sobota, 31 grudnia 2011

2011 - piosenkownia

Ilekroć posłucham którejś z tych piosenek, będę pamiętać, że to w tym roku namieszały mi w głowie, uzależniły i sprawiały, że spóźniałam się do pracy, bo nie chciało mi się wysiadać z samochodu na parkingu, bo piosenka jeszcze się nie skończyła. Podrzucam więc kilka muzycznych smaczków, każdy z metką "2011", choć czasem od producenta mają inną metkę, starszą.

Tak jak pisałam jakiś czas temu, moja własna piosenka roku to "Pokoiki na Hożej" Talarczyka. Piękna melodia, świetny tekst, a to, co się tam wyrabia na akordeonie, przechodzi ludzkie pojęcie. Z wielkim żalem, że piosenka nie weszła na płytę i ze wspomnieniem tego ostatniego genialnego wykonania w Korezie, które się tak bardzo różniło od tego jedynego wrzuconego na youtube:


Dalej zupełnie cudowna włoska wersja "Could we start again please" z "Jesus Christ Superstar", słuchana godzinami, na okrągło:



Dalej - moim zdaniem najlepsza - piosenka mojej nieustającej miłości zwanej Nohavicą - "Rakety". Jak przetłumaczyłam, zrozumiałam:



Gogol Bordello i piosenka wbudowana w film "Filth and Wisdom": "Wunderlust king". Uwielbiam takich przerysowanych wariatów z innego świata:


Bajkowa i senna Brodka, na którą dotąd nie zwracałam uwagi. "Kropki kreski":
Bukartyka "List do siebie" polecam z wrzuty... na youtube tylko fatalne wersje, a tak dobrych tekstów nie powinno się zakłócać złą jakością nagrań.

ЛЮБЭ "Конь" to zupełnie mistrzostwo świata. Kiedyś przez całą drogę z Bielska do Sosnowca słuchałam tylko tego i widziałam, jak Woland z Mistrzem znikają w ciemności:

Czesław Śpiewa Miłosza to najlepsza i najbardziej dopieszczona płyta, jakiej słuchałam w tym roku, a "Postój zimowy" deklasuje inne kawałki:

Wrzucam jeszcze "Video games", za całą niezwykłość tej dziewczyny:

I zespół Dzień Dobry, bo gdy kiedyś usłyszałam ich raz w radiu, to później przez tydzień nie mogłam się uwolnić. Świetny tekst! "Dzień dobry Panie Marku":

Z innych muzycznych spraw, to na pewno bardzo ucieszył mnie powrót Generała Stilwella, w dodatku był to powrót z hukiem. I ta próba w małym domku na Morgach. I ten koncert Generała i Myslovitz, który przyszło mi otwierać w Mega. I jak gitarzysta uznał, że jestem szóstym członkiem zespołu:)!

Mało koncertów, mało muzyki na żywo, mało płyt ze sklepu. Muzyka zeszła mi na drugi plan... A nawet na trzeci, bo przecież na pierwszym mam teatr, a na drugim książki (albo odwrotnie, czasem mam wątpliwości).  Choć wciąż muzycznie wybrzydzam i nawet w tle nie może lecieć byle co. Ale to już nie te czasy, że zarywałam noce, żeby czternasty raz przesłuchać jakąś płytę w całości... Starzeję się.

Nieustannie słucham Death Cab For Cutie, wszystkich płyt, po bożemu - w całości, bo ich nie da się słuchać inaczej. Nohavicy też słucham w ilościach hurtowych. I Delons oczywiście i wszystkich innych projektów Marka: Ladislava, Generała, solowych kawałków... Niezmiennie świetne

 
Póki co świętuję ostatni dzień roku. Możliwość siedzenia w łóżku o 10 rano, z wielką kawą i dwoma zaspanymi najsłodszymi na świecie psami to naprawdę święto. Tegoroczny Sylwester będzie inny i jedyny w swoim rodzaju. I bardzo bardzo kameralny. Taką mam nadzieję.
Zł.

piątek, 30 grudnia 2011

2011 - kurtyna w dół

No to mów, co było najlepsze w tym roku.

Jak to co, Mistrz!

Eeeee…

Naprawdę, nie zmienię zdania. Spektakl roku. Rozwaliło mnie, a obiecywałam sobie spokój.

A ten z PRL-u?

Tak wiele przeszliśmy! Tak! W Będzinie byliśmy. Brzydal chce drugi raz zobaczyć, ale jakoś terminy się nie składały. No i Bitwa… Wiadomo. 

A Mayday pamiętasz? Łaaaahahahaha...

Aaaaaa… daj zapomnieć… Za to na tej samej scenie grali Naszą klasę. Nasza klasa miażdży.

To co jeszcze?

Wiesz co, monodramy. Jakubik, Guzik, Białk. Teraz niedługo idziemy na Perchucia. Muzyki też trochę. Brassens. I Kometa, jak co sezon. Bulwar też taki mocno śpiewany. I Jesus w plenerze. I Słowa ze trzy razy. Albo cztery. 

Nie nadążam. Ty nadążasz?

Za mało mi tego teatru. Gdybym kiedyś miała dużo czasu i dużo kasy, to byłabym wszędzie i widziałabym wszystko.

No to udany rok miałaś chyba…

Udany, Mistrza widziałam trzy razy, widziałam też jakiś Kraków, jakąś Warszawę, dobrze czasem popodglądać jak się to robi gdzie indziej.

A co teraz?

Nie wiem. Muszę wrócić do Zagłębia, tę Masłowską zobaczyć. Tam się teraz dużo zmieniło. W kalendarzu póki co pusto, poza tym Perchuciem w lutym. Trochę łyso, że nie mam na co czekać, to znaczy że nie czekam na nic tak bardzo bardzo… A ty na co chcesz?


O. Może.

Może.


środa, 28 grudnia 2011

nerwowi

Jadę z Mamą przez Centrum Zarządzania Światem, zwanym swojsko Czeladź-Piaski. Ja prowadzę. Późne popołudnie, więc ciemno już (jako że już wczesnym popołudniem tak właśnie robi się za oknami). BIIIIIP! - trąbnął ktoś obok. BEEB BEEEEEB - odezwał się drugi klakson. Później szybkie zakupy i równie szybka podróż na drugi koniec miasta. BEEEEEEEB! - znów ktoś zawył jak krowa na pastwisku i w dodatku zamrugał światłami. W moją stronę.
- Jacyś dzisiaj nerwowi ci ludzie... - stwierdziłam najspokojniejsza na świecie, a z głośników sączył się leniwie Roddy Woomble.
- Właśnie widzę - odpowiedziała Mama. - To na pewno przez to ciśnienie, barometr szalał od rana!
Dopiero jak mijałyśmy jakieś ciemne krzaczory, Mama pozwoliła sobie na pewne śmiałe spostrzeżenie:
- Córciu, świecą ci światła? Bo jakoś tak ciemno. - Istotnie, przed maską rozpościerała mi się idealnie równomierna ciemna plama. Przecież mnie światła świecą z automatu! Pewnie, dopóki szlag ich nie trafi. Dwóch jednocześnie. Przekręciłam wszystkie pokrętełka, powachlowałam manetkami, nacisnęłam wszystkie guziczki. I nic. Akurat byłyśmy obok elektrociepłowni (tam, gdzie jest ograniczenie 50, a jedzie się 120), więc ani się zatrzymać, ani nawet zwolnić, tylko włączyłam przeciwmgłowe i jak jakiś samozwańczy tuningowiec dojechałam gdzie chciałam, wzbudzając po drodze jeszcze ze trzy smętne TŁIIIIIT!
Zadzwoniłam stamtąd do Brz. pożalić się trochę, a on po krótkim wywiadzie telefonicznym najwyraźniej wolał, żebym nie wracała do domu jak przyczajony partyzant, przyjechał więc tam na ten obcy parking i trzy sekundy wymienił moje żaróweczki, jednocześnie dzwoniąc do serwisu i wpraszając się na wizytę, bo to bez sensu, żeby moje światła działały z automatu. Hm. Zawsze pomyśli o wszystkim. Nie to co ja.

Poniżej parę słów z wczoraj z internetowego komunikatora... Nieczęsto tam rozmawiamy, ale jak już...

czemu nie piszesz nic na blogu 
ja nie piszę?  pisałam o wrocławski. piszę co kilka dni, wystarczy 
no i czemu tak dawno 
bo nie mam czasu, wiję romantyczne gniazdko 
to może ja coś napiszę 
NIE! NIE! zajęte! 
tak bym coś napisał...
ale tak bym napisał!
hany daj spokoj 
dopiero czytelnicy wracają jak do paśnika po tym jak ostatnio uciekli po twoim poście

(dalszy fragment inspirowany "k jak kartony")


czemu nie chcesz dać mi napisać, ah czemu ah czemu ah czemu, no czemu napisać mi dać nie chcesz dać, no czemu 
kochanie kochanie, gdyż ponieważ przeto realizujesz się realizujesz w innym czym innym się
o czym o czym chcesz ah napisać chcesz o czym 
daj napisać to przeczytasz o czym chcę ah chcę ah napisać chcę o czym 
ah napisać dać nie mogę nie mogę napisać dać gdyż czmychną mi moje owieczki hodowane cztery lata 
poza tym ty zbyt wylewny wylewny jesteś zbyt
zaraz się wygadasz że coś że coś się wygadasz zaraz sie wygadasz...

