wtorek, 4 października 2011

godzina

Zbudziłam się i jak zawsze z pewną niechęcią wygramoliłam się z łóżka, żeby zdążyć do pracy. Zimno i ciemno. Brrr. Człap, człap, do łazienki. Zastanawiam się, jaki jest dzień tygodnia i co mam na dziś zaplanowane. Z na wpół zamkniętymi oczami myję zęby i włączam radio. A tam akurat kończyły się wiadomości. Spiker w radiu powiedział: "jest pięć minut po drugiej..." I tak właśnie było. Nie mam najbledszego pojęcia, jak to się stało. Choć pewnie winne są ostatnie dni i ekstremalne sytuacje, na które byłam narażona. W niedzielę wróciłam z pracy o 23. Wczoraj - o 19. Miałabym naprawdę bardzo poważny problem, gdybym nie lubiła tej pracy...

Z innych niusów, byłam dziś na fantastycznym wykładzie o Słobodzianku, który wygłaszał jeden z najwybitniejszych w Europie współczesnych literaturoznawców. Gdzieś po drodze zdążyłam się wyściskać z Promotorem, dzięki czemu na moim dawnym wydziale znów poczułam się jak u siebie. Od razu przypomniałam sobie sytuację, gdy kiedyś wróciłam z wydziału do biura cała radosna i mówię tak: spotkałam promotora! Pocałował mnie w policzek! A szefowa: Jezus Maria... gdyby mój mnie pocałował, to bym chyba umarła... ;)

Zł.

Brak komentarzy: