niedziela, 30 grudnia 2012

śladami Babci N.

Mamy ten adres i nie zawahamy się tam pójść.
Uczulono mnie też na kilka innych ważnych miejsc do obejrzenia. Ta szkoła. Ten kościół. Ten ratusz. Ta linia tramwajowa.
Mamy ten adres, pod którym Babcia N. mieszkała przed wojną.
Jedziemy do Lwowa szukać, skąd wyrosły te moje równoległe do śląskich korzenie.
Zł.

sobota, 29 grudnia 2012

zapamiętaj


Odzyskałam w tym roku koleżankę, która na jakiś czas zniknęła z mojego życia. Ze swojego chyba też. I pewnego jesiennego popołudnia, gdy siedziałyśmy w obłędnej kawiarni na Żytniej (tam gdzie dają słynne korzenne ciacho z bezą), próbowała powiedzieć mi, czego się nauczyła przez ten rok życia tak naprawdę cudzym życiem, na swoje własne patrząc krytycznie z boku. Powiedziała, że niezłą metodą na walkę z durnotami codzienności jest zadanie sobie kilku prostych pytań i odpowiedź na nie: czy będę o czymś pamiętać za rok, czy będę o czymś pamiętać za 5 lat i czy to ma jakikolwiek realny wpływ na moją przyszłość? Oczywiście ze śmiechem dodałam do tego kilka kolejnych pytań, np. czy przyrodni syn ciotecznej babki ze strony ojca będzie pamiętać o tym za 36 tygodni? Ale teraz już myślę, że ma to jakiś sens. I to ja muszę zrobić wszystko, żeby zapamiętać to, o czym żal byłoby zapomnieć. I choć już od września złośliwie życzyłam AD 2012, by się skończył jak najszybciej, to teraz, kiedy mamy się pożegnać (raczej kopem w dupę niż buziakiem w policzek), chcę pamiętać kilka drobiazgów, kilka zdarzeń, dzięki którym byłam absolutnie najszczęśliwsza na świecie. Resztę jestem skłonna na stałe usunąć z pamięci w chwili, gdy dwunastka przeskoczy na trzynastkę.

Zabawa w dom. Prawie roczna już. Liczę tygodnie. Brzydal wraca w sobotę do domu po pracy, a ja mu się z uporem maniaka rzucam na szyję z informacją, ile tygodni minęło, a on z godną podziwu konsekwencją wali się otwartą dłonią w czoło i mamrocze, że to niemożliwe. Nieustanny powód do świętowania. Na szczęście wiele zmieniło się od czasu, gdy mieliśmy tu tylko pustą butelkę do mlekomatu, pół paczki makaronu, kostki knorra i puste szafy. http://www.brzydalizlosnica.blogspot.com/2012/01/zabawa-w-dom.html Przeprowadzka książek. Historia o złej pralce http://www.brzydalizlosnica.blogspot.com/2012/04/sweter-na-zom.html Parapetówki. Chyba z osiem ich było, aż zaczęłam marzyć o tym, by wreszcie być tu tylko we dwoje. Mam kabel, mam fazę i ziemia wychodzi z sufitu. http://www.brzydalizlosnica.blogspot.com/2012/05/ja-pobrusze.html No tak. I nasze plakaty! Zachwycam się nimi codziennie, dosłownie http://brzydalizlosnica.blogspot.com/2012/11/sto.html

Praca, praca. Spotkania, zmiany, rewolucje. Mrożek się do mnie uśmiechnął. Gadałam z Kilarem. Bałam się potwornie spotkania z A., a po wszystkim powstał blogowy list, gdy wszystko się udało http://www.brzydalizlosnica.blogspot.com/2012/01/list-do.html Służbowo i sporo dobrego, i mnóstwo złych emocji. Nie spodziewałam się tego, stąd moje rozczarowanie jest jeszcze większe. Ale wciąż wydaje mi się, że warto, że trzeba, że koniecznie. Że to jest moje miejsce. Tylko jak długo?

Działo się. Nauczyłam się twardych negocjacji i sępienia kasy na własne projekty. Przekonywałam do nich tak, że w pewnym momencie sama w to wszystko uwierzyłam. Umierałam ze strachu przed każdym kolejnym wyjazdem, choć naprawdę robiłam wszystko, by czuć się choć trochę pewniej. „Mistrz” raz http://www.brzydalizlosnica.blogspot.com/2012/02/miszcz-x4.html „Miłość w Konigshutte” dwa http://www.brzydalizlosnica.blogspot.com/2012/04/tap-kaszl.html „Amadeus” trzy http://www.brzydalizlosnica.blogspot.com/2012/10/w-trasie.html I ten plener, którego już nigdy nie zrobię, z różnych przyczyn http://www.brzydalizlosnica.blogspot.com/2012/05/plener.html Moja akcja, moja energia, moja bajka. Już po wszystkim. Za miesiąc tylko ja będę o tym pamiętać. Nie mam tendencji do przechodzenia do historii.

Czeski. Dużo czeskiego. Okazało się, że za dużo, niestety. Dowód na to, że nie zawsze to, czego chcę, wychodzi mi na dobre, jakkolwiek banalnie to brzmi. Okazało się, że nie da się pracować jak dzika, udawać Idealnej-Pani-Domu-i-Materiału-Na-Żonę, mieć jeszcze jakieś inne zainteresowania i znajomych i do tego porządnie uczyć się języka obcego. Nie da się. Po czeskim zostały mi słowa, zasady, konstrukcje i wciąż zbyt rosyjski akcent. I to rozumienie Nohavicy, którego wcześniej nie miałam, więc może klęska jednak nie jest na całej linii… Nie wiem, czy będzie do czego wracać. Trochę szkoda, bo kiedy się całymi latami ma pewność, że to o to chodziło, a nagle okazuje się, że jednak nie… Jak to Bukartyk śpiewa? Co z daleka wielkie, zwykle śmieszy z bliska?

Teatr mój najdroższy. I Brzydal, który w TŚ warczał, że więcej tam nie przyjdzie, że sztuka jest straszna i że aktorzy w ogóle nie grają i że on chce już tylko do Bielska jeździć http://brzydalizlosnica.blogspot.com/2012/02/uwaga-brzydal-kamie.html. Interpretacje tak intensywne, że nie wiem, jak udało mi się oszukać własny organizm i tego poważnie nie odchorować. Leningrad taki uroczy… I Apollo, który mi siedzi w głowie. Chcę to znów, chcę ten rytm, te nerwy i te postrzępione dni. I najcudowniejszy na świecie maj i Dni Województwa Śląskiego. Jednocześnie koszmarne dni w pracy. Bałam się, że jadąc tam wybuchnę ze złości, ale to mijało od razu za drzwiami teatru. Fragment próby podpatrzony na nielegalu gdzieś z drugiego balkonu. Najgenialniej. Kilka skradzionych chwil i słowa, których teraz brakuje mi tak strasznie. Nocne powroty i niczym niezmącona świadomość, że jednak umiem odróżnić ważne od nieważnego. Ekstremalne szczęście nie do powtórzenia.  http://www.brzydalizlosnica.blogspot.com/2012/05/o-wczoraj.html. Teatromania w Bytomiu. Rzeczywistość przedstawiona w Zabrzu. Cieplak, Strzępka, Ratajczak, Liber, Głąb. Jestem w raju. I nagle jest tak źle, że przestaję chodzić, oglądać i pisać. Przestaję reagować na pytanie, co się dzieje. Do teraz.
Cholonek w telewizji, rany! I ten szum z Konigshutte w roli głównej. I tak, klaskaliśmy na premierze, na stojąco. Nie, nikt nas nie namówił, nie przekupił ani nie zmusił, nikt też na nas nie gwizdał. Ile w ogóle było tych spektakli? Czterdzieści? Więcej? I Koszęcin na koniec sezonu, gdzieś na końcu świata. Nie wierzę, że wystarczył jeden telefon, żeby mnie tam wyciągnąć. I Amadeusz. Później przypadkiem jeden mały spektakl w Chorzowie i bardzo, bardzo ciepły wieczór. W głowie milion kolorów i nagle dużo siły na wszystko. Tak czułam.

Rumunia. Piękna, magiczna, bezpieczna, przyjazna i gościnna. http://www.brzydalizlosnica.blogspot.com/2012/08/droga-do-babadag.html Od tych dwutysięczników po morską sól drapiącą w gardło. Od Klużu po Konstancę. Dzikie konie, kopalnie złota, żółta mamałyga, puste pensjonaty, stare kasyno, minaret, telegondole, zamki, starówki, twierdze, ślady, zaułki, myśli. Deptanie po piętach Drakuli, i tego prawdziwego, i wszystkich wymyślonych. Wszyscy równie ważni. Przypadkowe rozmowy. Wystarczyło przysiąść na rozgrzanym krawężniku, zaraz dosiadał się ktoś z końca świata, żeby po prostu pogadać. Najlepiej. Wszystko dzięki Brzydalowi.

Płyta Generała Stilwella. Brzmi pięknie. Chłopaki z zespołu tacy zadowoleni, uśmiechnięci, nagle wyluzowani. Trochę grają, trochę gadają. A później odpoczywają na trawie i jest najnormalniej na świecie. I ja tam z nimi. http://brzydalizlosnica.blogspot.com/2012/09/proba.html
 
Ewert and the Two Dragons. Moje odkrycie roku. Płyta roku, piosenka roku, wokalista roku, klip roku. Inne niusy? Mela Koteluk. Marina and the Diamonds. Romantycy Lekkich Obyczajów. Nowa płyta Nohavicy.

Coldplay. W sumie przypadkiem. W życiu bym się nie spodziewała, że tam będę, że coś takiego zobaczę, że będę mogła uczestniczyć w czymś tak gigantycznym i w szczegółach dopracowanym. Piękne to było przeżycie wysysające energię z każdej komórki, coś, czym żyłam później przez miesiąc, a w sumie to wciąż mam ataki entuzjazmu, gdy puszczam to koncertowe dvd, które dostałam od Brata. http://www.brzydalizlosnica.blogspot.com/2012/09/coldplay.html
 
Jeśli uda mi się usunąć z głowy całą resztę, to zapamiętam 2012 całkiem sympatycznie, jako intensywny rok wybuchów emocji i szukania uspokojenia w mieszkaniu z widokiem na szyb. Dziesiątki godzin na teatralnej widowni. Mnóstwo tekstów. Parę odzyskanych znajomości, kilka straconych z większym czy mniejszym żalem. Kilka spontanów bez myślenia o konsekwencjach. Zawsze się opłacało. To bardzo ważne, że miałam gdzie wracać. Że Brz. zawsze czekał i że beze mnie odmawia spania. Że mogłam mu bardzo wiele powiedzieć, ale nie strzelał fochów, kiedy nie mówiłam zupełnie nic.

Czas się stąd urwać. 12 godzin. Tylko że wszystko w lekkiej rozsypce, a ja nadal w łóżku.

Złośnica


PS Pięciu tysiącom gości i czytelników bardzo dziękuję za ponad 12 tysięcy tegorocznych odwiedzin. Dzięki, że wracacie...

czwartek, 27 grudnia 2012

jemioła

Może na tym to polega? Może ta mityczna przyjaźń, o której się czasem czyta albo gdzieś ogląda w filmach polega na tym, by w dziwnym, zimowym dole dać się za wszary wyciągnąć z domu na kilkugodzinne posiedzenie i rozmowy o rzeczach ważnych, które wchodzą jak rozmowy o głupotach? A gdy wszyscy wciskają nam truizmy o tym, że święta są dla rodziny, warto poszerzyć to o tak zwanych innych najbliższych, którym do rodziny daleko, a jednak można im powiedzieć więcej, jeśli nie od razu wszystko. I tak się to jakoś poukładało, że ostatnie dni były czasem bardzo intensywnym towarzysko, który zaczął się już w piątek popołudniu, a skończył hmm… teraz. Choć to i tak nie te czasy, że po rodzinnej Wigilii brało się kilku znajomych i krokiem niemal tanecznym udawało się na ulicę Małachowskiego, gdzie wszystkie knajpy były otwarte i było w nich chyba więcej ludzi niż w kościołach…

Sobotnia impreza była czarująca, choć jeszcze godzinę przed wyjściem wydawało mi się, że nie znajdę siły i motywacji, żeby podnieść głowę z poduszki. A później był nocny spacer do domu krokiem defiladowym. Nie wiem czy zauważyłaś, ale jestem znanym i podziwianym dyplomatą! – mówiąc to Brzydal aż urósł z dumy, bo w sumie nie było wiadomo, jak się te rozmowy potoczą. Ale ma to przyszłość, teraz już wiem. Było dobrze.

Święta były niełatwą operacją logistyczną, zahaczającą o jakieś 20 osób. Na szczęście Brzydal jest magistrem w tej dziedzinie, więc obyło się bez ofiar. Byłam najgrzeczniejsza na świecie, choć Brz. przed wyjściem straszył mnie wizjami rybich głów, mieszkających w mule karpi, wymyślanych na chybcika dziwacznych tradycji i snucia przede mną planów rodzinnego śpiewania kolęd (co było chyba nawet straszniejsze od tych rybich głów). Ale było elegancko. A w tle koncertowe dvd Coldplay. I Kult unplugged. I piosenki Republiki śpiewane przez Konrada Imielę, Mariusza Kiljana, Kingę Preis, Jacka Bończyka.

Wczoraj odwiedziła nas nasza przyjaciółka, z którą – jak próbowaliśmy się doliczyć – nie widzieliśmy się jakieś 1,5 roku (była w tym czasie w Londynie, Sydney, Amsterdamie, teraz pracuje w Brukseli). Nie czułam nijak tego czasu, który minął, bo wciąż mamy jakiś tam kontakt, a nade wszystko żyję ze świadomością, że ona gdzieś tam jest i wystarczy jedno kliknięcie, by znów mieć się gdzieś w zasięgu, żeby coś przegadać, przepłakać czy rozszarpać wspólnie na czym świat stoi. I nagle ona tutaj u nas. I w drugi dzień świąt, zamiast siedzieć ze swoją wielką, liczną, głośną, polską rodziną, wsiadła w samochód i przygnała do nas, aby nadrobić wszelkie zaległości w przyswajaniu przyjaźni na żywo. Opowiedz mi. A to? Kto? Mów. O wszystkich mi opowiedz, po kolei. O mieszkaniach, biurach, umowach. O facetach. Wszystkich. Chcę wiedzieć wszystko. I mnie samej na wierzch wyłaziły sprawy ważniejsze od innych. Ale jak to, nie rozumiem. Ja też nie. Dobrze zrobiłaś. Chyba żartujesz. I skończyło się jak zwykle. Było super. Było strasznie. Nic nie kumam. Nudzę się. Nie mam czasu. Nie chcę. Chcę bardzo. Szukam przecież. Nie wiem, co dalej. Myślałam, że umrę ze śmiechu. Bałam się, że już nie wstanę. Żałuję trochę. Wcale nie żałuję. Keep walking, jak Johnnie Walker.

Kilka godzin urywanego snu. Kilka godzin za mało. Szkoda czasu. Może więc to na tym polega, żeby te kilka wolnych od pracy dni wypełnić po brzegi z tymi, którym też na tym zależy. Bez spinki, bez stresów, bez muszę iść, nie mam czasu, bez nie przyjdę, kiedy indziej, bez nie wiem, oddzwonię.

I ok, wzruszyła mnie trochę ta nasza wspólna choinka. I bardzo podoba mi się ta gigantyczna jemioła podwieszona pod sufitem, z której dobrodziejstw korzystam z uporem maniaka przy absolutnie każdej nadarzającej się okazji. Stawałam pod nią tyle razy, że już sobie chyba nawet wydeptałam tam miejscówkę.

Jak nigdy wcześniej potrzebuję noworocznych postanowień.

Złośnica

sobota, 22 grudnia 2012

funkcja magiczna

To niepoważne, reagować na sms-y we śnie. Tzn. nie na takie, których nadejście słyszę przez sen, tylko te, które są tego snu wytworem. Piąta rano. Cholera. Wciągam telefon pod kołdrę i upewniam się, że nic takiego nie przyszło. Ani to, ani nic innego. Szkoda? Nie wiem.

Dobrze chociaż, że nie wzięłam się z rozpędu na odpisywanie.

O spaniu nie ma mowy. Ściągam pocztę, czytam wiadomości, zaglądam na fejsa. Do perfekcji opanowałam już tworzenie wirtualnych światów pod kołdrą w taki sposób, by rażącym światłem nie budzić Brzydala. Bo Brzydal ma jeszcze zasłużoną godzinę snu. Najwyraźniej wieczorem nie myślał o głupotach i go nie pokarało tak jak mnie.

A mój sen niczego niepokojącego nie zapowiadał. Tylko nagle ten jeden sms. I kicha, nagle wszystko mi się przypomniało. Może jednak koniec świata był, tylko nikt mnie nie uprzedził, że to się będzie działo w mojej głowie, a nie gdzieś obok.

Nie wiem, czy to wszystko przemilczeć, prze-pisać czy...

Mam nadzieję, że w tym roku ktoś wpadnie na to, by życzyć mi, żebym zmądrzała. Może nareszcie zadziała funkcja kreacyjna języka. Funkcja magiczna. Bez tego nie widzę szans.

Siódma rano i mnóstwo czasu.

z.

czwartek, 20 grudnia 2012

pod telefonem

Okazało się, że siedzenie w domu z naciskiem na siedzenie w łóżku ma pewne dobre strony: nie wydawałam kasy, wciąż mam paliwo w baku, a Brzydal cały czas wiedział, gdzie jestem i mógł się nawet słusznie domyślać, co robię. Poza tym mógł się poczuć jak w jakimś tradycyjnym patriarchacie, bo byłam w domu zawsze wtedy, gdy on wracał z pracy, a że byłam jednocześnie spragniona towarzystwa, to do nocy pozostawał w centrum moich zainteresowań i uwagi (żeby nie powiedzieć, że przyklejałam się jak miś koala albo jakaś pijawka).
Ale to już za mną, wróciłam do żywych i do pracy, co nawet nie było traumatyczne i wpadłam w ten dziwny świąteczny wir, który początkowo rzucił mną o ziemię, ale z którym mam zamiar mimo wszystko do końca tygodnia sobie poradzić. Czas mi ucieka gdzieś bocznymi ścieżkami, bo dziś w pracy do nocy, jutro teatr pewnie też do późna, a weekend zaplanowałam gdzieś pomiędzy Mamą, Babcią i naszym mieszkaniem, które póki co wygląda jakby pod naszą nieobecność zamieszkiwał je tłum uchodźców.
Brzydal wciąż wozi w aucie mój wymarzony kalendarz, więc nadal nie mogę zapisać styczniowego koncertu w przedszkolu, jednej premiery i służbowego wyjazdu do Cieszyna na spotkanie na temat czegoś, o czym nie mam pojęcia.
Boję się trochę co się tam dzisiaj będzie działo. Po ostatniej naszej uroczystości mam taki uraz, że wolałabym się zatrzasnąć w piwnicy niż spędzić te kilka godzin z gośćmi.  Ostatni raz tak się bałam 3 lata temu, gdy zaczynałam. Irokeza nie robię. Nie ta bajka.
Słucham Jarka i odliczam. Może za 12 godzin będę już w domu?
Jeśli ktoś chciałby mnie trochę pouspokajać, to jestem pod telefonem. Pod dwoma telefonami.
Zł.

wtorek, 11 grudnia 2012

zielarz-dziadyga

Gdyby ludzie byli zmiennocieplni jak na przykład gady, nie byłoby tego całego cyrku z gorączką. Mogłabym wtedy do woli robić kilkugodzinne plenerowe imprezy na kilkustopniowym mrozie i nie ponosić tego konsekwencji. Mogłabym też zostać na jarmarku na Nikiszu tak długo jak bym chciała i nie musiałabym zastanawiać się, w ile minut przymarzną mi buty do podłoża, ręce do kieszeni i powieki górna do dolnej.

Podobno niektóre dinozaury były stałocieplne. No? No i jak skończyły?

Rozłożyło mnie w pracy szybko i skutecznie. Jako że już w nocy coś się kroiło, zapobiegliwy Brzydal wrzucił mi do torby jakieś przeciwproblemowe saszetki oraz kubek termiczny, dzięki czemu mimo napadów kichania, charczenia, narzekania i drgawek, udało mi się grzecznie dopracować do ostatniej minuty i skończyć to, co powinnam, zanim – jak przewidywałam – zniknę na jakiś czas.

Wczoraj wieczorem w Brzydalu obudził się jakiś utajony Zielarz-Dziadyga i nie chciał już iść na żadną apteczną łatwiznę. Wykorzystał fakt, że pozawijałam się w koce i wyglądając jak krokiet zajęłam się komputerem, a sam zamknął się w kuchni i trzaskał się radośnie, coś tam kroił, mieszał, sam kichał i chyba nawet coś czasem brzydko mówił. Po chwili przyszedł do mnie z miną trochę jak Gandalf Szary, trochę jak Gargamel i ze szklanką czegoś, co na moje nieszczęście okazało się straszliwą mieszanką soku z kilku cytryn, miodu, ciepłej wody i – o rany boskie ja pierdykam nie wierzę – ogromnej ilości czosnku, wskazującej na to, że Brzydal, zamiast swojej zwykłej pracy zawodowej, został czosnkowym plantatorem-potentatem. No i stał nade mną jak kat, machał tą szklanką i recytował mądrości o każdym ze składników z osobna, które miały mnie momentalnie uzdrowić, postawić na nogi i niemal od razu posłać na nowojorski maraton. Ogromne zaufanie, jakie od miliona lat mam do Brzydala, kazało mi wbrew racjonalnym pobudkom chociaż spróbować tego świństwa, ale ostatecznie wątpliwą przygodę z piorunującym eliksirem definitywnie zakończyłam po zanurzeniu w szklance koniuszka języka, prychnięciu, parsknięciu i postraszeniu Brzydala rychłym i nieuniknionym rozwodem, jeśli się natychmiast nie odczepi, razem z tym swoim czochem.

Oczywiście Brzydal wypił to za jednym przechyleniem szklanki i jeszcze uznał, że zajebiste. No i dziś poszedł do pracy. A ja nie.

zł.

sobota, 8 grudnia 2012

Lisior

Chcę Wam przedstawić Pana Lisa, którego ożywiła dla mnie moja Mama, gdy któregoś dnia przyszłam do niej i wyraziście gestykulując opisywałam coś długaśnego, mechatego i z poczciwą mordą, co koniecznie muszę mieć, bo inaczej nie przetrwam zimy. A że moja Mama dysponuje bardzo wieloma talentami (w przeciwieństwie do mnie), ochoczo wzięła się do pracy, zrobiła kilka próbnych mordek i uszek, później stukała bambusowymi drutami, a na koniec z zimną krwią zamordowała pluszową owieczkę, aby pozbawić ją oczu i noska. Efekty tej pracy są takie, że Pan Lis robi szał na żywo w Sosnowcu i Katowicach, a także zdalnie we wszystkich odległych krajach, do których sięga mój facebook. W Ekwadorze na przykład okrzyknięty najfajniejszym szalikiem świata. I chyba tak właśnie jest. Nawet sam siebie potrafi chapsnąć w ogon.
Pan Lis tak wygląda w plenerze:

Potrzebuję pilnie dla niego jakiegoś fajnego imienia, bo Brzydal nazywa go Lisior Wisior lub jeszcze gorszej: Lisior Sisior. Tak być nie może.
Zł.

piątek, 7 grudnia 2012

terminarz

Nadszedł ten dziwny czas, który pachnie truskawkowymi chusteczkami do nosa i kremem do rąk. Niby nic nowego, a jednak człowiek jest jak idiota co roku tak samo zaskoczony. Jednej z moich ulubionych piosenek Bartosiewicz proponuję na najbliższe tygodnie zmienić tekst na „przemarznięte serca miast”. Kilka dni temu sztywno dzierżąc w łapkach żółty haratacz do szyb usłyszałam, jak z mojego radia w samochodzie leniwie sączy się „Winter” Tori Amos i przyznaję, że nawet się uśmiechnęłam. I próbowałam nie myśleć o tym when you gonna make up your mind...?

Zagrzebuję się w szale i polary, przez co wyglądam jak skrzyżowanie syberyjskiej baby z Buką. I jeszcze odgradzam się od różnorakich czynników zewnętrznych i impregnuję psychicznie, by próbować chociaż trochę zapobiec efektom jakiejś ewentualnej kolejnej katastrofy lub katastrofki, które jak widać zdarzają się i konsekwentnie zdarzać się będą. Patrząc na to, co dzieje się wokół, na szczęście dotarło do mnie, że oko cyklonu już przestało mi szaleć nad głową i zajęło się innymi, którzy do moich zawirowań podchodzili z bagatelizującą wyższością i prychaniem. Wszystko wraca, cholera. Jednak.

Inna rzecz, że uchodzę teraz za zimną sucz i generalnie wszyscy myślą, że całą dobę strzelam fochy, szczególnie służbowo, a to przecież nieprawda. To tylko kiełkująca powściągliwość, którą planuję pielęgnować i doglądać, aż urośnie okazała i stabilna.

I tylko czasem puszczają mi nerwy, jak słyszę to straszliwe RMF Święta. Katowana jestem tą stacją od pierwszego tygodnia listopada i choć robię wszystko, by nie słuchać dziada 8 godzin dziennie (dyskretnie wyłączam / wychodzę / przyciszam / charczę / udaję, że walę głową o blat biurka / smętnie zawodzę itp.) , to czasem nawet połowa tego czasu wystarcza, by mnie wyprowadzić z równowagi, więc wychodzę na nieczułego potwora, który nie wie, co to duch świąt, urok kołyszących się na wietrze płatków, zapach choinki i przedświąteczna spowiedź. A mnie się przecież zima kojarzy całkiem dobrze, ze snowboardem przede wszystkim, ale też z długaśnymi spacerami wbrew aurze, ze słynnymi konkursami na najzimniejszą część ciała i milionem owocowym herbat w miłym towarzystwie. RMF Święta morduje moje święta.

I jakoś mija... Tu się posmęcę, tam sobie potęsknię, powzdycham trochę i pogapię się w okno, jakbym się tam nie wiadomo czego spodziewała. Więcej od siebie odsuwam niż przygarniam. Czeski odsunęłam. Teatr chyba też. Kilka miesięcy temu to było w ogóle nie do pomyślenia. Niemożliwe. Ja? A daj spokój.

Zł.


PS Na mojej w ogóle nieleganckiej torbie, z którą latam do pracy, nosiłam trzy małe, kolorowe znaczki: BF – bibliofil, Literożerca i CRh+ - czytanie we krwi. Mój nowy Kolega z Pracy po zaledwie kilku tygodniach dość szorstkiej znajomości wręczył mi dwie kolejne: Czarny Charakter i Hannibal Lektur. Rozczuliłam się nawet trochę, och jejku, dzięki, ale czemu takie? A on ze śmiertelną powagą: bo mi się z tobą kojarzą. Szorstka znajomość kwitnie. A Brzydal najwyraźniej kiepsko znosi fakt, że Jakiś Inny Mężczyzna kupuje mi znaczki, bo niedługo później dopiął mi jeszcze Book Positive. Poza tym od dwóch tygodni wozi w samochodzie kalendarz Simon’s Cat na 2013 rok i w ogóle nie chce mi go dać, a zaczepiony twierdzi, że od 1 stycznia będzie sumiennie prowadził terminarz...

sobota, 1 grudnia 2012

wracaj jak najszybciej

Tydzień do usunięcia, kolejny, i to tak konkretnie. Chyba potrzebuję jeszcze trochę czasu zanim ocenię, czy czegoś mnie to wszystko nauczyło, czy może poza poważnie podkopaną pewnością siebie sytuacja nie miała innych skutków ubocznych. Ale już rozumiem, na czym polega zasada „co cię nie zabije, to cię wkurwi”.

W szukaniu jakichkolwiek pozytywów, których mogę się złapać, zagrzebałam się w pocztę. Kilka dni temu dostałam z drugiego końca Polski maila o treści „wracaj jak najszybciej”, co mnie bardzo ucieszyło, bo to zawsze pozytywny objaw, gdy ktoś czeka i w trzech słowach umie to tak zawrzeć, że się robi trochę cieplej. Wrócę, wrócę. Jeśli nie w grudniu, to od stycznia na pewno.

Wczorajsze Andrzejki krótkie, ale intensywne. Mój Andrzej jest po siedemdziesiątce i jest jednym z najbardziej osobliwych ludzi jakich znam. Małomówny i mrukliwy, złośliwy i jednocześnie niewspółcześnie wrażliwy. Jest jedynym Zagłębiakiem w naszej rodzinie. Zawsze mówiłam do niego po imieniu. Andrzej jest moim chrzestnym i robi imprezy niedługie, ale głośne i jadowite. Gdy wróciłam do domu, śpiewałam podobno piosenkę Żebrowskiego i Jopek z „Pana Tadeusza”. Jak wiadomo gorzej od śpiewu idzie mi tylko matematyka.

Wykończona jestem i czuję się jakby mnie ktoś skopał. Odliczam dni do urlopu, który dziwnie zbiega się z datą końca świata, to z kolei czasem jawi mi się jako w sumie takie nie najgorsze rozwiązanie. Z zazdrością patrzę na moją Mamę, która dwa razy w tygodniu chodzi na fitness, chodzi też na angielski, a od kilku dni obsługuje pocztę elektroniczną (ma taki login z jajem, że szacun na dzielni), więc obecnie więcej do siebie mailujemy niż dzwonimy. A mnie nagle brakuje energii i motywacji by było tak jak kiedyś.

Brzydal w tym wszystkim zachowuje godny podziwu racjonalizm, niezmiennie stając po mojej stronie (co pewnie uczyniłby nawet wtedy, gdybym była osobiście odpowiedzialna za konflikt na Bałkanach). I choć czasem nie jestem w stanie opowiadać mu ze szczegółami, co się stało, to on i tak między wierszami wyczyta co trzeba i podsumuje wszystko w kilku słowach w taki sposób, że spadają buty.

Spokój, tylko spokój. Spędziłam ostatnio full czasu w księgarniach i planuję napisać list do Świętego Mikołaja z adresami tych księgarń i godzinami otwarcia.

A dzisiaj zajęłam się pisaniem, z czego pierwszą godzinę pisałam pierwszy akapit, a później pozostałe 10. Aż w końcu zrobiło się ciemno. Nie wiem, czy tak to miało wyglądać. Tym razem to nie ja pisałam tekst, tylko tekst pisał się mną.

Złośnica

sobota, 24 listopada 2012

stół

Dobrze jest momentalnie zasnąć. Pstryk i znikam. To bardziej cecha czy umiejętność? Wczoraj tak było, nie pamiętam nawet, czy zdążyłam się przykryć zanim odpłynęłam w senne historie, za które mi teraz nawet trochę wstyd, bo je niestety pamiętam.

Kilka dni temu:

- Zgaś światło i już o niczym nie myśl – z dobrymi intencjami poradził Brzydal, kiedy czułam się tak, jakby mi w głowie zaczęły szaleć Nazgule.
- Właśnie w tym problem, że jak zgaszę światło i ty zaśniesz, to ja dopiero zacznę myśleć.

Całe szczęście, że zupełnie poważnie trzymamy się żelaznej zasady wprowadzonej jeszcze w sierpniu, że w tym mieszkaniu po godzinie 20 nie rozmawia się o pracy. Godne to i sprawiedliwe, słuszne i zbawienne. Coś się strasznie miota za kratami żeber, ale w sumie bez sensu obwiniać za to tylko i wyłącznie pracę.

A wczoraj bach! i ciemność. To zasługa tygodnia obfitującego w dudniące w głowie znaki zapytania, w czekaniu na cudze decyzje, w łapanie się za głowę i próby wyhodowania porządnego pancerza, dzięki któremu mogłabym spojrzeć na to wszystko jeśli nie z góry, to chociaż z boku, z jakiegoś bezpiecznego oddalenia.

Ta wczorajsza nagła ciemność miała też związek z absolutnym granicznym wykończeniem fizycznym, efektami zmian dawek leków ze znośnych na niewyobrażalne i też miała związek z czarującą imprezą, która się tu wczoraj odbyła. I to chyba najjaśniejszy punkt ostatnich dni. Dobrze jest czasem wyśmiać to, z czego się człowiek na co dzień nie śmieje, dobrze jest też któryś z kolei raz słuchać tych samych historii, które niezmiennie powodują śmiech, nieważne, że wie się dokładnie, co było dalej. A udawanie Idealnego Materiału na Żonę idzie mi tak dobrze, że niedługo sama w to uwierzę. I pewnie wtedy stanę się nieznośna jak wszystkie moje koleżanki, które już w to uwierzyły.

W ramach udawania starego dobrego małżeństwa:

1. Doczekaliśmy się pięknego, ogromnego stołu, który nęcił nas miesiącami, a teraz stoi u nas i czeka na wieloosobowe imprezy. Chociaż i tak najlepiej było kiedy siedliśmy przy nim we dwoje, na jego dwóch końcach, mając między sobą ponad 2 metry i wyglądaliśmy jak hrabiostwo, oczywiście dopóki nie umarliśmy ze śmiechu.

2. Obecność wielkiego stołu sprawiła, że nagle zaczęła nam doskwierać pustka na ścianie, którą kiedyś Brzydal własnoręcznie wybudował na moją prośbę, niwelując tym samym efekty niespecjalnej wyobraźni przestrzennej pana architekta. Co powiesimy? Milion pomysłów, ale wszystko fuj. A ja nad brzoskwiniowym drinkiem doznałam olśnienia, że tu powinny wisieć afisze z moich absolutnie ulubionych spektakli, bo: a) zawsze tego chciałam, b) te plakaty są piękne, c) mam je w pracy w szafie, d) kojarzą mi się z ekstremalnie pozytywnymi emocjami, e) są wielkie i we trzy będą idealnie pasować na wielką ścianę. Brzydal nieoczekiwanie zgodził się od razu (umarłam z zaskoczenia), przyznał, że są piękne i wyjątkowe i że sztuki też były super, więc on się zgadza, ale on chce te plakaty z autografami (umarłam z zaskoczenia po raz drugi). Kupiliśmy antyramy, udało się nam ich nie potłuc, plakaty wiszą (póki co bez podpisów...), wyglądają obłędnie, fikłam z radości. Oczywiście plakat z „Mistrza” zmiata wszystko. Tak jak sam „Mistrz” wszystko zmiata.

3. Zaplanowaliśmy Sylwestra i mimo początkowego spadku nastroju i braku wiary w cokolwiek, zaczynam się tym cieszyć. Kiedy powiedziałam mojej Babci, gdzie się wybieramy, bardzo się ucieszyła. Kiedy to samo powiedziałam mojej chrzestnej, to się rozpłakała. Będzie inaczej i jestem ciekawa, jak sama będę tam reagować na to co zobaczę.

Złośnica


PS. Ha!

środa, 14 listopada 2012

kurier

Piątek na widowni w Gliwicach. Daj spokój – myślę sobie gdy gasną światła. – Przecież już to widziałaś, babo nadwrażliwa. Rok, rok. Cholera. Wiele umiejętności posiadłam w ciągu ostatnich kilku lat, a i wydarzenia ostatnich miesięcy powinny mnie choć trochę uodpornić na czynniki zewnętrzne, ale nic z tego. Siedzę tam wbita w fotel i zastanawiam się, czy ktoś tam jeszcze tak jak ja reaguje za bardzo. Nie jestem przekonana, że wierzę Jagodzie, ale w te piosenki wierzę. I w kilka tych fałszywych wrażeń.

Wtorek na sali kinowej, przed oczami Coldplay. Eksplozja emocji i barw, zbliżenia i drobne gesty, których tam, na Stadionie Narodowym, nie mogłam zobaczyć. Mądry wybór piosenek. Piękny montaż obrazów z miejsc, do których obcy nie mają wejścia. Dużo słów. Kilka poruszających linijek o nagłej ciszy i samotności, kiedy dudniący 30 tysiącami gardeł stadion w ciągu kilkunastu minut zamienia się na pusty, anonimowy hotelowy pokój. I ta muzyka, która co kawałek wybucha fontanną kolorów, wciąga autentycznością i zachwyca warsztatową wirtuozerią. Dobrze było to zobaczyć. Teraz już w sumie nie muszę kupować DVD z „Mylo Xyloto”.

Wczoraj do pracy do Brzydala przyjechał kurier. Wspominałam mu dzień wcześniej, że zamówiłam książki, więc się nawet nie zdziwił. Zdziwił się dopiero wtedy, gdy kurier zakasał rękawy i zaczął wyładowywać na chodnik jakieś wielkie pudła. Wtedy Brzydal zdębiał, bo dotarło do niego, że nie sprecyzowałam, ile będzie tych książek… Na szczęście okazało się, że to kurierowi pomyliły się adresy, a moja paczka ma normalne gabaryty.

Ladislav Bublik „Kręgosłup”. Wyd. ’66. Ktoś na tytułowej napisał maleńkie numer 1726. Na tylnej okładce fioletowa pieczęć „wygrana loteryjna”. I jeszcze jakieś inicjały, Z wielkie i powykręcane na tej tytułowej i powtórzone maleńkie na 34 stronie.

Frantisek Kafka „Okrutne lata”. Wydanie oprawione w zielone płótno. Rok ’66. W środku pieczątka: H. Bierowski.

Jan Balaban „Wakacje. Możliwe że odchodzimy”. Mimo że książka ma dopiero rok, ktoś czymś ostrym przeorał środek okładki.

Michal Hvorecky „W misji idealnej czystości”. Świat jest mały. Wczoraj Koleżanka od Teatru powiedziała mi, że kupiła książkę o Coldplay, a mnie przypomniało się, że przecież napisał ją Marcin Babko. Dziś biorę do rąk tego Hvoreckiego, a tam info, że ze słowackiego tłumaczył… Macin Babko. Książka sprawia wrażenie wcześniej ani razu nie otwartej.

Taki mam zestaw, żeby do końca roku nie dać się przygnieść pracą, badaniami i brakiem teatralnych planów.

Poza tym zmiany, zmiany… Obok mnie leży służbowy telefon. Nigdy go nie chciałam i całe dwa lata mi się to udawało. A teraz jest. Nagle. Nie mój, ale mój do odwołania. Ale jak zaczęłam przeglądać książkę telefoniczną, to mi z wrażenia spadł na biurko. Chociaż chyba właściwie to ze strachu.

No i blokada na pisanie trwa. Rozgrzebałam to co miałam pisać i straciłam motywację. A może mnie po prostu przerosło. To obecnie nietrudne.

Złośnica

czwartek, 8 listopada 2012

chlebki


Brzydal to wszystko zaczął. Podejrzewam, że znalazł sobie tak wciągające zajęcie, bo nie mógł już wytrzymać ze mną i z moim kompletnie zwichrowanym nastrojem. Któregoś wieczoru zadeklarował, że będzie piekł chleb. Przytaknęłam tylko i miałam nadzieję, że do rana zapomni, bo już wyobrażałam sobie, że kiedy Brzydal zacznie szaleć w kuchni, to ta zamieni się w przysypane mąką gruzowisko, a po chleb i tak będziemy musieli lecieć do społemu. Później plułam sobie w brodę, ale po kolei...
Następnego wieczoru przytargał do domu wielki słój, zaczął ważyć i mieszać jakieś składniki, a uzyskaną miksturę o podejrzanej konsystencji w tym słoju ustawił na kaloryferze w salonie. Od tego dnia przez tydzień co wieczór brał worek z mąką i łyżkę i oświadczał uroczyście, że idzie dokarmić francę. Szedł, dodawał i mieszał (wzniecając białe tumany), a franca rosła. Po tygodniu zaczął szaleć, podrzucać i formować i wyszły z tego dwa śliczne bochenki (a ja pękałam z dumy, choć moja rola ograniczyła się do gapienia się w piekarnik). 




Po spektakularnym sukcesie piekarniczym Brzydala siadło mi na ambicję, że to przecież ja jestem Idealną Panią Domu i Materiałem Na Żonę, więc zabrałam się za inny przepis, by się wykazać i trochę nadmuchać swoje ego (i zająć czymś myśli na jakiś czas, co wydawało mi się niewykonalne). Jako że przepis brał pod uwagę wypiek bez foremki, chętnie na to przystałam. Gdybym wiedziała, że bestia zacznie rosnąć w każdą stronę, tylko nie w górę, pewnie podjęłabym racjonalniejszą decyzję. Efektem mojej niewiedzy stał się wielki i płaski bochen, dziwnie kojarzący mi się z jakimś wiejskim jarmarkiem gdzieś na boisku szkolnym w Cykarzewie czy Nowej Brzeźnicy. W smaku był super, ale materiałem na kanapkę okazał się kiepskim… Brzydal nic nie powiedział, tylko mnie cmoknął w czoło.



Ale dzisiaj rozwinęłam się o całe lata świetlne i wyczarowałam coś tak pięknego, że teraz patrzę dość zadowolona na szafkę, a Brzydal co chwilę wpada tu cichaczem, by kawałek wciągnąć i powiedzieć, że super, że och, ach i że taki jest bardzo ze mnie dumny.


Jak znam siebie, przez najbliższy miesiąc - zachęcona dzikim sukcesem - będę produkować chlebki w ilościach odpowiadających rocznemu zapotrzebowaniu wygłodniałych żołnierzy albo górników.

Zmieniając temat, coraz częściej myślę z ulgą o końcu roku. Po tych ostatnich zawirowaniach mimo wszystko siedzi we mnie jakaś irracjonalna nadzieja, że z końcem roku łatwiej będzie mi pewne sprawy pozamykać, od niektórych spróbować się uwolnić, zacząć coś na czysto. To pewnie bez sensu i takie gadanie nie ma wielkiej szansy na realizację w rzeczywistości, a mimo wszystko przynosi jakąś namiastkę spokoju, którego teraz tak potwornie potrzebuję. Czasem przeraża mnie to kim się stałam, jak reaguję i jak mnie odbierają.
Całe szczęście, że jutro z Koleżanką Od Teatru jedziemy razem na spektakl, na który czaiłyśmy się z dwa miesiące i do którego jak piętnastolatki odliczałyśmy sobie dni, a czasem nawet i godziny. Tym razem postaram się nie przeryczeć połowy i nie szeleścić chusteczkami jak jakaś stara ciotka na Modzie na sukces.
Ten weekend musi być lepszy. A w poniedziałek carting. 16 minut. Burżujstwo;).
Złośnica

sobota, 3 listopada 2012

śniadanie mistrzów

- Przyjdziesz do mnie? – wydusiłam wymuszonym tonem wszystko-w-porządku wprost do słuchawki. Zagrzebana po szyję w kołdrę, termofor, najsmętniejszą muzykę i własne myśli, poczochrana jak nieboskie stworzenie, wyglądałam bardziej jak critters niż jak najlepsza przyjaciółka. Dochodziło południe, a mnie znów się czas zatrzymał, jak na złość nie wtedy, kiedy bym chciała.

- Coś się stało? – zapytała od razu, bo 8 lat znajomości zobowiązuje do nie dawania się nabrać na słabe udawanie tonu wszystko-w-porządku.
- Nic – odparłam krótko, bo cisnące się na usta wielokrotnie złożone zdanie ugrzęzło mi w gardle i zawzięcie puchło, a przed oczami jak w jednorękim bandycie zaczęły mi latać obrazki, znaki zapytania, twarze i liczby.
- Ty przyjdź. Pigwę kroję – wizja wygramolenia się z sypialnianego barłogu nie była łatwa, ale jednocześnie dawała nadzieję, że przez kilka godzin będę myśleć o czymś innym, w dodatku w doborowym towarzystwie, które przez lata było świadkiem największych moich kryzysów.

Za godzinę byłam już na miejscu i dzielnie kroiłam pigwę, której było nieprzyzwoicie dużo, co dało nam mnóstwo czasu na wspominki dotyczące miliona wspólnych wyjazdów, znajomych (w tym chłopów do złudzenia przypominających Tarzana, a także nieprzyzwoitych nudziarzy, którzy nawet nie potrafili jeździć na łyżwach), nieprawdopodobnych głupot (ja się do tego gołębia w skrzynce na listy nie przyznaję) i niepoważnych fascynacji (z planami rozbijania szczęśliwych rodzin włącznie).

Gdy wychodziłam, najwyraźniej wciąż nie wyglądałam kwitnąco jak Pani Wiosna, bo powiedziała:
- Przyjdę jutro do ciebie. Na śniadanie.
Jak powiedziała, tak zrobiła. Pojawiła się dziś u mnie do południa z siatką zakupów, w której znalazłam obezwładniający zestaw: kulkę mozarelli, 4 zielone cebulki i 4 grejpfruty (bo myślała, że to pomarańcze). Rozwalił mnie ten skład i od razu zaczęłam się zastanawiać, co inni moi kochani znajomi i przyjaciele przynieśliby do mnie na śniadanie i jak to o nich świadczy.

Całe szczęście, że nie byłam cały czas sama, bo nie jestem w stanie ani czytać, ani pisać, telewizja wzbudza we mnie jeszcze większą niż na co dzień agresję, muzyki nie potrafię dopasować, planować przestałam, a marzenia wrzuciłam do nieczynnego kopalnianego szybu (tego zza okna).

Czerwone glany nie pomagają. Ani czubek na czubku głowy. Teatr w piątek. Muszę zrobić tak, żeby pomógł.
Zł.

niedziela, 28 października 2012

piszą o nas!

Piszą o nas! O rany! Zawstydzona naciągam kaptur na łeb i znikam w zaspie śniegu (tylko czerwone glany wystają...). Krępuje mnie to i obezwładnia. Litości, moi drodzy Reżyserzy, Dyrektorzy i Artyści!
A pisze o nas Legnicka Gazeta Teatralna. I na fejsie gdzieś hulamy. Jak nigdy.
Dobrze przynajmniej, że Jackowi Głombowi powiedziałam dzień dobry przed wejściem do Kopalni Sztuki i nie wyszłam na soronia;). Swoją drogą to też niepoważne, stresować się dwoma słowami tylko dlatego, że się kogoś / o kimś czyta i wydaje się, że kogoś się choć troszeczkę zna, a to przecież bzdura, nieprawda i farmazony.
Ehh... Już kiedyś dostałam do własnej skrzynki mailowej newsletter o Mistrzu i Małgorzacie z Bielska z fragmentem naszego bloga i mało mnie wtedy nie wywieźli, ale teraz Legnica to przebiła, naprawdę.
Tymczasem Brzydal spokojny jak nigdy. To znaczy jak zawsze.
Złośnica

sobota, 27 października 2012

w trasie

Niedziela. Teatr. Zabrze. Ratajczak.

Ok, przyznaję, nie spodziewałam się, że Zabrze jest na końcu świata. Wprawdzie byłam tam wcześniej, ale jak się jedzie z kimś i cały czas o czymś się gada, to tej odległości tak się nie czuje. Sosnowiec Katowice Chorzów Świętochłowice Ruda Śląska Zabrze. Zestresowana całą tą dziwną sytuacją z festiwalem. Przez chwilę myślę, że trzeba się było puknąć w łeb, a nie… Ale monodram „I będą święta” bardzo w porządku. Chciałam to zobaczyć po „Tak wiele przeszliśmy…” i po „Królach dowcipu”. Dobrym ekipom trzeba być wiernym. Wracam późno. Zabrze Ruda Śląska Świętochłowice Chorzów Katowice Sosnowiec. Padam bez życia.

Wtorek. Teatr. Zabrze. Liber.

Musiałam zobaczyć Libera, po tym jak zmiotły mnie jego „III Furie”. Sosnowiec Katowice Chorzów Świętochłowice Ruda Śląska Zabrze. „Trash story” wydaje mi się bardziej zwarte, spójne i konsekwentne. Siedziałam te dwie i pół godziny, raz po raz zbierając szczękę z podłogi i łapiąc się za głowę z myślą „łaaaaaa…” Po pierwszych pięciu minutach sama sobie gratulowałam, że zrobiłam wszystko, by tam być i móc to oglądać. Coś wspaniałego. Uciekam w trakcie oklasków. Wracam późno. Zabrze Ruda Śląska Świętochłowice Chorzów Katowice Sosnowiec. Padam bez życia.

Czwartek. Teatr. Zabrze. Głomb.

Chciałam, zawsze chciałam, od kiedy czytam jego bloga. Sosnowiec Katowice Chorzów Świętochłowice Ruda Śląska Zabrze. Zgubiłam się oczywiście. Nawigację bierzesz? Ee, coś ty. Widziałam na mapie gdzie to jest. Taaaa. Przejechałam. Tubylcy wskazali mi drogę do Kopalni Sztuki. Sceneria jak z horroru. „Orkiestra” przefajna, ze wspaniałym Rafałem Cieluchem, do którego od czasów Apolla i koronki do serca zeusowego mam niepohamowaną słabość. Żal odpuszczać takie spektakle, żal ich nie znać. Wracam późno. Zabrze Ruda Śląska Świętochłowice Chorzów Katowice Sosnowiec. Padam bez życia.

Piątek. Teatr. Bielsko. Talarczyk.

Zestresowana co najmniej tak, jakbym sama miała wystąpić jako Konstancja. Wciągnęłam nogi na obrotowe krzesło za biurkiem i zupełnie szczerze poinformowałam Koleżankę z Biura, że ja już nie chcę. Że mnie to przestało cieszyć. Że się boję, że coś mi się posypie. Oczywiście nie uwierzyła, a ja naprawdę byłam pewna, że nie chcę. Odstresowałam się trochę rozmową z kierowcą i próbami naprawy mikrofonu. Katowice Tychy Pszczyna Czechowice Bielsko. Na czas. Wszystko ok. Jak mogłam nie chcieć? „Amadeus” mnie zmiął jak kartkę papieru. Ponad trzy godziny mijają jak pstryknięcie. Gapię się na scenę i nie wierzę, że aż tyle mogło mi umknąć na premierze. To kolejny dowód na to, że nie powinnam oglądać premier. I że wszystko powinnam oglądać minimum dwa razy. Absolutnie najwspanialszy na świecie Witold Mazurkiewicz. Nie da się oderwać oczu. Genialny spektakl. Genialny. Piękny standing. Wracamy ze śniegiem. Bielsko Czechowice Pszczyna Tychy Katowice. Padam bez życia.

Złośnica

czwartek, 18 października 2012

Dumny Bądźżeś

Kilka dni temu było tak:
Dziś jest tak:

Bo ja sobie w ogóle nie wyobrażam, że mogłabym przeczytać genialną książkę i nie mieć jej na własność. W całej książce wielkim wykrzyknikiem zaznaczyłam tylko jeden fragment:
Ale i tak było fajnie, jak ten Mikołaj straszliwie pachniał, trochę jak teatr,
ale przede wszystkim takim świętym, rozbójnickim zapachem.
No przecież umarłam... Coś wspaniałego. Najlepsze jest to, że ja znam ten zapach.
Zł.

niedziela, 14 października 2012

ciastek

Ok, przyznaję, nieznośna byłam od rana. Ale Konkubent i Współlokator, zwany potocznie Brzydalem, wcale nie był lepszy. Odreagowaliśmy dopiero teraz, wspólnie walcząc z Ciastkiem. Efekty poniżej.

Idealna Pani Domu i Materiał Na Żonę? Brednie! Brzydal nawet na sekundę nie wypuścił foremki z rąk. Pozwolił mi co najwyżej robić kolorowe guziczki. I oczywiście babrać się z ciastem;).
Na jednym ze zdjęć widać, że przepis miałam zapisany na repertuarze, który wyniosłam wczoraj z Korezu, bo pieczenie naszło nas poza domem, a to było jedyna rzecz w mojej torebce, na jakiej mogłam coś zapisać ("Mamuś, podaj mi proszę ten taki przepis, no wiesz który..."). Wcześniej wytargałam kawał tej ulotki, bo zadzwoniła chora przyjaciółka z prośbą o zakupy i na tym repertuarze musiałam zapisać jej listę. No i później ten przepis. Kto by pomyślał, jak wielofunkcyjne mogą być drukowane materiały promocyjne...
Myślami w pierony daleko.
Poniedziałku, uważaj! Nadciągam!
Z.

sobota, 13 października 2012

po

Nie chce się wierzyć, że się to wszystko udało i że nie było ofiar w ludziach. Choć chyba było blisko. W czwartek co prawda miałam siedzieć w biurze do nocy, ale ostatecznie wieczorem zostałam wykopana do domu i nawet własna szefowa zastanawiała się, czy mnie przypadkiem nie odwieźć. Wczoraj już nawet o tym nie myślałam: wysoce stężona adrenalina skutecznie usztywniła mnie na kilkanaście godzin, a gigantyczne zmęczenie spadło na mnie dopiero po zamknięciu drzwi mieszkania. Ale było dobrze. I sms od szefowej: „wymiatałaś”. Wbrew pozorom, doznałam tam w tym wielgachnym, obcym gmachu wielu pozytywnych emocji i znów wydaje mi się, że naprawdę warto. Nie wiem tylko, czy teraz próbować troszkę odpocząć w pracy, czy może od razu lecieć pędem na L4. Cholera.

W ramach stosowania metod pseudomedycyny niekonwencjonalnej, udałam się z koleżanką na cudne pogaduchy i na moją najukochańszą ze wszystkich „Kometę”, na którą od lat chodzę z niezmiennym entuzjazmem, którą uwielbiam i pożeram w całości, przez którą się wzruszam i nie mogę spać. I od razu wszystko jakoś tak lepiej, po prostu. Mnie to powinni zapisywać na receptę, najlepiej z refundacją.

Czyli jest już po dwóch gigantycznych uroczystościach, na które czekało się z rosnącym niepokojem, z wpadaniem w bagno niewiary we własne umiejętności i trudną do zniwelowania chęcią zaszycia się w jakiejś norze na końcu świata. I po spektaklu moim ulubionym. „Po” jest straszne, bo robi się pusto. Ze zmęczenia padam nosem na klawiaturę, a muszę sobie czym prędzej znaleźć coś nowego, na co warto będzie czekać. Jakieś propozycje?

Złośnica

wtorek, 9 października 2012

realne zagrożenie

Mój organizm zaczął dawać mi do zrozumienia, że przeginam, a robi to w sposób subtelny i delikatny jak radziecka łódź podwodna: od kilkunastu godzin stwarzam realne zagrożenie. Jestem nieprzytomna ze zmęczenia.

Poranek był straszny. Na początek zaatakowała mnie zamarznięta szyba w samochodzie, więc wykorzystując przewagę umysłową w kontrataku zastosowałam odmrażacz. Ten z kolei szybę odmroził, owszem, ale wziął się na sposób i zafarbował mi dłonie na niebiesko. Później rozważałam wizualny efekt połączenia jasnego płaszczyka z niebieskimi plamami o nieregularnym kształcie. 
Następnie zrobiłam coś zupełnie najgorszego, czyli wyjeżdżając z osiedla przywaliłam lusterkiem w jakiś słupek czy szlaban, sama nie wiem o co. Żeby była jasność: jest tam tak szeroko, że przejechałabym tam tirem albo rosomakiem. Oczywiście nic się nie stało, ani śladu nie ma, ale przy składaniu lusterko wydało tak głośny huk, że najpierw krzyknęłam ze strachu, a po sekundzie umarłam ze śmiechu i z żałości nad swoją głupotą. 
Później wymusiłam pierwszeństwo. I przeleciałam raz na czerwonym. To znaczy na takim bardzo, bardzo późnym żółtym. Na Roździeniu ze trzy razy mało nie wpakowałam się komuś w tyłek, bo czas reakcji rozciągnął mi się nieprzyzwoicie i czułam się jak w grze komputerowej. 
W pracy świat mi się kręcił przed oczami, nie zgadzały się litery na klawiaturze, ale służbowy autopilot mi się włączył i tylko dlatego nie budziłam żadnych podejrzeń. Tylko jak kierownik zaprzyjaźnionego biura zapytał, co słychać, to zamiast odpowiedzieć wybuchłam bardzo głośnym śmiechem i wytoczyłam się z pokoju.
Później też cudnie. Pod sklepem chciałam wyjechać z miejsca parkingowego, ale kierownicą się prawie nie dało kręcić. Męczę się i męczę i dopiero po chwili dotarło do mnie, że mam wyłączony silnik. Pod blokiem czekał facet z gazowni, a jak zapytał, pod którym numerem mieszkam, to powiedziałam 9, choć pod 9 nie mieszkam na pewno. W domu rzuciłam się do apteczki po tabletkę, ale mi zleciała na podłogę i się zdematerializowała. Jedyne, co miał mi do powiedzenia aparat do mierzenia ciśnienia, to wielkie error.
Aktualnie siedzę w rogu łóżka i się nie ruszam, bo się boję, że jak się ruszę, to coś się spieprzy.
Dałam Brzydalowi zgodę na zaaplikowanie mi kopa w dupę, jeśli o 22 nie będę na płask w łóżku bez kompa na kolanach, bez notatek, świstków, książek i komórki.
Zł.

sobota, 6 października 2012

komentator

- Jestem znanym i nielubianym komentatorem życia teatralnego! - donośnym głosem wypalił szczerze Brzydal, gdy po dzisiejszej premierze pospiesznym krokiem opuszczaliśmy budynek teatru w Mieście na Zet. Ja sama byłam w ciężkim szoku, co takiego stało się na tej scenie, co zmusiło 90% widowni do podniesienia odwłoków i klaskania z radością, której nie rozumiałam. Co się stało i czy możliwe, że mi to gdzieś umknęło?
- Żałuję, że nie było przerwy - dowalił ze śmiechem Brz. - bo może bylibyśmy wcześniej w domu. - powiedział to pewnie dlatego, że przed spektaklem opowiadałam mu, jak pewien znany dramaturg podprowadzał mnie kiedyś pod Teatr Śląski, gdzie miałam obejrzeć czterogodzinnego "Hamleta" i zastanawialiśmy się wspólnie, czy tam wysiedzę, czy nie ma szans. A ów dramaturg wspominał dawne czasy, gdy pisał w recenzjach, że niestety nie wie, co było w II akcie, bo w przerwie opuścił budynek teatru. Przerwy nie było, a nawet gdyby była, to zmusiłabym tego szydercę, by siedział cicho i nie marudził. Muszę to przemyśleć. Choć Brz. twierdzi, że nie ma czego, bo to według niego - uwaga - najgorsza sztuka sezonu. Odważnie, zważywszy na to, że to dla niego pierwsza w tym sezonie, a więcej póki co się nie zapowiada: chyba przestanę go ze sobą zabierać, bo w drodze powrotnej rozpętaliśmy taką dyskusję, że groziło to jeśli nie karambolem na A4, to rozwodem na pewno.
Mam bardzo poważne wątpliwości, o co kaman i po co. Mam też deadline i pustkę w głowie.
Brz. zaproponował, że napisze to za mnie.
Hmmm...
Z.

czwartek, 4 października 2012

Bazyl

Obsesyjnie chcę mieć kota, choć wiem, że w naszej obecnej sytuacji to głupie, bez sensu, gówniarski kaprys. Nie zmienia to faktu, że próbuję znaleźć jakieś rozwiązanie, żeby kot jednak był i żeby kotu nie działa się krzywda. Ba, ja od lat mam już wymyślone imię dla tego kota. Na pewno będzie to Bazyl. Bazylian Bazyleiro.
Próbowałam dziś namówić Mamę na współpracę.
- Mamuś, jak będę jechać do pracy, to będę ci Bazyla przywozić, a po pracy będę go odbierać.
- Bazyla to ty masz na głowie - odparła Mama. Hmm. Może i racja.

Zł.

PS
- Herbatę ci zrobić? - zagaił Brz.
- Zrób. Jest gdzieś tam taka z tyłu...
- A już miałem nadzieję, że choć raz zechcesz tę od frontu - odrzekł Brz. tłukąc się pudełkami, z głową gdzieś w głębi szafki. Wreszcie triumfalnym gestem wyciągnął pudełko i zapytał:
- Ta ma być? Truskawka i borubar?
Chodziło o rabarbar...

środa, 3 października 2012

źródło energii

Te ostatnie dni to takie energetyczne wampiry. Za cel stawiają sobie wyssać wszystkie oznaki zdrowego rozsądku i żywotności, by porzucić gdzieś w ciemnościach, gdy już będzie po wszystkim. Ale tym razem stawiałam się i buntowałam jak mogłam. Niektóre wampiry udało mi się ugłaskać, a inne przepłoszyć – jak nie irokezem, to głośnym śmiechem.

W weekend zdołałam naładować wszystkie swoje podstawowe akumulatory, a nastrój trzymał mi się tak cudowny, że najwyraźniej nabiłam też do pełna wszystkie emocjonalne baterie zapasowe. Nie dość, że w sobotę niezwykle skutecznie udawałam Idealną Panią Domu i Materiał Na Żonę, to jeszcze w niedzielę całkiem niespodziewanie wylądowałam w pierwszym rzędzie (aaaaahahahahahaaa) chorzowskiej Małej Sceny. Jak pomyślę, że w sumie przez moje rozkojarzenie, brak poczucia czasu i galopującą sklerozę mogłoby mnie to ominąć… brrr.
Dość szybko przypomniałam sobie, że nigdzie nie czuję się tak dobrze jak na widowni. Obśmiałam się jak fretka, zupełnie nie przejmując się tym, że oglądam „Intercity” czwarty raz (zaręczam, że konsekwentne powroty nijak nie ujmują tej sztuce uroku). Wieczór był zupełnie genialny, po prostu. I gdyby nie to, że później w głowie kłębiły mi się kolory, słowa i obrazki, to na pewno nie dałabym rady przez kolejne dwa dni pracować po 14 czy 16 godzin. A jednak się udało. Najwyraźniej to źródło energii wciąż jest dla mnie dostępne. Skuteczniejszego nie znam. Przez kilka godzin najszczęśliwsza na świecie.
Jako skutek uboczny ekstremalnie wzmożonej pracy, znów pojawiły się wątpliwości. Bujam się między dwoma skrajnymi biegunami, z czego przy tym pierwszym myślę „rany, jakie to wszystko piękne, mądre i cudowne”, a przy drugim „rany, czy to wszystko musi być tak potwornie pozbawione sensu?” Ten drugi staram się zagłuszać bardzo głośną muzyką w samochodzie. I'd never let you drown...
Przyszły tydzień zapowiada się jeszcze upiorniej, więc profilaktycznie w najbliższą sobotę potwierdziłam premierę w Zabrzu, a w kolejną wybieram się na mój absolutnie ukochany spektakl. Sama siebie biorę na przeczekanie.
Ale cudownie jest znów poczuć, że ponad tak zwanymi sprawami ważnymi, są jeszcze rzeczy ważniejsze, dużo ważniejsze i mega ważniejsze. Że trzeba, że warto, absolutnie koniecznie.
Zł.