niedziela, 4 grudnia 2011

Barbórka na Nikiszu

Niedziela, godzina 5:55. Bardziej nad ranem niż rano. Budzik. Po co to dzwoni? Nagle zrywam się do okna. Nie pada! Łapię telefon.

Złośnica => Brzydal: Nie pada! Jadymy!
Brzydal => Złośnica: Ida sie łoblec, co by mnie nie wypizgało.
Złośnica => Brzydal: Dobra, jo tyż musza sie wyrychtować...
Złośnica => Wojtek: Zbieraj się synek!
Wojtek => Złośnica: :)))

Pół godziny później we trójkę chodzimy po pustym, zimnym Nikiszowcu. "Trzeba być powalonym, naprawdę..." - pod nosem brzęczy Brzydal, naciągając czapkę i podnosząc kołnierz. Ale nie wygląda na nieszczęśliwego. Przed kościołem św. Anny mało ludzi, a dużo mediów. Jedynie tubylcza ludność odziera nas z drobnych, "bo przecież Barbórka", jak sami mówią. Czekamy. Wszystko po to, żeby o 7 rano przejść się kawałek z malowniczą górniczą orkiestrą...











Zł.

1 komentarz:

spider-mama pisze...

Uwielbiam Nikiszowiec. Uwielbiam Katowice. Uwielbiam Was Dwoje (plus synka pozdrawiam, bo chyba poznałam na koncercie wiadomo-kogo w Mysłowicach). A przede wszystkim (bo dziś dużo u mnie tego uwielbienia), uwielbiam Waszego bloga!