(dalszy fragment inspirowany tym, że znaleźliśmy swoją - uwaga - parafię) 


HANYYYYYYYYYY 
A JAK DO NAS KLECHA PRZYJDZIE
(z drugiej strony monitora cisza, bo z niego też stary bezbożnik...)
wiesz, ja nie wpuszczam ani rabina ani imama... czemu niby jakieś wyjątki?
jak pan ksiądz byłby u nas, to mnie nie będzie, mówiłam ci że jestem strasznie zajęta wtedy? w pracy do późna, później czeski, a na koniec jeszcze medytacje. (najlepsze jest to, że żadne "wtedy" nie istnieje. nie ma takiej daty, której mogłoby dotyczyć. zawieszone w próżni, ale tak na wszelki wypadek mam już inne plany)


spory fragment wycięła tu cenzura blogowa


głupku. sio z bloga. najgorzej byłoby tam wstawić tę rozmowę
nikt by już nigdy nie przyszedł
pomyślimy

Wracając na ziemię, jestem nieprzytomna ze zmęczenia i niedospana, więc próbuję opatentować sposób spania z otwartymi oczami, czając się za służbowym monitorem, z dłońmi na klawiaturze. Święta zmęczyły mnie potwornie, szczególnie ta noc, podczas której do 3 nad ranem umierałam ze smutku, bezsenności i  bezsensowności tego, co mi się ostatnio kotłuje we łbie. Ktoś kiedyś napisał, że noc przesadza. I chyba miał rację. Chciałabym, żeby miał.
Z.

poniedziałek, 26 grudnia 2011

Seks, prochy i rock & roll

Uwielbiamy Bronisława Wrocławskiego. Wielkie szczęście nas spotkało, że jakiś czas temu widzieliśmy na żywca jego zupełnie genialne monodramy: "Czołem wbijając gwoździe w podłogę" i "Obudź się i poczuj smak kawy". Brakowało nam do kompletu tylko trzeciego (tak naprawdę pierwszego) spektaklu trójki Bogosian - Orłowski - Wrocławski: "Seks, prochy i rock & roll". Tak się to wszystko zaczyna na scenie Teatru im. Stefana Jaracza w Łodzi:
Wielka radocha, że wpadliśmy na to, by poszukać tego on-line... Zamiast więc świętować świątecznie w polskim stylu, oglądaliśmy naszego ulubionego aktora i kilku jego zupełnie skrzywionych, przejmująco samotnych bohaterów. Jeśli kiedyś gdzieś odbędzie się nocny maraton z Wrocławskim i jego trzema monodramami, to pojadę na niego, a po kilku godzinach jeszcze będę domagać się bisów... Ten gość na scenie to najprawdziwsze MISTRZOSTWO ŚWIATA.

Ale żeby było też świątecznie, w Wigilię późnym wieczorem zachciało się nam jechać zobaczyć naszą ulubioną panewnicką szopkę. Bohatersko byliśmy tam o 23. Tylko nikt nam, kurde, nie powiedział, że zaświecą ją dopiero w trakcie pasterki! Oczywiście o czekaniu nie było mowy. Woleliśmy się jeszcze pokręcić, pogadać. Wczoraj też z szopki nic nie wyszło, no bo Wrocławski, ale dzisiaj to już na pewno...

Przeczytałam "Dzienniki kołymskie" i żałuję, że to po prostu książka, a nie dzieło w pięciu tomach.

Z.

piątek, 23 grudnia 2011

Pane Prezidente...

Urlop, bo są takie dni w roku, kiedy bardzo staram się być w Domu. Gdzie się odwrócę, tam Havel. Pokazują też tłumy na ulicach przepięknej, grudniowej Pragi. Tęsknię mocno. Od rana robię swoje i godzinami nucę pod nosem "Pane Prezidente" Nohavicy. Samo przyszło i nie chciało zniknąć. W oryginale albo w tej wersji z Neinertem w prochowcu z korezowej "Komety" (którą zazwyczaj nazywam Moją Najukochańszą Ze Wszystkich Kometą). Później jeszcze ta straszliwa relacja z Okęcia, gdy przylecieli nasi chłopcy z Afganistanu. Słów brakuje. Co rusz szukam sobie nowej roboty. Tylko nie myśl za dużo, nie myśl za dużo. Na granicy łez i przepoczwarzenia się w rozmazanego misia-pandę.
Z dużą rozwagą zaczęłam wysyłać życzenia. Uważam, czego życzę. Czytam czyjeś i widzę, że nie uważają, nie myślą.
Wczoraj na poprawę humoru kupiłam "Dzienniki kołymskie" Hugo-Badera i padam na kolana, są tak dobre. Czasem biorę jakąś książkę do ręki i zastanawiam się, jak ja tak mogłam bez niej... To jest taka książka. W odstawkę póki co poszedł też bardzo dobry Hrabal i jego "Święto przebiśniegu" (przywiozłam z ostatniej delegacji. Weszłam do kawiarni po wielkie latte, a wyszłam z książką...).
Jak już jestem przy Hrabalu, to na czeskim fatalnie. Przez zeszłotygodniową Warszawę narobiłam sobie takich zaległości, że nie kumałam nic. Poza tym jak się na pierwszym planie myśli ma milion innych spraw (większych, mniejszych, dużo dużo większych), to tak to wygląda.
"Komety" z Korezu w końcu posłuchałam w całości, od pierwszego do ostatniego kawałka, zagłuszając wyrzuty sumienia wobec Hugo-Badera, którego strony aż szeleszczą, żeby je już przeczytać.
Trzymajcie się.
Z.

środa, 21 grudnia 2011

synchronicznie

Wczoraj wieczorem wróciłam do domu po piętnastu godzinach naprawdę wytężonej pracy. Rzuciłam torebkę, usiadłam na łóżku i się rozpłakałam. Dziwnie.
Dziś rano w biurze grzeję dłonie kubkiem z gorącą kawą. Nie mówię nic. A koleżanka, grzejąc się o swój kubek, mówi tak: "Wiesz, wczoraj wróciłam do domu, siadłam na łóżku i się rozpłakałam..."
Hm.

Do słuchania genialne "Recurring" Gaby.


Z.

niedziela, 18 grudnia 2011

Bitwa o Nangar Khel podejście drugie

PRZED: Nie przyjdą. Nikt nie przyjdzie. Nikt.
PO: Przyszli. Przyszli prawie wszyscy. Punktualni i uśmiechnięci. 44 osoby.

PRZED: Nie mam pojęcia, co mówić do mikrofonu. Będę tylko robić "eee", "yyy", "ehmmm..."
PO: Mówiłam. Z Katowic do Tychów mówiłam non-stop, a później jak mi się coś przypomniało ("a na tym dworcu z 1890 roku, 4 lata temu była najprawdziwsza premiera! Sztukę napisał Słowak mieszkający w Pradze...")

PRZED: Pomieszam wszystko. Nazwiska daty fakty tytuły cytaty.
PO: Było po kolei. O współpracy. O historii teatru. O dyrektorach. O najważniejszych spektaklach i nazwiskach. O autorze. O reżyserze. O aktorach. O procesie. O wyroku.

PRZED: Będą marudzić. O wszystko.
PO: Byli zachwyceni. Pytali o wszystko i ciągle ktoś się do mnie uśmiechał.

PRZED: Nie będą reagować na spektaklu. Zero kontaktu. Jak Węgrzy na widowni.
PO: Reagowali. Aż burki szeleściły. Słychać było kilkanaście wstrzymanych oddechów.

PRZED: Od razu uciekną mi po spektaklu do autobusu.
PO: Zostali. Siedzieli i czekali. Później zadawali pytania, gdy artyści zupełnie spontanicznie wyszli na scenę, poustawiali sobie krzesła i chcieli z nami rozmawiać.

PRZED: Myślałam "nie podejdę nie podejdę nie podejdę".
PO: Podeszłam.

PRZED: Po wszystkim padną mi w autobusie bez życia i bez emocji.
PO: Dwa razy dostałam oklaski. W Katowicach mnie przytulali i dziękowali.

PRZED: Liczyłam osoby, które zawiodę, jeśli to wszystko nie wypali: Szefowa nr 1, Szefowa nr 2, Tamten Szef (rany boskie, najgorzej), moje Biuro kochane i ja sama w tym wszystkim, sama sobie miałabym ochotę łeb urwać, że jak zwykle z motyką na słońce...
PO: SMS od Szefowej "po pierwsze, to była uczta dla ducha, a po drugie uczestniczyć w Twoim i naszym sukcesie to zaszczyt i przyjemność".

PRZED: Wiedziałam, że "Bitwę o Nangar Khel" koniecznie muszę jeszcze raz obejrzeć, bo widziałam tylko premierę.
PO: Po dzisiejszym wieczorze wiem, że muszę obejrzeć ją trzeci raz.

Żeby nie przedłużać, UDAŁO SIĘ. Najogólniej mówiąc, WSZYSTKO się udało, a ja UMARŁAM ZE SZCZĘŚCIA. To jest dobry POCZĄTEK, start czegoś, czego wcześniej nie było. I mogę w to wsadzić tyle EMOCJI, ile zechcę. I mogę tymi emocjami ZARAŻAĆ wszystkich, których będę mieć w zasięgu głosu. "Bo ty tak mówiłaś o tej sztuce w tym teatrze, że po prostu musiałam przyjść" - powiedziała jedna studentka.

Jeszcze tylko napiszę jednego maila i spróbuję pomyśleć o czymś innym niż teatr, chociaż sama nie wierzę, że to możliwe. Fruwam.

Złośnica


sobota, 17 grudnia 2011

jutro

Przed jutrzejszym służbowym wyjazdem do teatru:
1. głupieję z nerwów, bo boję się na przykład, że ludzi deszcz zniechęci, albo że mi przeziębienie głos odbierze i nie będę mogła powiedzieć w autobusie tego, co chcę powiedzieć.
2. oczywiście jeszcze nie mam pojęcia, co chcę powiedzieć w autobusie, a także uczestnicy wyjazdu nawet nie spodziewają się, że chcę mówić cokolwiek, w tym także moje kierownictwo o tym nie wie nic nic nic.
3. ze stresu sięgnęłam po włóczkę i bambusowe druty i pierwszy raz od 10 lat zrobiłam kilka centymetrów szalika, żeby zająć czymś myśli i ręce. Zadziałało na kwadrans.
4. ponadto pocieszam się marcepanem, którego kawał znalazłam w domu (mam nadzieję, że to nie z zeszłorocznych Świąt).
5. czytam cudowne "Święto przebiśniegu" Hrabala, którego przywiozłam z Warszawy i po którym kryklam obficie, bo mnóstwo w nim fragmentów wartych zaznaczenia na stałe.
6. rano jak głupek dzwoniłam do szefa firmy przewozowej, upewnić się, że pamięta, że na jutro się ze mną umawiał. Twierdził, że pamięta i powiedział nawet "do zobaczenia", co całkiem dobrze rokuje.

Trzymajcie kciuki. Bo to może być wyjazd pierwszy z wielu, ale może też być pierwszy i ostatni.

Zł.

PS Przed chwilą zadzwonił Brzydal. "Masz mi wymyślić prezenty gwiazdkowe dla moich rodziców, bo inaczej nigdzie z tobą nie idę!" - zawyrokował. Nie strasz nie strasz;).

czwartek, 15 grudnia 2011

lubię Cię, Warszawo

Lubię Cię, Warszawo. Lubię Cię za szary beton, błyszczące szkło, kostkę brukową, wieżowce, asfalt i plątaninę torów tramwajowych. Lubię Cię za ten moment, gdy wychodzę z dworca centralnego i w momencie czuję na plecach oddech Miasta. I ja też oddycham wtedy głęboko. Lubię, że wszyscy się tam u Ciebie spieszą. Uwielbiam Twoje metro, Warszawo, i te dzienne bilety, dzięki którym wszędzie można zdążyć. Lubię te delegacje, podczas których o 9 rano zatrzymuję się na chwilę popatrzeć na Pałac. Lubię, Warszawo, ten Twój klimat przed Świętami, te choineczki, gwiazdeczki, dzwoneczki, zapach grzańca na Starym Mieście i wszystkie drewniane anioły. Lubię chodzić setny raz tymi samymi ulicami i myśleć: "wróciłam". Bo przecież znamy się całe moje życie! Lubię Cię za ruch, za hałas, za nieco szorstką, chropowatą strukturę. I tylko mi żal, że ja tak zawsze na szybko, że zawsze w biegu, że za każdym razem poświęcam Ci za mało czasu, za mało uwagi! Przepraszam. Nadrobię kiedyś. Obiecuję. Zostanę dłużej, Warszawo.

Cudowna, cudowna, cudowna delegacja. Nie mogłam teraz dostać nic lepszego niż propozycja tego wyjazdu! W pociągu full czas na czytanie i słuchanie muzyki. Rano szybka kawa na przypadkowo znalezionej Hożej. I telefon, dzięki :-*! Na kilkugodzinnym spotkaniu z ludźmi z całej Polski bardzo energetycznie. Później moja ukochana Spider-Mama i Warszawa w pigułce. Słowa płyną bez przerwy, chcę wiedzieć wszystko. Metro, autobus, starówka, spacer, wspomnienia jakieś, miejsca, chwile, momenty, kawa w kieliszku, gigantyczna choinka przed Zamkiem, wszystko jest takie śliczne, że co chwilę zatrzymuję się i szczęka opada z wrażenia. Obłęd. Umieram z zazdrości, że można to mieć na co dzień i umieram też z radości, że w ogóle tam jestem, że mamy dla siebie te kilka chwil. I ten Nowy Świat, w ogóle to jest jakiś Inny Świat! Pożegnać się nie możemy. Wracam nabuzowana. Full energii. Dzięki za dzisiaj Frrrr!

Zł.

poniedziałek, 12 grudnia 2011

bardziej

Wziął do ręki te wszystkie papiery, popatrzył, pomilczał, poszeleścił, znów pomilczał. I po kilkunastu sekundach nieznośnego i dudniącego w uszach milczenia powiedział: "Bo u pani wszystko jest bardziej i gorzej niż u innych". Takie wnioski spadają trochę jak kowadło. On w ogóle o mnie coś mówi? A ja zamiast zastanowić się, co dalej, jak dalej, to myślałam, że to całkiem ładnie powiedziane: u pani wszystko jest bardziej niż u innych. Bardziej bardziej bardziej. BARDZIEJ.

Do słuchania "A jednak".

Zł.

niedziela, 11 grudnia 2011

Łódź

Dziś Łódź! Po kilkunastu latach. Mroźna, zupełnie obca, ale wciągająca. Koniecznie trzeba tam wrócić, bo jeszcze dużo przed nami, ale raczej w bardziej przyjaznych warunkach pogodowych. Pstryk!






Zł.

PS W zeszłym roku, gdy szaleliśmy po Górach Stołowych, spaliśmy u znajomych w pensjonacie w Polanicy. Już pierwszego wieczoru w knajpie na dole usłyszeliśmy, jak ktoś mówi, że do pokoju obok przyjedzie na parę dni aktor-złodziej. Jak to aktor-złodziej? Nie da się ukryć, że byliśmy mocno zaintrygowani. Różnych aktorów widywaliśmy, różnych znamy, ale aktora-złodzieja na pewno nie. Następnego ranka, gdy rzeczony miał przybyć do Polanicy, okazało się, że wcale nie aktor-złodziej, tylko aktor z Łodzi… Ehh, i po ptokach, emocje kryminalne prysły, w drzwiach zjawił się zupełnie normalny, uśmiechnięty facet, a magię tajemnicy diabli wzięli;)... Dodatkowo byliśmy mocno rozczarowani, bo choć był z Teatru im. Stefana Jaracza, to niestety nie był to Bronisław Wrocławski (którego kochamy oboje za monodramy, które są tak genialne, że powinno się je oglądać na kolanach). Dziś polecano mi "Dybuka" stamtąd... Kto chce jechać?

PS2 A wiecie o tym, że na Maku w Częstochowie ZAWSZE zobaczy się jakąś znaną lub znajomą twarz? To, że jest przy gierkówce, sprawia że dokują tam różne zmęczone ekipy, muzycy, aktorzy i różne inne sceniczne stworzenia. A że przez prawie 30 lat po drodze tamtędy było mnie i mojej rodzinie do naszego drugiego domu, widywałam tam różne gwiazdy i gwiazdeczki, od Wodeckiego, przez - uwaga - De Mono ;)), aż po Edzię Górniak czy Marcina Dańca... Wszyscy zawsze tak samo zmęczeni i zmierzwieni trasą. Dziś wpadliśmy tam na gościa, z którym kiedyś robiłam wywiad przy okazji jednej z premier w bb. Rany, z autoryzacją walczyłam z tydzień... Ze sztuki nie pamiętam ani słowa, a te wypowiedzi mogłabym mówić z pamięci...;)))

sobota, 10 grudnia 2011

czwartek, 8 grudnia 2011

laboratorium

Całkiem niedawno byłam zmuszona zacząć dzień w laboratorium. Otwarte od ósmej. Pracuję od 7.30 w innym mieście, ale ok. Dam radę. Pojadę 15 minut wcześniej do przychodni, wejdę, wyjdę i nie spóźnię się aż tak bardzo. Chytry plan. Parkuję, pędem lecę pod zamknięte jeszcze laboratorium. Słyszę jakiś tętent. Wyprzedziło mnie dwóch wzbijających tumany kurzu emerytów, by po chwili dołączyć do sześciu innych, którzy już kwitli pod drzwiami i patrzyli na mnie jak na niezdrową konkurencję (coś w tym jest). Jeszcze miałam nadzieję, że po otwarciu drzwi rozejdą się po budynku, że może przyszli do innych pokoików, ale skądże! Wszyscy emeryci, jak jeden mąż, zajmują wszystkie możliwe wieszaki i wszystkie fotele pod pokojem numer 3, a następnie zaczynają przemiłe pogawędki o osteoporozie, zwyrodnieniach i innych problemach, o których lepiej nie wiedzieć, jak się jeszcze nawet nie ma trzydziestu lat. Oczywiście każdy z emerytów idzie na komplet badań i najwyraźniej ucina sobie drzemkę w zabiegowym, tyle to trwa. Mnie już z nerwów raz wypadł telefon, raz zamek od torebki przyciął do krwi palec i milion razy umarłam z żalu, że nie mam kubka z kawą. Po pięćdziesięciu minutach zakwitania w poczekalni (podczas których obległo mnie czterdziestu kolejnych emerytów), weszłam do trójki, wyszłam po minucie i pojechałam do pracy. To wszystko działo się kilka tygodni temu, a dziś przyszło mi znów zmierzyć się z tym wyzwaniem. Nauczona doświadczeniem, chciałam być bardziej cwana od bandy zdecydowanie niemłodocianych tyranów z poczekalni. O 7.30 zajechałam na parking. Pusto. Deszcz taki, że powinnam być w woderach, a nie w butkach na obcasie i płaszczyku a’la niewiniątko. Próbuję wysiąść, ale wiatr wpycha mnie z powrotem do auta. Siedziałam tam jak kołek 20 minut, łypiąc na drzwi i czekając, aż zacznie się ten geriatryczny bieg przez płotki, gotowa wyskoczyć i w sekundzie zmusić pielęgniarki, żeby mnie przyjęły. Przez ten czas samotnie spędzony w zaparowanym na biało samochodzie zastanawiałam się, dlaczego emeryci, ludzie znani z posiadania największej możliwej ilości czasu wolnego, nękają ludzi aktywnych zawodowo poprzez pojawianie się wszędzie między 7 a 8, zamiast się wreszcie za całe życie wyspać do 9 albo robić tak absurdalne rzeczy jak np. ścielenie łóżka… Co było dalej, nieważne. Ważne że późnej przez cały dzień wszystko leciało mi z rąk.
Poza tym dziś na czeskim osiągnęłam oszałamiający wynik na teście: 47 punktów na 49 możliwych. Ale byłam z tym wynikiem najgorsza w grupie, więc załamka. Ponadto na czeskim mówię albo po włosku, albo jeszcze częściej – po rosyjsku. Czy ktoś wie, jak wyłączyć te języki obce, które aktualnie nie są potrzebne?
Hit dnia: „Gary, gary losu…” śpiewane w duecie. Znaczące!
Zł.

środa, 7 grudnia 2011

Postój zimowy

Podrzucam genialny "Postój zimowy" z płyty Czesław Śpiewa Miłosza. Nieprawdopodobnie dobre! Wprost nie mogę przestać słuchać, w domu, w pracy, w samochodzie. W każdej sekundzie cudowne. Dzwonki czy skrzydła za oknami brzęczą?

Pamiętam jak przed obroną czytałam setki stron Miłosza, bo na egzaminie dodatkowo uszczęśliwiono mnie Miłoszem czytanym pod kątem użycia gatunków muzycznych, czyli wszystkich jego pieśni, piosenek, przyśpiewek, walców, walczyków... Już chyba nawet łatwiej było mi mówić "o hip-hopie jako esencji estetyki postmodernistycznej" według wykładni Shustermana, co dostałam jako bonus... Mimo czytania Miłosza na każdym roku studiów i w każdej formie, pozostał dla mnie w bardzo wielu miejscach niedostępny, znikający gdzieś za rogiem, wiecznie odwrócony plecami. A tych piosenkach nagle jest en face.
Zostawiając szacownego Miłosza, Czesław Mozil wydał najprawdziwsze cudeńko. Swoją drogą ciekawe, że najlepsze piosenki na płytach Czesława zawsze są na samym końcu. Na "Debiucie" - "Efekt uboczny trzeźwości". Na "Pop" - "Pożegnanie małego wojownika". Na "Tesco Vaule" - "Fischikella". I teraz ten "Postój zimowy". I pomyśleć, że miałam tego Czesława na wyciągnięcie ręki przez 23 minuty swojego życia i że tylko na mnie patrzył;))...
Huknęło dziś wreszcie mokrym śniegiem. Czaiło się od kilku dni i pewnie tylko czekało, aż stracę czujność. Choć przyznaję, że zza okna wyglądało to nawet trochę malowniczo. Te dni pachną kremem do rąk, poziomkową herbatą i perfumami na szaliku. Pachną czymś Nowym. W piątek wezmę urlop. Ważny, ważny piątek...
Z.

wtorek, 6 grudnia 2011

gamoń

Od rana Brz. drażnił mnie i pytał o jakieś bzdury. Dopiero dochodziło południe, a w powietrzu wisiała krwawa jatka. Po jakimś sms-ie postanowiłam oddzwonić, aby podzielić się z nim na żywo moją dezaprobatą, co w sumie mogło doprowadzić do eskalacji konfliktu (i było to wielce prawdopodobne), ale przecież nie musiało. Dzwonię, a koleżanka łypie znad swojej klawiatury…

- Halo. – rozległo się bez entuzjazmu po drugiej stronie słuchawki.

- Gamoniu, jeśli nie przestaniesz mnie denerwować jak jestem w pracy, jeśli nie przestaniesz pytać mnie o te meble i o te cholerne terminy, jeśli się nie odczepisz i nie dasz mi normalnie pracować…!!!
- Synowa, jeśli jeszcze raz powiesz do mnie „gamoniu”, to będziemy inaczej rozmawiać…

Na sekundę świat się zatrzymał.

Koleżanka ze śmiechu popluła monitor, rozsypała się na kawałki, pozbierała się jakoś i poszła rozgadywać na Dział. Hm. W sumie mogłam tę rozmowę zacząć jeszcze gorzej, ale na pewno nie mogłam przewidzieć, że odbierze nie Brzydal, a Teść. Dziewczyny w pracy ze śmiechu pospadały z krzeseł i proponowały mi rychłą wyprowadzkę na Wyspy Owcze. I że generalnie powinnam: a) spalić się ze wstydu, b) pójść do Teścia z kwiatami (nie ma szans, moje drogie! Ostatnim facetem, który dostał ode mnie kwiaty, był mój Promotor...), c) pójść do Teścia z flaszką (pomysł Kolegi z Biura), d) urwać Brzydalowi łeb, że do tego dopuścił, e) udawać, że nic się nie stało, ale to nie działa, sprawdziłam. Wczoraj na mój widok Teść parsknął śmiechem i nawet się słowem nie odezwał.

Z innych cudów, mailowałam dziś z recenzentem, którego czytam i którego cenię, który pracuje sobie na wysokim stanowisku w najważniejszym w tym kraju miesięczniku teatralnym. Środek dnia, nagle, znikąd, skądś, w sumie przypadkiem, kilka maili, tak jeden po drugim, jak rozmowa prawie. A czytała Pani? Widział Pan? Koniecznie! Ładnie to Pani wymyśliła. Musi to Pan zobaczyć. Naprawdę? Ma Pani rację. Pisaliśmy o tym. Gratuluję.

Dzięki temu jakoś tak łatwiej było wytrzymać 13 godzin służbowego szaleństwa. A jutro ile? Czy mógłby mi ktoś w ciągu dnia dać jakiś powód, żebym się mogła trzymać na nogach?

Zł.

niedziela, 4 grudnia 2011

Barbórka na Nikiszu

Niedziela, godzina 5:55. Bardziej nad ranem niż rano. Budzik. Po co to dzwoni? Nagle zrywam się do okna. Nie pada! Łapię telefon.

Złośnica => Brzydal: Nie pada! Jadymy!
Brzydal => Złośnica: Ida sie łoblec, co by mnie nie wypizgało.
Złośnica => Brzydal: Dobra, jo tyż musza sie wyrychtować...
Złośnica => Wojtek: Zbieraj się synek!
Wojtek => Złośnica: :)))

Pół godziny później we trójkę chodzimy po pustym, zimnym Nikiszowcu. "Trzeba być powalonym, naprawdę..." - pod nosem brzęczy Brzydal, naciągając czapkę i podnosząc kołnierz. Ale nie wygląda na nieszczęśliwego. Przed kościołem św. Anny mało ludzi, a dużo mediów. Jedynie tubylcza ludność odziera nas z drobnych, "bo przecież Barbórka", jak sami mówią. Czekamy. Wszystko po to, żeby o 7 rano przejść się kawałek z malowniczą górniczą orkiestrą...











Zł.