poniedziałek, 31 października 2011

bezsił

Jest taki kwiatek - dziewięćsił. Dla mnie trzeba wyhodować nową odmianę. Taka roślinka nazywałaby się bezsił. Nie wiem, kto mi napisał taki kiepski scenariusz, w którym padam na nos ze zmęczenia, ale godzinami nie mogę zasnąć, albo w którym w połowie dnia orientuję się, że już ani kroku dalej. Uprzejmie zwracam się z prośbą o naniesienie zmian w scenariuszu, skoro i tak lecimy na żywo i bez prób. Litości...
Przegięłam. Jestem pod ochroną. Wystraszona trochę. Bo zawodzi to, co kiedyś działało. Poszukam na sobie czegoś nowo, jak odzyskam trochę sił. Dziewięćsił.
Słucham cudnej, trochę smutnej Brodki.

Zł.

czwartek, 27 października 2011

kurs czeskiego

Zapisałam się na kurs języka czeskiego:

- bo tysiąc razy o tym myślałam,
- bo już kilka razy próbowałam się zapisać, ale nigdy nigdzie nie ruszała grupa,
- bo nie jestem na tyle uparta, żeby systematycznie uczyć się w samotności,
- bo uwielbiam zaczynać coś od nowa, od zera, od podstaw,
- bo szkoda mi życia na to, żeby się czegoś nie uczyć,
- bo fajnie będzie znów zająć głowę czymś zupełnie innym niż praca,
- bo cudownie jest się uczyć dlatego, że się chce, a nie dlatego, że się powinno,
- bo uwielbiam świadomość, że dogadam się w kolejnym języku,
- bo rosyjski nie rozwalił mnie aż tak, by uczyć się go dalej,
- bo nie tęsknię za włoskim,
- bo lepszego angielskiego nie potrzebuję,
- bo będę mogła lepiej rozumieć genialne teksty Nohavicy,
- bo muszę udowodnić sobie, że jednak mimo wszystko mam siłę,
- bo nie mogę sobie odpuszczać, bo to prosta droga do gapienia się w ścianę bez celu.

Byłam na pierwszych zajęciach i nie wiem, jak będę wymawiać te zbitki spółgłoskowe. I nie mam najbledszego pojęcia, jaka jest różnica fonetyczna między "h" i "ch". I czy na pewno długie samogłoski muszą być aż tak długie? Aaaa.... Radocha:). Wypowiedzmy wojnę Czechom i się im poddajmy...:)
Zł.

sobota, 22 października 2011

targi

- Tyle???
- Oj no... nie mogłam się powstrzymać...


Złośnica

a lack of color


Aaaaaaaa jak dziwnie...!
Milion myśli.

Zł.

czwartek, 20 października 2011

20 tygodni

Cztery i pół miesiąca. Dwadzieścia tygodni. Ponad sto czterdzieści dni. Tyle czasu potrzebował mój serwis na komunikat: proszę nam przyprowadzić samochód do naprawy. Po tym, jak w Dzień Dziecka gruba ryba z kuratorium rąbnęła mi w tylny zderzak i mój bagażnik stał się puklaty, przeszłam różne cuda z ubezpieczalniami, serwisem i wypożyczalnią. Szybko okazało się, że część zamienną należy wyprodukować dla mnie na końcu świata i sprowadzić, co przedłużało się w nieskończoność. Po drodze żądano ode mnie takich dokumentów, jakbym była winna nie tylko tej durnej stłuczki, ale też wojny w Bośni, arabskiej Wiosny Ludów i kryzysu w Grecji jednocześnie. W każdym razie dziś panowie z serwisu, którzy pierwszy raz zachowywali się tak, jakbyśmy byli w Wersalu, odebrali mi kluczyki i w zamian za to dali udostępnili corsę i prawie że machali czule na pożegnanie... Brzydal ochoczo rozsiadł się w oplu, powciskał wszystkie guziczki, pokręcił wszystkimi pokrętełkami, pokazał mi, jak wbić wsteczny i zarządził, że jutro jedziemy tym do Bielska. Hmm.
Motoryzacyjny pech trochę nad nami wisi. Pod domem stoi pokrzywdzony inny nasz samochód, w który kilka dni temu pod prąd czołowo wjechała 88-letnia babcia, swoim wiekiem wprawiając w osłupienie wszystkich świadków. Żal patrzeć. Małe kolorowe autka w niebezpieczeństwie.
Marzę o weekendzie. Jestem nieprzytomna, choć sto razy dziennie wmawiam sobie "nie przeginaj, nie przeginaj, nie przeginaj..."
Zł.

