wtorek, 29 listopada 2011

Szwoleżerowie

O tej premierze było głośno w wakacje, pamiętam. A że nie lubię uczucia, że mnie coś omija, pomyślałam, że gdy ten spektakl przyjedzie z Bydgoszczy na Śląsk, to pewnie na niego pójdę. Żeby zobaczyć, jak to się robi gdzie indziej. Żeby się przekonać, skąd to zainteresowanie. Lubiany przeze mnie autor + znany reżyser. Może się nie udać? Eeee tam. Kilka dni temu przypadkiem wpadłam na info, że przyjeżdżają. Dziś w Rozrywce tłum, kilka znajomych twarzy i kilka dobry wieczór. Później dwie godziny wyjęte z życiorysu. Mniej więcej do połowy wierzyłam, że może jeszcze będzie OK. Później mogłam już tylko czekać... Po wszystkim z widowni wyszłyśmy z Mamą na sztywnych nogach, by za chwilę w kolejce do szatni wybuchnąć śmiechem i mamrotać do siebie pod nosem "najgorsze... najgorszeeee..."

Mama: Naprawdę, nigdy nie widziałam niczego tak złego.
ja: Nie przesadzaj, ja widziałam kilka gorszych.
Mama: Ciekawe które!
ja (po dłuższej chwili): "Dzień Walentego" z Seniuk był gorszy! I "Elling" z Karolakiem. I "Mayday" w Śląskim! Chociaż nie. To, że nie lubię farsy, nie znaczy, że "Mayday" był naprawdę taki zły... Ok... Czyli te dwa. Choć Kot ratował "Elling".
Mama: Naprawdę... nie wierzę... Tutaj ratowała tylko ta rockowa kapela!
ja: Mamuś, muszę ci coś powiedzieć... Ostrzegano mnie przed tym...
Mama: Czy ty nie możesz słuchać, jak mądrzejsi do ciebie mówią? Masz taki autorytet, to słuchaj jak dobrze radzi!

W domu Ojciec triumfował, bo już kilka dni temu czuł, że będzie lepiej, jak na to nie pójdzie. I jak przystało na Mistrza Ciętej Riposty, powiedział: bo wam się pomyliło. To nie Klata, tylko klapa.

Pozostaje mi całą Bydgoszcz zaprosić na spektakle do Sosnowca, Chorzowa, Katowic i Bielska-Białej.

Chyba że to moja wrażliwość nadaje na innych falach. Pytanie, na czyich falach nadają "Szwoleżerowie"?

Złośnica

niedziela, 27 listopada 2011

never say NO to panda

     Ok, nie było dobrze wczoraj i w piątek. Takie coś, co sprawia, że nie ma się siły powiedzieć nic pełnym głosem. I strach, że tak zostanie. Wiem, co pomaga i wiem, że nie powinnam o to prosić, więc nie proszę i szukam metod alternatywnych.
     W teatrze wczoraj pięknie. "Pokoiki" zmiotły wszystko inne. Dla mnie piosenka roku. Marzę o wersji studyjnej.
     Gdyby przed wejściem do teatru były badania psychologiczne, czy ktoś nie jest zbyt wrażliwy, żeby w czymś uczestniczyć, to pewnie by mnie nie wpuścili. Na szczęście przed wejściem są tylko kasy. Dwa bilety. Normalne? Nie, dla wariatów.
     Dziś kilka godzin bawiłam się w pandę. Czapka-Panda ma właściwości zmiękczające i lekko wymuszające. Jak Brzydal nie jest do czegoś przekonany, a ja akurat mam pod ręką czapkę, zakładam ją pospiesznie, robię najsmutniejszą minę na świecie i po cichu mówię: "Mnie odmówisz? MISIOWI?" albo "Na mnie się obraziłeś? NA MISIA?" Dziś porządnie nas wywiało, zmarzliśmy jak cholera, ale czuję się trochę normalniej.


     Sporo kosztowały mnie ostatnie dwa tygodnie. Oprócz miliona drobnych spraw, dopinałam moją bardzo ważną umowę, którą z naszej strony pilotuję tylko ja. Nałaziłam się, naprosiłam, zbierałam podpisy (osiem!!!), milion razy obcym ludziom tłumaczyłam, o co chodzi i dlaczego, rozwiewałam prawne wątpliwości (zupełnie jakbym miała o tym jakieś pojęcie), poprawiałam, raportowałam Władzom, zmieniałam, wysyłałam niekończącą się liczbę maili, żeby z drugiej strony nie mieli wątpliwości, czy podpisywać... Jeśli w środę w południe widzieliście jakiś dziwny obiekt latający nad Katowicami, to ja fruwałam z radochy kilka metrów nad ziemią. Oby realizowanie założeń umowy też powodowało u mnie napady fruwania, a nie na przykład walenia głową w ścianę. I mail od szefowej: "więcej takich działań, bo są rewelacyjne". TAK!
     Teraz tydzień wypchany jak wściekły. Ale we wtorek teatr. Argument na wszystko.
Zł.

sobota, 26 listopada 2011

nawet



Humor zły, galopujący smutek i ujemny poziom sensu.
z.

niedziela, 20 listopada 2011

recital

- Co dzisiaj masz?
- Recital.
- Ten?
- Ten.
- Przecież byłaś już.
- Kilka razy.
- To po co idziesz?
- Po "wszystko jedno".
- Po co?
- Nie, nic. Nieważne.

Cudnie było.

Zł.

wtorek, 15 listopada 2011

skutki uboczne

Zł. - Wiesz co, od tych leków jest mi tak ciepło, że śpię w jakiejś letniej koszulce, okno otwarte...
Brz. - Świetnie, zaoszczędzimy na gazie.
Zł. - Ale wiesz co, od tych leków jestem też ciągle głodna...
Brz. - Hm. To nie zaoszczędzimy.

Dziś z pracy jechała ze mną koleżanka. Stanęłyśmy w korku na rogu Bankowej i Warszawskiej. Chodnikiem w naszym kierunku zbliżała się znajoma lektorka. Chciałyśmy ją z auta wystraszyć, więc opuściłam szybę, a jak się zbliżyła, zaczęłyśmy się drzeć, charczeć i rzucać po aucie, wszystko w stronę tego otwartego okna, tak głośno, że zdecydowanie wykraczało to poza wszelkie normy zachowania na ulicy. W tej samej sekundzie obok tego otwartego okna stanął rowerzysta, więc w efekcie to na niego darłyśmy się tak, że mało nie spadł z roweru. A lektorka nawet nie spojrzała. Przeszła obok. Chłop mało nie fiknął. Zajrzał mi do auta z takim niedowierzaniem, że mało nie wbiłam zębów w kierownicę ze śmiechu, po czym oddalił się i tylko jeszcze raz odwrócił się do nas, mocno zaniepokojony...

Możliwe, że ta sytuacja też była skutkiem ubocznym. Skutkiem ubocznym pracy.
Zł.

czwartek, 10 listopada 2011

scena

backstage najważniejszy klub muzyczny w katowicach siedzimy w niedużym pokoju ja i zespół w powietrzu pełno dymu ale tak ma być, przecież rock and roll, normalnie, im bliżej do startu, tym w powietrzu więcej napięcia, mówię do gitarzysty pokaż palce i widzę, jak mu się strasznie trzęsą dłonie, czym wy się stresujecie, pytam, przecież prawie że u siebie gracie, jest full ludzi, pełna sala, będzie dobrze, zobaczycie, nie ma nas kto zapowiedzieć, mówi, poszukaj kogoś z klubu, na pewno kogoś mają, po chwili okazuje się że skądże, nie mają, ty nas zapowiesz, mówią, zgłupieliście chyba, bardziej stwierdzam niż pytam, no zapowiesz nas, wtedy za drzwiami przechodzi dwóch facetów i słyszę jak jeden mówi do drugiego że jest kilkaset osób, zapowiedz nas, wychodzę za drzwi mocno spięta, podchodzę do sceny i zza kolumn widzę falujący tłum i nie bardzo wiem, gdzie kończy się ten klub, a przecież znam to miejsce, przecież chodziłam tam na koncerty i wiem, ile osób przychodzi w to  miejsce na ten zespół, który zagra za parę chwil, stoję na miękkich nogach widzę tych ludzi i myślę "czekają, musimy zacząć" i w momencie jak pomyślałam to musimy, to magiczne MY w ułamku sekundy poczułam ŻE JEŚLI TEGO NIE ZROBIĘ TO BĘDĘ PÓŹNIEJ LATAMI ŻAŁOWAĆ, a nie ma nic gorszego niż latami żałować, że się czegoś nie zrobiło, pędem wróciłam do pokoju i mówię zapowiem was. czy ja będę widzieć publiczność? pytam, nie musisz, możemy dać takie światło, że nie będziesz ich widzieć. chcesz? pytają, po chwili mówię że jednak wolę widzieć, jak zareagują, po chwili przyszli po nas i było trochę jak na filmach albo jak dvd z koncertów, długi ciemny korytarz, ochroniarze, M. mówi idziemy i patrzy na mnie i tym długim ciemnym korytarzem idę ja a zespół grzecznie za mną, zupełnie jakby zawsze tak było, kilka schodów, trzy albo cztery, idę do mikrofonu na środku, sama sama sama cała scena pusta, staję przy mikrofonie lidera i widzę tych ludzi i czuję te setki par oczu w sekundzie wlepionych we mnie, rany boskie gdybym wiedziała pół godziny wcześniej, to bym się przygotowała jak trzeba, myślę, a tak to szyję, może minutę, może dwie, trochę historii zespołu i trochę o wzlotach, o których wiele osób na sali i tak słyszało na koniec proszę o gorące brawa dla tej muzycznej legendy i dostaję te brawa których chciałam, zostawiam mikrofon, chłopaki wchodzą na scenę brawa brawa brawa jeszcze krzyczę do nich, żeby dali czadu i schodzę po tych schodkach wprost na płytę między ludzi, gdzie zostaję już do końca. wysyłam smsa "otworzyłam ten koncert!" publika cudna, fajne reakcje, naprawdę, widzę jak muzycy uśmiechają się nad tymi gitarami, bo czują że jest naprawdę dobrze. po ostatniej piosence wracamy na backstage, na scenę wchodzi myslo, a my wyrzucamy z siebie emocje na szybko, co chwilę ktoś wpada pogratulować powiedzieć parę słów, zespół zadowolony, dobrze było mówią, dobrze. ja przeszczęśliwa, piosenki w tych aranżacjach brzmią cudnie do tego mam świadomość jakim oni mnie potwornym zaufaniem muszą darzyć skoro oddali mi swój mikrofon skoro chcieli żebym to ja była gdyby nie ty to nikt inny tego nie zrobi poza tym nikt inny tego nie zrobi lepiej, mówili, jak się cieszę wychodzę znów w tłum ludzi na myslo na trzy piosenki ale wolę wrócić tam do nich i słuchać jak gadają co myślą co planują jak się śmieją. gdy myslo zaczyna grać nowe piosenki mówię że czas na mnie zabieram ze sobą M., który nie bał się na te kilka chwil oddać mi swój mikrofon na środku sceny pakujemy wielki futerał z gitarą na tylne siedzenie i jedziemy na koniec świata żałuję że nie jechałam okrężną drogą pogadalibyśmy dłużej do następnego razu, mówi, a ja od momentu trzaśnięcia drzwi nie mogę się już doczekać i weź tu człowieku teraz zaśnij.

wtorek, 8 listopada 2011

wt.

Jeśli siedzę cicho i nie ruszam bloga przez tydzień to wiedz, że coś się dzieje.
Jeśli z niechęcią podchodzę do jakiegokolwiek pisania, to wiedz, że tam się coś bardzo mocno burzy.
Nie wiem, czy przypadkiem diabeł się mną nie interesuje, bo wszystko, co robię i wszystko, czego nie robię, kręci się nieprzerwanie i coraz szybciej wokół tego, jak się czuję. Nagle nie mam siły na nic ponad to, co jest absolutnie elementarne.
Chociaż było ostatnio kilka naprawdę fajnych momentów, jakieś góry, spacery, głaskanie surykatek, piątkowa impreza w Hipnozie czy manufaktura gofrów w tosterze w mojej przyjaciółki (tak, w tosterze). Wszystko to było jednak okupione nienaturalnym wysiłkiem, bezsennością i ostateczną - dopadającą w środku nocy - bezsensownością.
Żeby nie zdurnieć do reszty, czytałam "List miłosny pismem klinowym", bardzo współczesną czeską prozę, napisaną przez faceta, którego nazywają Pierwszym Murzynem Republiki Czeskiej. Co za przedziwna narracja! Szacun dla konstrukcji i dla nowatorstwa - pewnie dlatego Czesi oszaleli na jego punkcie. Stosik książek "to-read" pnie się pod sufit.
Ostro walczę w pracy, mam jeden duży projekt delikatnie zaczęty i jeden mega gigantyczny projekt w ostatniej fazie planowania. Nie wiem, czy niedługo nie wyląduję na L4 na jakiś czas, więc nie bardzo wiem, jak się za to zabierać, żeby nie spartolić. Ale póki co działam jakby w ogóle nic się nie działo. Tajniak jak nigdy.
Dobrze, że jest czeski. Móc się uczyć to błogosławieństwo:).
Zł.

wtorek, 1 listopada 2011

Nohavica - "Rakety"

Dzisiaj nie słuchałam niczego innego: Jaromir Nohavica & Cechomor - Rakety.
Znam od lat, a ostatnio działa jakoś inaczej. Genialne, cudowne, uzależniające.
Chciałam Wam wkleić którąś strofkę, ale od 10 minut nie wiem, którą wybrać.
Może tę, w której będzie za późno, jeśli zjawisz się jutro. Lepiej więc przyjdź jeszcze dziś.
Albo o tym, że tylko mnie w to wszystko wrzucili.
Albo tę w której wiem, że nie będę się bać.
Jeszcze chwila, jeszcze moment, jeszcze sekunda...
Razem doczekamy się jutra.
Ziemia zrównana z ziemią.
Miliardy Romeów i miliardy Julii.
Genialne.

Byl jsem vhozen do života bez toho že by se mě ptali
a bez toho že by se mě někdo zeptal budu zase vyhozen
a tak prosím jenom o jedoniu malou úsluhu
netvrďte mi do očí že jednáte z mé vůle že tohleto všechno je i moje přání
 Zł.