wtorek, 8 listopada 2011

wt.

Jeśli siedzę cicho i nie ruszam bloga przez tydzień to wiedz, że coś się dzieje.
Jeśli z niechęcią podchodzę do jakiegokolwiek pisania, to wiedz, że tam się coś bardzo mocno burzy.
Nie wiem, czy przypadkiem diabeł się mną nie interesuje, bo wszystko, co robię i wszystko, czego nie robię, kręci się nieprzerwanie i coraz szybciej wokół tego, jak się czuję. Nagle nie mam siły na nic ponad to, co jest absolutnie elementarne.
Chociaż było ostatnio kilka naprawdę fajnych momentów, jakieś góry, spacery, głaskanie surykatek, piątkowa impreza w Hipnozie czy manufaktura gofrów w tosterze w mojej przyjaciółki (tak, w tosterze). Wszystko to było jednak okupione nienaturalnym wysiłkiem, bezsennością i ostateczną - dopadającą w środku nocy - bezsensownością.
Żeby nie zdurnieć do reszty, czytałam "List miłosny pismem klinowym", bardzo współczesną czeską prozę, napisaną przez faceta, którego nazywają Pierwszym Murzynem Republiki Czeskiej. Co za przedziwna narracja! Szacun dla konstrukcji i dla nowatorstwa - pewnie dlatego Czesi oszaleli na jego punkcie. Stosik książek "to-read" pnie się pod sufit.
Ostro walczę w pracy, mam jeden duży projekt delikatnie zaczęty i jeden mega gigantyczny projekt w ostatniej fazie planowania. Nie wiem, czy niedługo nie wyląduję na L4 na jakiś czas, więc nie bardzo wiem, jak się za to zabierać, żeby nie spartolić. Ale póki co działam jakby w ogóle nic się nie działo. Tajniak jak nigdy.
Dobrze, że jest czeski. Móc się uczyć to błogosławieństwo:).
Zł.

Brak komentarzy: