czwartek, 20 października 2011

20 tygodni

Cztery i pół miesiąca. Dwadzieścia tygodni. Ponad sto czterdzieści dni. Tyle czasu potrzebował mój serwis na komunikat: proszę nam przyprowadzić samochód do naprawy. Po tym, jak w Dzień Dziecka gruba ryba z kuratorium rąbnęła mi w tylny zderzak i mój bagażnik stał się puklaty, przeszłam różne cuda z ubezpieczalniami, serwisem i wypożyczalnią. Szybko okazało się, że część zamienną należy wyprodukować dla mnie na końcu świata i sprowadzić, co przedłużało się w nieskończoność. Po drodze żądano ode mnie takich dokumentów, jakbym była winna nie tylko tej durnej stłuczki, ale też wojny w Bośni, arabskiej Wiosny Ludów i kryzysu w Grecji jednocześnie. W każdym razie dziś panowie z serwisu, którzy pierwszy raz zachowywali się tak, jakbyśmy byli w Wersalu, odebrali mi kluczyki i w zamian za to dali udostępnili corsę i prawie że machali czule na pożegnanie... Brzydal ochoczo rozsiadł się w oplu, powciskał wszystkie guziczki, pokręcił wszystkimi pokrętełkami, pokazał mi, jak wbić wsteczny i zarządził, że jutro jedziemy tym do Bielska. Hmm.
Motoryzacyjny pech trochę nad nami wisi. Pod domem stoi pokrzywdzony inny nasz samochód, w który kilka dni temu pod prąd czołowo wjechała 88-letnia babcia, swoim wiekiem wprawiając w osłupienie wszystkich świadków. Żal patrzeć. Małe kolorowe autka w niebezpieczeństwie.
Marzę o weekendzie. Jestem nieprzytomna, choć sto razy dziennie wmawiam sobie "nie przeginaj, nie przeginaj, nie przeginaj..."
Zł.

Brak komentarzy: