piątek, 23 grudnia 2011

Pane Prezidente...

Urlop, bo są takie dni w roku, kiedy bardzo staram się być w Domu. Gdzie się odwrócę, tam Havel. Pokazują też tłumy na ulicach przepięknej, grudniowej Pragi. Tęsknię mocno. Od rana robię swoje i godzinami nucę pod nosem "Pane Prezidente" Nohavicy. Samo przyszło i nie chciało zniknąć. W oryginale albo w tej wersji z Neinertem w prochowcu z korezowej "Komety" (którą zazwyczaj nazywam Moją Najukochańszą Ze Wszystkich Kometą). Później jeszcze ta straszliwa relacja z Okęcia, gdy przylecieli nasi chłopcy z Afganistanu. Słów brakuje. Co rusz szukam sobie nowej roboty. Tylko nie myśl za dużo, nie myśl za dużo. Na granicy łez i przepoczwarzenia się w rozmazanego misia-pandę.
Z dużą rozwagą zaczęłam wysyłać życzenia. Uważam, czego życzę. Czytam czyjeś i widzę, że nie uważają, nie myślą.
Wczoraj na poprawę humoru kupiłam "Dzienniki kołymskie" Hugo-Badera i padam na kolana, są tak dobre. Czasem biorę jakąś książkę do ręki i zastanawiam się, jak ja tak mogłam bez niej... To jest taka książka. W odstawkę póki co poszedł też bardzo dobry Hrabal i jego "Święto przebiśniegu" (przywiozłam z ostatniej delegacji. Weszłam do kawiarni po wielkie latte, a wyszłam z książką...).
Jak już jestem przy Hrabalu, to na czeskim fatalnie. Przez zeszłotygodniową Warszawę narobiłam sobie takich zaległości, że nie kumałam nic. Poza tym jak się na pierwszym planie myśli ma milion innych spraw (większych, mniejszych, dużo dużo większych), to tak to wygląda.
"Komety" z Korezu w końcu posłuchałam w całości, od pierwszego do ostatniego kawałka, zagłuszając wyrzuty sumienia wobec Hugo-Badera, którego strony aż szeleszczą, żeby je już przeczytać.
Trzymajcie się.
Z.

Brak komentarzy: