czwartek, 10 listopada 2011

scena

backstage najważniejszy klub muzyczny w katowicach siedzimy w niedużym pokoju ja i zespół w powietrzu pełno dymu ale tak ma być, przecież rock and roll, normalnie, im bliżej do startu, tym w powietrzu więcej napięcia, mówię do gitarzysty pokaż palce i widzę, jak mu się strasznie trzęsą dłonie, czym wy się stresujecie, pytam, przecież prawie że u siebie gracie, jest full ludzi, pełna sala, będzie dobrze, zobaczycie, nie ma nas kto zapowiedzieć, mówi, poszukaj kogoś z klubu, na pewno kogoś mają, po chwili okazuje się że skądże, nie mają, ty nas zapowiesz, mówią, zgłupieliście chyba, bardziej stwierdzam niż pytam, no zapowiesz nas, wtedy za drzwiami przechodzi dwóch facetów i słyszę jak jeden mówi do drugiego że jest kilkaset osób, zapowiedz nas, wychodzę za drzwi mocno spięta, podchodzę do sceny i zza kolumn widzę falujący tłum i nie bardzo wiem, gdzie kończy się ten klub, a przecież znam to miejsce, przecież chodziłam tam na koncerty i wiem, ile osób przychodzi w to  miejsce na ten zespół, który zagra za parę chwil, stoję na miękkich nogach widzę tych ludzi i myślę "czekają, musimy zacząć" i w momencie jak pomyślałam to musimy, to magiczne MY w ułamku sekundy poczułam ŻE JEŚLI TEGO NIE ZROBIĘ TO BĘDĘ PÓŹNIEJ LATAMI ŻAŁOWAĆ, a nie ma nic gorszego niż latami żałować, że się czegoś nie zrobiło, pędem wróciłam do pokoju i mówię zapowiem was. czy ja będę widzieć publiczność? pytam, nie musisz, możemy dać takie światło, że nie będziesz ich widzieć. chcesz? pytają, po chwili mówię że jednak wolę widzieć, jak zareagują, po chwili przyszli po nas i było trochę jak na filmach albo jak dvd z koncertów, długi ciemny korytarz, ochroniarze, M. mówi idziemy i patrzy na mnie i tym długim ciemnym korytarzem idę ja a zespół grzecznie za mną, zupełnie jakby zawsze tak było, kilka schodów, trzy albo cztery, idę do mikrofonu na środku, sama sama sama cała scena pusta, staję przy mikrofonie lidera i widzę tych ludzi i czuję te setki par oczu w sekundzie wlepionych we mnie, rany boskie gdybym wiedziała pół godziny wcześniej, to bym się przygotowała jak trzeba, myślę, a tak to szyję, może minutę, może dwie, trochę historii zespołu i trochę o wzlotach, o których wiele osób na sali i tak słyszało na koniec proszę o gorące brawa dla tej muzycznej legendy i dostaję te brawa których chciałam, zostawiam mikrofon, chłopaki wchodzą na scenę brawa brawa brawa jeszcze krzyczę do nich, żeby dali czadu i schodzę po tych schodkach wprost na płytę między ludzi, gdzie zostaję już do końca. wysyłam smsa "otworzyłam ten koncert!" publika cudna, fajne reakcje, naprawdę, widzę jak muzycy uśmiechają się nad tymi gitarami, bo czują że jest naprawdę dobrze. po ostatniej piosence wracamy na backstage, na scenę wchodzi myslo, a my wyrzucamy z siebie emocje na szybko, co chwilę ktoś wpada pogratulować powiedzieć parę słów, zespół zadowolony, dobrze było mówią, dobrze. ja przeszczęśliwa, piosenki w tych aranżacjach brzmią cudnie do tego mam świadomość jakim oni mnie potwornym zaufaniem muszą darzyć skoro oddali mi swój mikrofon skoro chcieli żebym to ja była gdyby nie ty to nikt inny tego nie zrobi poza tym nikt inny tego nie zrobi lepiej, mówili, jak się cieszę wychodzę znów w tłum ludzi na myslo na trzy piosenki ale wolę wrócić tam do nich i słuchać jak gadają co myślą co planują jak się śmieją. gdy myslo zaczyna grać nowe piosenki mówię że czas na mnie zabieram ze sobą M., który nie bał się na te kilka chwil oddać mi swój mikrofon na środku sceny pakujemy wielki futerał z gitarą na tylne siedzenie i jedziemy na koniec świata żałuję że nie jechałam okrężną drogą pogadalibyśmy dłużej do następnego razu, mówi, a ja od momentu trzaśnięcia drzwi nie mogę się już doczekać i weź tu człowieku teraz zaśnij.

1 komentarz:

Izabela Mikrut pisze...

haha jak pierwszy raz wyłaziłam na scenę to mnie uspokoiło, że mogę dostać światła, przy których nie będę widzieć publiczności ;))) a potem się zakochałam w nich (w światłach) od drugiej strony :D