach wycinania, wklejania, pisania na żółtych karteczkach i czytania na głos kotu oraz psu (drugi pies nie słyszy), recenzja nabrała jako takiego kształtu. A po kolejnej godzinie uznałam, że mogę się pod nią podpisać imieniem i nazwiskiem, co jest jednoznaczne z publikacją tekstu, zgodną z moim poczuciem przyzwoitości... Nie wiem dokładnie, kto tam odbiera w redakcji te moje maile, ale wielokrotnie mnie już zaskakiwali, publikując moje teksty np. w środku nocy albo w sobotę o 16...

Później w Korezie z Brz. z przyjemnością wysłuchaliśmy trzech jednoaktówek po śląsku. Tylko mi trochę przykro, że choćbym wymyśliła genialną i zaskakującą historię, to i tak nigdy w życiu nie napiszę jej po śląsku.

Późnym wieczorem sprawdzaliśmy, jak się je chińszczyznę na do połowy postawionej ścianie, w towarzystwie wrzosu w doniczce, jakkolwiek to brzmi. Mam nawet zdjęcie z tego doniosłego wydarzenia, ale wstawienie go tutaj spowodowałoby konieczność lawinowych wyjaśnień, opowieści i historii, które jakoś nie są tu po drodze.

Niedziela. Miał być Kraków. I byłby, gdyby nie sterta żelastwa na wlocie do miasta. Sterta żelastwa była wcześniej całkiem dużym audi, które walnęło w bariery, przefrunęło obok nas (moim zdaniem - przed nami, zdaniem Brzydala - za nami), następnie skosiło znak, obracając się fantazyjnie odbiło się od skarpy, ponownie obrało azymut na nas, odbiło się ponownie, gdzieś tam jeszcze przeturlało, wyrwało mnóstwo trawy i rozrzuciło żwir... Leciał jak taki mały, lekki, zabawkowy samochodzik. Trwało to wszystko łącznie z 5 sekund i wyglądało jak na filmie. I było zdecydowanie zbyt blisko. Kierowcę znaleźliśmy poturbowanego na tylnej kanapie. To i tak nieźle, bo jego plecak leżał dwa pasy dalej. Kolejny raz przekonałam się, że 112 to pomyłka... Zawsze 997, pamiętajcie! Gdy po godzinie uwolniliśmy się stamtąd, na pierwszym skrzyżowaniu zawróciliśmy w stronę Katowic.

Cała sytuacja zadziała na mnie dość mocno. Jak sobie jeszcze przypomnę ten mój powrót w piątek z Bielska, to już w ogóle powinnam sama siebie zaproponować do nagrody głupka roku. Do Korezu jechałam więc tak spięta, że czułam się jakby mnie ktoś zalał betonem. Na szczęście teatr jest m.in. po to, żeby nie myśleć o niczym, co jest poza teatrem. "Kometa" cudna, jak zawsze. Zawsze z "Komety" wychodzę załzawiona i zdołowana. I zawsze na "Kometę" wracam.

Tydzień-tornado. Przetacza się nade mną i co chwilę wciąga w nowy wir, z którym już nie wiem, czy walczyć, czy się mu poddać. Ze spraw ważnych, miałam wystąpienie na dość ważnej konferencji prasowej. Jak się na nią godziłam, to zgrywałam gwiazdę, że co mi tam taka konferencja, przecież wiem, o czym chcę powiedzieć, po czym przez kilka dni umierałam ze strachu, jak dowiedziałam się, kto oprócz mnie będzie tam zabierał głos. A już mnie zupełnie dobili, jak okazało się, że jestem na końcu, jak już te wszystkie VIP-y się wypowiedzą. W drodze do Krakowa kilka razy próbowałam powiedzieć Brzydalowi to, co chciałam, ale ilekroć mówiłam "szanowni państwo" i patrzyłam na niego jednego, to wybuchałam śmiechem i z prób nic nie wychodziło... Teraz wiem, że się udało, więc warto było wziąć się z tym bykiem za rogi... Jeszcze będę tym rzecznikiem, zobaczycie. Nie wiem jeszcze, jakiej instytucji, ale będę:).

Ostro jest w pracy. Staram się hodować dystans i czasami już udaje mi się wyłączać emocje w pracy, żeby nie przeszkadzały. Byle do piątku. W piątek premiera w Gliwicach. Oczywiście jeszcze nigdy tam nie byłam, ale wychodzę z założenia, że nie istnieje taki teatr, do którego bym nie zdążyła na spektakl.

Zł.

1 komentarz:

Izabela Mikrut pisze...

Przeczytałam "sobota". I trochę się zdziwiłam, bo fakt, ostatnio żyję intensywnie i zaciera mi się granica między dniem i nocą (od soboty nie udało mi się jednej nocy przespać w całości i zaczynam mieć zwidy), ale żeby aż tak?
Na szczęście nie napisałaś, że TERAZ jest sobota i trochę mi ulżyło. A potem spojrzałam na zegar i przestało mi ulżywać, bo właśnie jutro staje się dzisiaj i ciąg dalszy latania.