sobota, 15 października 2011

castorama

Chodząc po castoramie nudzę się niemiłosiernie... Nie tyle chodzę, co próbuję nadążyć za Brzydalem, który szaleje z wózkiem lub platformą między alejkami, z obłędem w oczach, brzęcząc cicho pod nosem jakieś słowa, których nie rozumiem. Dla mnie oczywiście nie ma różnicy między kablem trójpinowym a ośmiopinowym, między zaprawą z kreisela i zaprawą z atlasa, między wentylatorkiem o wydajności 90, a takim na którym napisano 120... Pfffff... Nie dość, że nuda, to jeszcze trzeba zachować czujność, żeby nie zostać potrąconym przez innych szaleńców z platformami.
Wczoraj pierwszy raz w życiu castorama obudziła we mnie intensywne emocje. Wszystko przez to, że uważam, że nie ma w mieszkaniu większego obciachu niż suszarka na pranie wisząca pod sufitem w łazience. Od tygodni toczyliśmy bój o obecność bądź nieobecność tego plastikowego białego paskudztwa. I wczoraj Brzydal, wykorzystując moją chwilę nieuwagi, wpakował do koszyka właśnie to straszydło. I zdecydowanie, po męsku odmówił odłożenia go z powrotem na regał. Po kilku minutach robienia smutnych min i po straszeniu rozwodem - zrozumiałam, że to bezcelowe, że czas na kapitulację... Brzydal z radosną miną triumfował. Gonił mnie nawet wózkiem po sklepie, tym wózkiem, na którym jak wojenne trofeum w pełnej swej wątpliwej krasie sterczała ta suszarka... Bosz... I jeszcze miał czelność powtarzać mi, że jestem największym głupkiem ze wszystkich głupków... Miałam jeszcze przy kasie nadzieję, że kod nie wejdzie, ale ku mej rozpaczy gładko wszedł i staliśmy się właścicielami największego z mieszkaniowych obciachów. Tylko lampa z soli jest w stanie się w tym równać!!!! Aaaa!!!!
Przy kasie stał za nami szczupły, brodaty facet z trzymanym na sztorc trzymetrownym drewnianym karniszem. Szepnęłam Brz., żeby się odwrócił, to zobaczy oszczepnika. Niestety, odwrócił się pospiesznie i (niestety) oszczepnik bardzo go rozbawił. I niestety umarł ze śmiechu, tak że bałam się, że pan go tym oszczepem zdzieli jak tylko wyjdzie ze sklepu.
Ok, może jestem najgorszym na świecie specjalistą od remontów i gdybym miała sama to wszystko robić, to pewnie mieszkałabym w jakimś kolorowym domku na kurzej stópce... Zakupy te są dla mnie cudowną odskocznią od tego, co zajmuje mi resztę dnia.
Miniony tydzień był zdrowotnym koszmarem. Nawet przeleżenie dwóch dni nic nie dało, co mnie jeszcze bardziej zdołowało. I nagle którejś nocy, gdy nie miałam siły przewrócić się na drugi bok, zrozumiałam, że przesadziłam i że nie warto. I że tak nie może być. Zrozumiałam, że powinnam pracować kilka godzin dziennie, a nie kilkanaście. Że nie mogę więcej tak ryzykować.
Zadziwiające, jak w kilka dni można sobie poprzestawiać priorytety. Nawet odważyłam się na poważną rozmowę z przełożonymi. Rany...
W poniedziałek moja wielka impreza... Coś, co prowadziłam samotnie od samego początku, od kilku tygodni. Jestem na finiszu. Robi się naprawdę poważnie. Jeśli Wyborcza w jednym wydaniu pisze o tym w trzech miejscach, to wiedz, ze coś się dzieje... ;) Jutro pracuję. Muszę to jeszcze podopinać. Sztalugi śnią mi się po nocach. Dużo sztalug.

Zł.

PS 
- Chodźmy stąąąąąąąd............
- Jesteś najgorsza. Jesteś okropna, wstrętna i marudna.
- Mam ochotę na gofra...
- Skąd ja ci o 20:30 w castoramie wezmę gofra!!!!!
Epilog: Po 20 minutach byliśmy na gofrach... Hmmm...

sobota, 8 października 2011

jak myśl, po którą trzeba się schylać

Jak dźwięki powtórnie słyszane
Jak słowa przechowywane
Jak myśl po którą trzeba się schylać
Vangelis lubi perkusję i brzmienie skrzydeł motyla




Dobranoc po tym niekoniecznie dobrym dniu.
Zł.

środa, 5 października 2011

próba

Fantastyczny ten dom. Taki z gankiem z małymi okienkami. W środku jest tak, jakby ktoś się bardzo napracował nad scenografią. Monidło na ścianie. Bifyj. Szklanki w metalowych osłonkach. Ciężkie firanki. Święte obrazki. Kachlok. Widać, że jeszcze niedawno ktoś tam mieszkał. Magicznie. W jednym pokoju futerały na gitary. W drugim mnóstwo sprzętu. Po podłodze wiją się kable, gdzieś leżą pałeczki perkusyjne, głośniki cicho mruczą. Wszędzie walają się wygniecione kartki z tekstami piosenek. Po pięciu minutach czuję się trochę jak na wakacjach.
Chłopaki z zespołu przez dwie godziny grali, próbowali, improwizowali. Nabijali się z siebie, dyskutowali, zadawali mi milion pytań, żartowali i zaczepiali mnie. Zagrali mi wszystkie nowe piosenki. A te, które znałam, i tak brzmiały inaczej, bo jest jeden nowy dodatkowy gitarzysta, zupełnie czarujący. Między piosenkami wychodziliśmy do ogródka pogadać / zapalić / jeść orzechy z wielkiego drzewa. Było to wszystko tak swobodne i naturalne, zupełnie jakbyśmy się co kilka dni widywali na próbach... 
Przyniosłam stamtąd trochę fajnych rzeczy. Dostałam płytę, na którą miałam ochotę już z 2 lata temu, ale wtedy jeszcze nie istniała w takiej formie. Doczekałam się dopiero teraz. Podobnie jak doczekałam się tych pięknych chwil, gdy zespół gra, a słucham tylko i wyłącznie ja. Dostałam też cały koncert z soboty nagrany cyfrową kamerką, bardzo fajnej jakości. I przyniosłam też jedną z tych wymiętych kartek z tekstem tak obłędnie dobrym, że zdecydowanie odmówiłam wypuszczenia go z rąk. Mam zgodę na puszczenie tej płyty w nieograniczony obieg w sieci. Wiem, jak wielu ludzi czeka na te piosenki, więc jutro to ogarnę i wyślę gdzie trzeba.
Wyjechałam stamtąd przeszczęśliwa. Wystarczyło kilka chwil, jakiś skrót, tytuł, skojarzenie i od razu wszystko wróciło. W listopadzie powinien być jakiś koncert w pobliżu. Czekam.
Mój organizm mówi, że powinnam się opamiętać, bo ma dość. Puszczam głośniej te nowe piosenki i zagłuszam.

Zł.

wtorek, 4 października 2011

godzina

Zbudziłam się i jak zawsze z pewną niechęcią wygramoliłam się z łóżka, żeby zdążyć do pracy. Zimno i ciemno. Brrr. Człap, człap, do łazienki. Zastanawiam się, jaki jest dzień tygodnia i co mam na dziś zaplanowane. Z na wpół zamkniętymi oczami myję zęby i włączam radio. A tam akurat kończyły się wiadomości. Spiker w radiu powiedział: "jest pięć minut po drugiej..." I tak właśnie było. Nie mam najbledszego pojęcia, jak to się stało. Choć pewnie winne są ostatnie dni i ekstremalne sytuacje, na które byłam narażona. W niedzielę wróciłam z pracy o 23. Wczoraj - o 19. Miałabym naprawdę bardzo poważny problem, gdybym nie lubiła tej pracy...

Z innych niusów, byłam dziś na fantastycznym wykładzie o Słobodzianku, który wygłaszał jeden z najwybitniejszych w Europie współczesnych literaturoznawców. Gdzieś po drodze zdążyłam się wyściskać z Promotorem, dzięki czemu na moim dawnym wydziale znów poczułam się jak u siebie. Od razu przypomniałam sobie sytuację, gdy kiedyś wróciłam z wydziału do biura cała radosna i mówię tak: spotkałam promotora! Pocałował mnie w policzek! A szefowa: Jezus Maria... gdyby mój mnie pocałował, to bym chyba umarła... ;)

Zł.

niedziela, 2 października 2011

koncert

Ile czasu minęło...? Kilkanaście miesięcy? Bez znaczenia. Na ten wieczór nie musiałam się z nikim umawiać. Wiedziałam, że pewnie i tak będzie ktoś znajomy. Szybko wyławiamy się z tłumu, dosiadam się do jakiegoś stolika. Po chwili przychodzi on, on sam i pyta, czy może się dosiąść. I po prostu chce pogadać. Cieszę się, że mogę cię znów zobaczyć - mówię, a myślę: umieram z radości, że przyszedłeś, choć dookoła jest kilkadziesiąt osób i znasz wszystkich. Mówię: tęskniłam trochę, a myślę: sto tysięcy razy myślałam, że zwariuję, ilekroć przypominałam sobie, jak zniknąłeś z mojego życia. Masz dla mnie jakieś nowe piosenki do posłuchania? Mam całą płytę, wyślę Ci! Albo nagram. Przyjedź. Mamy nową salę prób. Właściwie cały dom mamy, zobaczysz. Przyjedź na próbę. Przyjadę. Dużo piszesz? Mniej niż kiedyś. Ale mam trochę nowych piosenek. Nagramy tę płytę. A ty jak? Wiem, rozumiem. Potrzebujecie menedżera? Bardzo. W sumie ona nie była zła... Nie trawiła mnie - mówię. Tak mnie stresowała, że z każdego koncertu wychodziłam chora. Nie wiedziałem. To może i lepiej. Pracujesz tam? Pracuję, jest szaleństwo. A piszesz jeszcze? Piszę, chodzę na spektakle. Teatr jest dla mnie tak ważny, jak wy kiedyś byliście. Rany, muszę posłuchać tych twoich nowych piosenek... Muszę iść. To zrozumiałe, zaraz koncert. Dziękuję. To ja dziękuję.

Na samym koncercie było kilka tych nowych kawałków, wszystkie z fantastycznymi tekstami. Bo on ma niesamowite wyczucie słowa, jemu słowa się kleją do siebie i pasują jedno do drugiego. Zaskakuje frazeologią i połączeniami, wyczuwa, co brzmi dobrze, a jednocześnie dużo znaczy. Długi koncert, mnóstwo ludzi, bardzo żywiołowe reakcje i ten nieśmiały uśmiech, ten spuszczony wzrok kiedy ludzie klaszczą. Rozbudowana setlista, pomieszane piosenki z różnych muzycznych projektów, trochę o miejscach, trochę o ludziach. Powietrze wibrowało od tej gitary. I moja najukochańsza ze wszystkich piosenka na sam koniec, jak zawsze. Po koncercie jeszcze kilka słów. Umówimy się? Zadzwoń do mnie. Dziękuję - mówi, a ja nie mam najbledszego pojęcia, za co.

Kiedyś byłam bardzo blisko tego świata. Później ten świat mi się oddalił, a jeszcze później ja się ostatecznie odcięłam, bo nie widziałam już sensu. Dziś cieszę się potwornie, że możemy do siebie wrócić i że wiążą się z tym tylko pozytywne emocje. Żadnych dawnych rozczarowań, pretensji, zbędnych pytań.I ci ludzie, których spotkałam! Zobaczyłam w ich oczach ten sam blask, co przed laty na koncertach w małych klubach, na które chodziliśmy razem. A to pamiętasz? A jak byliśmy w Piekarach? A Zanzibar! I stare Mega. I ta sala na Grunwaldzkiej...

Padam na nos. Za kilka godzin wychodzę do pracy...

Zł.