czwartek, 8 grudnia 2011

laboratorium

Całkiem niedawno byłam zmuszona zacząć dzień w laboratorium. Otwarte od ósmej. Pracuję od 7.30 w innym mieście, ale ok. Dam radę. Pojadę 15 minut wcześniej do przychodni, wejdę, wyjdę i nie spóźnię się aż tak bardzo. Chytry plan. Parkuję, pędem lecę pod zamknięte jeszcze laboratorium. Słyszę jakiś tętent. Wyprzedziło mnie dwóch wzbijających tumany kurzu emerytów, by po chwili dołączyć do sześciu innych, którzy już kwitli pod drzwiami i patrzyli na mnie jak na niezdrową konkurencję (coś w tym jest). Jeszcze miałam nadzieję, że po otwarciu drzwi rozejdą się po budynku, że może przyszli do innych pokoików, ale skądże! Wszyscy emeryci, jak jeden mąż, zajmują wszystkie możliwe wieszaki i wszystkie fotele pod pokojem numer 3, a następnie zaczynają przemiłe pogawędki o osteoporozie, zwyrodnieniach i innych problemach, o których lepiej nie wiedzieć, jak się jeszcze nawet nie ma trzydziestu lat. Oczywiście każdy z emerytów idzie na komplet badań i najwyraźniej ucina sobie drzemkę w zabiegowym, tyle to trwa. Mnie już z nerwów raz wypadł telefon, raz zamek od torebki przyciął do krwi palec i milion razy umarłam z żalu, że nie mam kubka z kawą. Po pięćdziesięciu minutach zakwitania w poczekalni (podczas których obległo mnie czterdziestu kolejnych emerytów), weszłam do trójki, wyszłam po minucie i pojechałam do pracy. To wszystko działo się kilka tygodni temu, a dziś przyszło mi znów zmierzyć się z tym wyzwaniem. Nauczona doświadczeniem, chciałam być bardziej cwana od bandy zdecydowanie niemłodocianych tyranów z poczekalni. O 7.30 zajechałam na parking. Pusto. Deszcz taki, że powinnam być w woderach, a nie w butkach na obcasie i płaszczyku a’la niewiniątko. Próbuję wysiąść, ale wiatr wpycha mnie z powrotem do auta. Siedziałam tam jak kołek 20 minut, łypiąc na drzwi i czekając, aż zacznie się ten geriatryczny bieg przez płotki, gotowa wyskoczyć i w sekundzie zmusić pielęgniarki, żeby mnie przyjęły. Przez ten czas samotnie spędzony w zaparowanym na biało samochodzie zastanawiałam się, dlaczego emeryci, ludzie znani z posiadania największej możliwej ilości czasu wolnego, nękają ludzi aktywnych zawodowo poprzez pojawianie się wszędzie między 7 a 8, zamiast się wreszcie za całe życie wyspać do 9 albo robić tak absurdalne rzeczy jak np. ścielenie łóżka… Co było dalej, nieważne. Ważne że późnej przez cały dzień wszystko leciało mi z rąk.
Poza tym dziś na czeskim osiągnęłam oszałamiający wynik na teście: 47 punktów na 49 możliwych. Ale byłam z tym wynikiem najgorsza w grupie, więc załamka. Ponadto na czeskim mówię albo po włosku, albo jeszcze częściej – po rosyjsku. Czy ktoś wie, jak wyłączyć te języki obce, które aktualnie nie są potrzebne?
Hit dnia: „Gary, gary losu…” śpiewane w duecie. Znaczące!
Zł.

Brak komentarzy: