poniedziałek, 30 stycznia 2012

Pradziadek Jan

- Zobacz, co znalazłem! – krzyknął tryumfalnie Tata, wyciągając głowę z szafki, w dłoniach dzierżąc pokaźne pudło. Ze zdjęciami. Na samej górze byłam kilkuletnia ja w ekstremalnie kolorowym stroju Indianina na tle przedszkolnej choinki. Sądząc po minie, całkiem byłam zadowolona, że nie jestem jakąś durną, cukrową księżniczką. – A zobacz to! – wyszperał jeszcze jakąś pamiątkę po czasach, gdy szczytem mody wśród nastolatków była czerwona flanela – w takiej do zdjęcia pozował mój brat z fryzurą a’la wierny fan Depeche Mode. – Ale zobacz… I wyciągnął to:

Mój Pradziadek Jan. Ojciec mojego Dziadka Adama. Dziadek Adam to ojciec mojej Mamy.
Jak zacząć? Pradziadek Jan. To jedyne jego tak wyraźne zdjęcie, jakie się zachowało. Zdjęcie na drewnie. Wysokie na 7, 8 centymetrów. Kto i kiedy je zrobił? Niewiele wiadomo. Dziadek Adam urodził się w 1912 r. w Jarosławiu. Mówiło się, że Pradziadek Jan zginął w I wojnie światowej, gdy Dziadek miał dwa lata, więc w 1914 r. Na zdjęciu Pradziadek jest w mundurze Armii Austro-Węgierskiej. Nie ma pewności, który z żołnierzy to Pradziadek Jan, bo przecież nikt z nas, ani nikt, kogo znaliśmy, nie mógłby go poznać. Ale ja czuję, że mój Pradziadek Jan to ten z prawej. Po oczach poznaję. Dziadek Adam też miał coś takiego w oczach. Ma to też moja Mama i ma mój Brat. Ja na pewno tego nie mam. Kim jest drugi żołnierz? Czemu są na zdjęciu razem? Czemu mają inne mundury? Z którego roku jest to zdjęcie? Dwie gwiazdki na mundurze – dlaczego? Pewnie jakiś znawca czasów pomógłby mi odpowiedzieć na kilka ważnych pytań. Może się ktoś uaktywni.
Gdy w tym 1914 roku ginie na wojny młody i przystojny mój Pradziadek Jan, Dziadek ma dwa lata. Nie ma już ojca, ale ma matkę, Janinę. De domo prawdopodobnie Pacuła. Ale ma ją krótko. Wokół niej snuje się dziwna tajemnica, jakiś niespokojny duch czasów, coś, co niektórzy podobno wiedzieli, ale – nawet jeśli – to tę tajemnicę już zabrali ze sobą do grobu. A jak żyli, to nie puścili pary. Nie dało się ani groźbą, ani prośbą, ani alkoholem. Jak zaklęci. Tylko z nieszczęśliwymi minami kręcili głowami i zapierali się, że nigdy! Bo niedługo po Janie, jego żona Janina znika. Mamy w głowie kilka scenariuszy. Mogła porzucić mojego Dziadka, ze strachu, z desperacji, z rozpaczy po stracie męża. Mogła odejść z kimś innym, w dodatku np. bez ślubu (mamy początek XX stulecia!). Mogła, co też wielce prawdopodobne, popełnić samobójstwo, co na Wschodzie było podobno tak piętnowane i tak wypierane ze zbiorowej świadomości, że tacy nieszczęśnicy nie zasługiwali nawet na grób w nazwiskiem na tabliczce. Mogła się przechrzcić. Ktoś mógł jej zrobić krzywdę. Miejscowi może? Wiedzieli na pewno, a nie mówili nic. A grobu prababci nie ma. Ani tam, w Jarosławiu, ani na Zalesiu, gdzie wdowa na kilka miesięcy przeniosła się z małym Adasiem. Kilkanaście lat temu moja rodzina przeszukała opasłe księgi parafialne, szukając jakiegokolwiek śladu, przede wszystkim aktu zgonu prababci, ale przecież też ewentualnych kolejnych chrztów czy ślubów. Nic. Ślad się urwał. Oczywiście nie wiemy też, gdzie jest grób Pradziadka Jana, tego ze zdjęcia.
Mój Dziadek Adam więc w wieku dwóch lat został sierotą. Na Zalesiu zamieszkał u swojego dziadka (czyli mojego prapradziadka), który rodzinę miał dość liczną, więc były tam i kobiety, które potrafiły zająć się Adasiem, i inne dzieciaki, wśród których mógł dorastać. Potomkowie tych dzieciaków wciąż tam żyją. Później, gdy Adam podrósł, to – w telegraficznym skrócie – piął się po szczeblach kariery w straży pożarnej. Gdy poznał moją Babcię we Lwowie, był ekstremalnie przystojnym, wysokim oficerem, miał błyszczące guziki, wysokie buty, błysk w oku i tę odwagę, która kazała mu setki razy ryzykować własnym życiem, by ratować cudze. Uciekli razem z tego Lwowa, on – ogniomistrz o maksymalnie tradycyjnym wychowaniu i ona – młodziutka, śliczna nauczycielka, ekstremalnie postępowa i miastowa kobieta, która niedługo potem w pożodze wojennej uciekała wozem drabiniastym z niemowlęciem na ręku, bo na tym zapadłym Zalesiu nie była w stanie wytrzymać nawet kilku dni. Uciekła do innego miasta, od ręki dostała pracę w szkole i mieszkanie, a Dziadek szukał jej przede wszystkim po to, by powiedzieć jej, jak potwornie jest oburzony… Później to niemowlę, urodzone we Lwowie, z którym Babcia uciekała, w połowie lat 80. stało się moją chrzestną matką. Ich młodsze dziecko, czyli moja mama, urodziła się już w Katowicach, które szybko stały się Stalinogrodem. Było mieszkanie na Świerczewskiego (dziś Raciborska, niedaleko Pałacu Młodzieży), później była Ligota. Babcia całe życie uczyła w szkołach albo szefowała przedszkolom (do teraz dostaje pocztówki od wdzięcznych uczniów). Dziadek latami pracował w straży, nawet był komendantem, a młodych szkolił jeszcze na emeryturze. Dla mnie Dziadek zawsze wyglądał tak jak na tym zdjęciu, które ktoś zrobił nam na wakacjach kiedyś, kiedyś…

Chce się wiedzieć, co stało się z Janem i Janiną. Pamiętam, że u nas na starym mieszkaniu wisiało to zdjęcie z dwoma żołnierzami. Zdjęcie, któremu lata mijają, a które nie straciło nic z jakości, ostrości i nic z tajemnicy, która siedzi w tych oczach, w detalach mundurów, w białych rękawiczkach, w twarzach…
Od razu włącza mi się prof. Szymutko: „...każda bowiem fotografia zawiera według Barthes’a rzecz nieco straszną: powrót umarłego. Sontag, rozważając owo zatrzymywanie, przechowywanie rzeczywistości w zdjęciach, napisze podobnie: Fotografia – to rejestr śmiertelności”...
Kończę. Wybaczcie ten długi wywód nie z tej epoki, nagłe rodzinne historie i tajemnice, których przecież nigdy tu nie było. Ale dzień taki z gatunku „depresja dwa dni przed i trzy dni po”. Albo odwrotnie.
Złośnica

PS Dziadek Adam zmarł w kwietniu 1998 roku w Katowicach. Z pogrzebu pamiętam tylko tych wszystkich strażaków i najsmętniejsze na świecie wycie syren, gdy trumna znikała mi z oczu.

środa, 25 stycznia 2012

slovesa

Żeby chociaż "ludzie ludziom", ale nie. Sama sobie. Zakwitam nad tymi czasownikami, a one nie tylko w odmianie działają na mnie źle, bo też - niestety - w znaczeniu. Umrzeć, tęsknić, minąć, zacząć i inne cuda wianki. Zły, zbyt nerwowy dzień na naukę. Może odmienię "strzelać sobie w łeb", "wychodzić na potwora" albo "być obiektem cwanej zemsty". Hm.

W ramach nieustającej walki z samą sobą, zapłaciłam za II semestr czeskiego. Nie odpuszczę. Nie teraz. Za moje (podobno) skandaliczne zachowanie nie zdążą mi już w styczniu obciąć premii, a do lutego może zapomną... W pracy atmosfera grobowa. To jest przedziwne, znaleźć się w centrum zainteresowania wbrew własnej woli. Koleżanka zapytała mnie dzisiaj, czy w mojej umowie o pracę było coś o rezygnowaniu z osobowości, ale nie pamiętam, więc nie rezygnuję.
Wracając do kryzysu siły, motywacji i czasu...
Tu, na moim jedynym i ukochanym blogu, uroczyście oświadczam, że będę uczyć się czeskiego aż do czerwca, w porywach do lipca, następnie w wakacje nie będę uczyć się niczego oraz nie planuję od października żadnych dodatkowych studiów, podyplomówek, doktoratu, kursów językowych i niczego innego, co by mnie ograniczało w regularny sposób.
W planach dwa światełka w tunelu. W sobotę nasz rodzinny zjazd. Uwielbiam rodzinne zjazdy, a ten został z konieczności przyspieszony z kolejnego weekendu (musiał, bo za tydzień jestem w teatrze i w piątek, i w sobotę). Drugie światełko to najbliższa niedziela w teatrze. Poczekać. Przeczekać raczej. Doczekać się wreszcie.
Z.

wtorek, 24 stycznia 2012

strasznie głośno, niesamowicie blisko

Gdzieś w radiu w cudzym biurze usłyszałam, że nominację do Oscara dostał film z Hanksem "Extremely Loud and Incredibly Close". Ale co??? Aaaa... Książka. Dokładnie wiem, gdzie stoi na moim regale. Pierwsza półka od góry, siódma książka od prawej. Kolejna książka to "Wszystko jest iluminacją". Bo to ten sam autor. Jonathan Safran Foer. Obok niego stoi z jednej strony David Mitchell (m.in. "Sen numer 9", czyli inspiracja piosenki "Tajfun 18", z drugiej strony lecą książki Szczygła, a za Szczygłami szeroko pojęta czeskość i tak dalej...
To było 2, może 3 lata temu. Moja krakowska przyjaciółka (choć ona tak samo jest sydneyska, amsterdamska, wiedeńska, londyńska, lisbońska i kopenhaska) podczas kolejnej naszej wymiany książek wcisnęła mi do plecaka "Wszystko jest iluminacją". I powiedziała, że z tą książką się walczy, ale że warto. Że genialna. Że absolutnie, nieprawdopodobnie wspaniała.
Było tak jak powiedziała. Jak to, ja mam walczyć z książką? Jakaś książka ma czelność walczyć ze mną? Phi! Zabrałam się ochoczo. Po 2 godzinach miałam ochotę spalić francę w kominku. Nie szło w ogóle. Obraziłam się na dwa dni. Następnie wróciłam pokornie, poprosiłam o przebaczenie i o zgodę na dalsze czytanie. Zaszeleściła tylko. I już byłyśmy przyjaciółkami, ja i ta "Iluminacja". Przeczytałam, zachwycając się każdą kolejną stroną. Później udało mi się kupić mój egzemplarz, który przeczytałam jeszcze ze trzy razy, później obejrzałam film (który w Polsce przeszedł bez echa, mimo że tyłek urywa) i nasyciłam się soundtrackiem. Gdyby nie książka, nie widziałabym filmu. Gdyby nie film, nie zakochałabym się w Gogol Bordello (i nie usłyszałabym "dzięki tobie kompletnie oszalałem... na punkcie Gogol Bordello";)). Gdyby nie ta książka, nie wygrzebałabym spod ziemi "Strasznie głośno, niesamowicie blisko" Foera. O ile "Wszystko jest iluminacją" jest jak wielokrotny orgazm, o tyle "Strasznie głośno..." jest po prostu bardzo dobrą książką piekielnie zdolnego autora. I teraz nagle słyszę, że nie dość, że zdążyli to już nakręcić, to nawet zdążyli nominować. Niesamowite. Podobno w tym roku w Polsce ma wyjść trzecia powieść Foera, "Eating animals", na którą choruję od dwóch lat. A kto słyszał o jego eksperymencie "Tree of codes"? Co on zrobił z "Ulicą krokodyli" Schulza! Rany boskie!!! Miałam kiedyś tę książkę w zasięgu ręki, dosłownie 10 minut ode mnie gadał o niej pewien znany naukowiec, ale NIE MOGŁAM IŚĆ. TAK POTWORNIE CHCIAŁABYM TO MIEĆ!!! Albo chociaż zobaczyć, dotknąć, kilka kartek przewrócić... Wracając do "Strasznie głośno..." to historia o szukaniu, o przypadku, o kluczu, znakach, ludziach. Pamiętam z niej niepokojące ciągi znaków, zdjęcia w zdecydowanie odwróconej kolejności. Ona jest o listach, słowach, obietnicach, skrawkach wspomnień, takich urwanych, poszarpanych, wyblakłych. Kreślone i pisane na nowo tytuły. Czerwone zakreślenia. O szukaniu to jest. Straszliwym i upartym szukaniu.
Nie mogę się doczekać filmu, kolejnej powieści i tej przedziwnej, nęcącej powycinanej książki.
Czekam.
Z.

ps Cholera, "Tree of codes" na allegro... Ale kosztuje tyle, co 5 czy 6 innych książek razem wziętych, więc udaję, że nie widzę... :((

poniedziałek, 23 stycznia 2012

kilka

Z.: Draniu, miałeś mi wysłać mms-a z drugą szafą.
B.: Co ci miałem zrobić, zdjęcie dwóch luster???
Z.: Faktycznie. Lepiej że nie zrobiłeś, bo byś się nie daj Boże odbił.


Z.: Przyjadę po Ciebie o 17.
B.: Ok.
Z.: Biorę 14 płyt Nohavicy. Akurat do BB i z powrotem.
B.: Ok.
(po 15 minutach)
B.: Jednak nie jadę.
Z.: ????????????
B.: Ja nie dam rady z tym Nohavicą.


Z.: Kwitnę nad tym od kwadransa, a nie mam pierwszego zdania… weź mi pomóż.
B.: Dzień dobry. Będę teraz recenzować.
Z.: Inaczej. Dzień dobry. Byliśmy z Brz. w teatrze. On co prawda nie lubi teatru, ale obiecałam mu szarlotkę, za którą ostatecznie i tak musiał sam zapłacić.
B.: Pisz już.
Z.: Nawet z desperacji sam poszedł mi po program…
B.: PISZ!!!
Z.: Piszę. Notatki robię.
B.: Na notatki był czas wczoraj!
Z.: Tyran.


Nie będę może przytaczać rozmowy, jaką Brzydal odbył – przez CB – z najprawdziwszą leśną prostytutką, podczas kiedy ja siedziałam obok i prowadziłam nasz dyliżans. Chciałam zostawić go (Brzydala, nie dyliżans) gdzieś na Murckach w tej śnieżnej zamieci, ale wtedy musiałabym na zawsze zostać sama w tym mieszkaniu, a tam jest jeszcze tak cholernie dużo do zrobienia…

Poza tym humor szybuje trochę niestabilnie, a wiem, że od tego blisko do pikowania pionowo w dół. Jestem niespokojna i rozkojarzona, a w głowie jak u cyganki w tobołku. I brak wiary w pakiecie.

Zzzz.

PS
- Ty masz fotel jak prezes – rzekła nasza praktykantka do mojej koleżanki z pokoju.
- Bo wszyscy wiedzą, że jestem prezesem tego pokoju! – jak zwykle skromnie odparła koleżanka.
- A ona? – zapytała praktykantka, patrząc na mnie, na co niechętnie łypnęłam znad klawiatury.
- Yyyy, ona jest prezesem od… nie. Jest szarą eminencją tego pokoju. Albo czarną owcą.

czwartek, 19 stycznia 2012

jeszcze wczoraj

Siedzę grzecznie w pierwszym rzędzie na balkonie, wszystko widzę, na wszystko mam baczenie i kryklam w notesie. Bo to stała zależność: jak sobie podczas sztuki nie nakryklam, to później nie napiszę nic. Tabula rasa, i we łbie, i na monitorze. Na przerwę wychodzę nieprzytomna ze zmęczenia po tym dziwacznym dniu i z banalnym marzeniem, żeby wziąć leki, wsiąść do auta i wrócić do domu. Wtedy właśnie do mnie podeszła. Na oko dobrych kilka lat ode mnie młodsza i lekko wystraszona. I do mnie w te słowa:
- Bardzo panią przepraszam, ale chciałam zapytać… czy pani jest krytykiem?

Zdębiałam.

- Nie. Tak. Nie. To znaczy… jestem recenzentem – przypomniałam sobie, że jestem tam jak najbardziej służbowo i zmiotłam z twarzy minę „bez kija nie podchodź”, przywdziewając „anioł-nie-człowiek”.

- Bo widziałam, jak pani pisze coś przez cały pierwszy akt…

- Piszę, bo inaczej większość mi umknie. Pani też pisze?

- Nie, my tu przyszliśmy ze szkoły. I dlatego przyszłam zapytać… jesteśmy ciekawi, jak się pani podoba sztuka?

Zdębiałam drugi raz i w momencie poczułam kilkanaście par wlepionych we mnie z nadzieją oczu. Powiedziałam ze śmiechem, że nie mam zamiaru ich skrzywiać przed drugim aktem. Na koniec dodałam, że część tych pomysłów jest interesująca, choć zdarzało mi się już widzieć podobne elementy w innych teatrach, co trochę umniejsza efekt... A dziewczyna na to:

- Też o tym myślałam, po "Iwonie" tym bardziej. Skoro pani pisze, to który teatr pani poleca?

Powiedziałam jej, który. Bez niespodzianek. A ona:

- To ciekawe, co pani mówi. Byłam ostatnio w Chorzowie na tym ich Bułhakowie i było świetnie!

Zdębiałam więc po trzykroć, bo to była trzecia osoba tego dnia, która powiedziała dokładnie to samo (plus jedna, która powiedziała coś trochę innego). Po drugim akcie (który trwał – namiłośćboską i jezusmaria – ponad dwie godziny) pogadałyśmy jeszcze chwilę i pożegnałyśmy się serdecznie.

Z teatru na parking odprowadzał mnie Brzydal. Telefonicznie, całą drogę, bo bałam się sama lecieć taki hektar o tej porze z tymi wszystkimi betami jak jakiś uchodźca.

Po wczorajszych wrażeniach zostały mi: świadomość, że nawet z daleka wyglądam jak jakiś stary, złośliwy krytyk; niedospanie; zaległy tekst; dwie pozaklejane plastrami rany, powstałe wskutek ataku wielkiego, ciężkiego roll-up’a. To był całkiem dobry dzień:)!

Z.

środa, 18 stycznia 2012

list do A.

Mogłabym napisać tylko „dzięki za dzisiaj”, ale wolę napisać Ci, jak to groteskowo wyglądało od rana. Wspomniałam Ci, że ludzie z mojego działu od 8 rano chcieli, żebym już poszła na to spotkanie. Byłam zupełnie nieznośna, nie umiałam skoncentrować się na pilnych korektach (bo ja naprawdę robię najlepsze korekty w dziale, chociaż OK, po dzisiejszym Marszałku wcale nie musisz w to wierzyć), śpiewałam jakieś bzdury, a do tego co chwilę zawodziłam, że nie wiem, w co ja się wpakowałam i że mnie pewnie zabijesz. Musisz wiedzieć, że różnych gości przeżyłam w tej pracy. Komorowskiego, Buzka, ministrów, kardynałów, ale żaden nie spiął mnie aż tak jak Ty dzisiaj! Dlaczego tak było? Co mi tam, takie VIP-y… Nie mam z nimi nic wspólnego. A kiedyś poczułam, że mam coś wspólnego z tą całą akcją, że przecież jest moja, że dbam o nią jak umiem najlepiej. A do tego cała sprawa z tym blogiem. I ten ostatni wyjazd do Was. I ten świat taki cholernie malutki, że aż nie chce się wierzyć, że tak się to wszystko poukładało jak puzzle.
Dzięki, że chciało Ci się przyjechać i poświęcić nam trochę czasu. Nawet jeśli ta formuła nie do końca wypaliła, z różnych przyczyn, to uważam, że było warto i mam nadzieję, że nie żałujesz (aż tak bardzo). I cieszę się, że mogliśmy jeszcze trochę pogadać sam na sam, chociaż od jakiegoś czasu byłam święcie przekonana (i bałam się), że nigdy do tego nie dojdzie. A mnie przecież zależało (bo milion pytań i milion innych powodów). Cieszę się. A poszliśmy do Osła, bo tam czuję się u siebie. Mogłam się tam zdobyć na jakąś dozę swobody.
Wpuścili mnie do teatru, chociaż wpadłam równo z pierwszym dzwonkiem. Gdzieś w połowie pierwszego aktu dopadł mnie energetyczny kryzys i świadomość, że Ty prędzej dojedziesz do Warszawy, niż ja wyjdę z teatru. Cztery godziny! Jedna przerwa! Jak to miałam napisać? „Niestety nie wiem, co było w drugim akcie, bo dla własnego dobra wyszłam po pierwszym”? Nigdy;)! Przyznaję, że pokazali kilka interesujących rozwiązań, ale nie wiem, czy to nie za mało jak na taaaaki wielki spektakl o – jak podejrzewam – potężnym budżecie. Do przemyślenia, ale na pewno nie teraz.
Jeszcze raz dzięki za dzisiaj, szczególnie za to spokojne gadanie. Życzę powodzenia w tym pokoju na Pradze z widokiem na stadion. Pozwoliłam sobie napisać tutaj, bo pewnie znowu przyjdziesz. Przyjdziesz? Przychodź. Może jeszcze trochę, a zaczniesz zostawiać komentarze;).
Pozdrawiam.
Z.

piątek, 13 stycznia 2012

trzydniówka

Tydzień cudów i zaskoczeń. Dziwadeł i rozstrojeń. Wyrazów brzydkich i zwrotów obelżywych i przytuleń na dzień dobry i werbalnego głaskania. Niespania w nocy i bujania w obłokach za dnia. Nerwowy jak rzadko, ciężki do przewidzenia jak zawsze. Trochę słów, których lepiej nie słyszeć i dużo takich, po których ma się ochotę powiedzieć: powtórz, proszę.

W środę genialna „Pina”. Ruch i dźwięk. Wbita w fotel, nie miałam w ogóle ochoty stamtąd wychodzić. Sama z prawej, sama z lewej, sama z filmem, choć na sali tłum. Zaskakujące, inne, piękne.



W czwartek kilkunastogodzinny maraton: praca – czeski – teatr (przerw nie przewidziano). Praca, w której jestem od kilku dni mocno rozkojarzona; czeski z niezłym wynikiem (znów najgorsza w grupie – 91% z testu); „Piaskownica” w TZ bardzo udana. Zachęca, by tam wracać. Fajnie zagrane, w blokowiskowej i industrialnej scenografii, z naprawdę dobrą muzyką i świetnym ruchem scenicznym. Trochę jak klip, jak teledysk, jak komiks. Przyznaję, że wcześniej nie widziałam nic w takiej stylistyce. Parę naprawdę udanych pomysłów, brawo. Sama ze spektaklem, choć na sali tłum.


Później teatru ciąg dalszy: szereg maili z drugiego końca Polski, wiele ciepłych słów, których się nie spodziewałam i takie propozycje, że czułam się jak dziecko w cukierni. Może to. Albo nie, to. Tamto! Chcę tamto! Trochę ze strachem, co będzie, jak będzie, ale z wielką radością, że ktoś mnie dostrzegł, choć o to nie zabiegałam.Wchodzę!

Dziś koncert. Ludzie, którzy kiedyś byli bliżej, których zawsze było wiadomo, gdzie można spotkać. Nagle wszyscy moi rówieśnicy tacy jacyś dorośli… Na scenę wychodzi mój ulubiony zespół, banda dojrzałych facetów, a ja nie umiem myśleć o nich inaczej niż „moi chłopcy”. Sama odbijam się w szybie i zastanawiam się, ile właściwie minęło lat. Nieważne. Ważne, że przez te lata miałam z nimi kontakt, że prostymi gestami potrafili mi pokazać, że coś znaczę. I On jeden, ten jeden najważniejszy. Przez wszystkie te lata ani razu nie było między nami nawet najmniejszego zgrzytu, jednego niepotrzebnego niedopowiedzenia. Ani jedna sekunda między nami nie była rozpieprzona przez nawet najmniejszą negatywną emocję. Nigdy mnie nawet na moment nie rozdrażnił. Nie dlatego, że tak na siebie uważaliśmy, dwa nadwrażliwce nie z tej epoki, po prostu tak wyszło, to było oczywiste że tak jest. Dzisiejszy koncert super, chociaż wiem, że nie potrafię spojrzeć na to z dystansu i bez emocji. Sama na koncercie, choć na sali tłum.


Jestem martwa. Nie wiem, czy to tylko te kilkanaście godzin poza domem każdego dnia mnie tak wykończyło, czy te emocje, które szalały mi jakby je ktoś spuścił z łańcucha. Tachykardia przez dzwoniący telefon. Bieg przez śnieg. Ale zupełny spokój przy przytulanym „cześć…” Czas czas czas. Kilka łez ze śmiechu, choć nie do końca. Patrzę przez okno, uśmiecham się, a koleżanka mówi: Boże, jak po tobie od razu wszystko widać! Co ty znowu kombinujesz! Uspokój się! Odwracam się i mówię: nigdy.

Z.

wtorek, 10 stycznia 2012

zabawa w dom

Kochani, nie ma co ukrywać, że od 3 miesięcy nie zajmuje nas praca, teatr, muzyka, książki, czy podróże, lecz remont. Temat ten na blogu kiełkował dość nieśmiało, choć prace od początku miały się niespodziewanie dobrze. Teraz jesteśmy na takim etapie, że temat mieszkania stał się tematem-monstrum, który wypełnia nasze głowy jak wielki dmuchany potwór z horroru. Wspólny remont wyzwala cały wachlarz emocji po obu stronach tej podjazdowej wojny: od takich, po których wstyd, po takie, które powodują tarzanie się ze śmiechu i deklaracje, że wprawdzie nie mogę na ciebie patrzeć, ale w sumie dobrze się składa, że mamy tam razem zamieszkać. W związku z tym tworzymy na blogu nowy tag – zabawa w dom. I planujemy czasem coś o tym napisać, bo to dla nas cholernie ważne. Jeśli ktoś nie jest w stanie znieść nagłej eksplozji faktów z naszego życia, to machamy mu na pożegnanie białą chusteczką…

Na dobry początek… szafa. To znaczy Szafa. SZAFA.

Szafa szafa. Szafa jako symbol tego, co wspólne (bo przecież jedna) i tego, co osobne (każde z nas ma swoją część i te części zdecydowanie się różnią. Choć nie wykluczam ekspansji…). Szafa jako istotny punkt w czasie. Bo jak będzie szafa, to już będzie dobrze. Szafa musi być. Bo bez szafy – jak się okazało – nie da się żyć normalnie nawet jednej doby. Po stu czternastu projektach, trzystu kłótniach i po trzech tygodniach radosnego oczekiwania, nagle pojawiła się Ona, Szafa nad Szafami. Subtelna jak kolubryna.

Ja nie mam obsesji, ale chyba przegięliśmy z rozmiarem. Z całkiem fajnej sypialni zrobił się nam pokój z szafą i małym łóżkiem. Jeszcze większe jaja z wysokością. Wlazłam do środka i głową nie dotykałam tego drążka, na którym ma zawisnąć cały mój ciuchowy bajzel. Brzydal ma trochę lepiej. Jest jakieś 30 centymetrów ode mnie wyższy, więc jest w stanie nawet sięgnąć na półkę nad drążkiem i może sobie z niej coś ściągnąć na łeb (hipotetycznie, przecież nie mamy nic, co mogłoby tam leżeć).

Dzięki, że pawlacz zaprojektowałeś u sąsiada z góry – jęknęłam i domknęłam drzwi, wciąż stojąc wewnątrz. Echo! Brz. coś zaszumiał pod nosem, że to nasz wspólny projekt, co z dezaprobatą musiałam przyznać. Wystawiłam głowę pochwalić się, że kupiłam jakieś pierdoły i chochlę, bo oczywiście nie mamy. Świetnie! – ucieszył się Brzydal. Będzie można chochlą strącać rzeczy z pawlacza w jakieś niższe rejony. Boję się, że żeby wyciągnąć coś z pawlacza, trzeba będzie zakładać butlę z tlenem I czekany. Zaproponował kupno drabinki, a później zasypał mnie zdjęciami starych, pokrytych mchem drabin strażackich w jakichś wiejskich zagrodach.

W ramach zabawy w dom, zrobiliśmy też przegląd produktów spożywczych dostępnych w kuchni. Z radością odkryłam kawałek gorzkiej czekolady, pustą butelkę do mlekomatu, pół paczki spaghetti i kostki knorra, zaproponowałam więc, że zgotuję mu rosół z makaronem, ale niewdzięcznik zbladł i uznał, że chyba wolałby kebab. Hm. Następnie zajrzał do szuflady, załamał ręce i rzekł, że z prac technicznych w szkole to na pewno miałam pałę: dojrzał, że kilka dni temu sama nożyczkami kuchennymi przycinałam pudełko na sztućce, które za cholerę nie chciało się zmieścić…

Złośnica

Epilog
Niedawno projektant szaf mówi mi tak: bo jak mąż będzie chciał tam zostawić jakiś długi płaszcz, to coś tam coś tam…
Panie Tadeuszu – odparłam – proszę mieć pewność, że jeśli będzie tu jakikolwiek mąż, to na pewno zrobi wszystko, żeby nie zostawić swojego płaszcza.

poniedziałek, 9 stycznia 2012

Title and Registration...

...bo niezmiennie uspokaja i kołysze.



W planach:
środa - "Pina", bo mi wcześniej uciekła
czwartek - "Piaskownica" w TZ, bo nówka
piątek - Generał S., bo uwielbiam

I milion innych rzeczy. Burdel w kalendarzu. Życie w natarciu.

Z.

PS Wypiłam dzisiaj kawę z facetem, który przyjechał z Warszawy do Katowic tylko po to, żeby ze mną tę kawę wypić. Tygodniami się ze mną drażnił, drań. Do ostatniej chwili myślałam, że żartuje, naprawdę, dopóki nie zadzwonił na moje biurko z pytaniem, czy mogę wpuścić go na nasz teren;). Dajcie mi więcej wariatów, bo inaczej zwariuję:)!

-------------------------------------------------------------------------------
Edit dzień po... (czyli wtorek)

Telefon. Ten sam gość. Z pytaniem o wrażenia. Fikłam.
- Ja nie wiem, dlaczego pan to zrobił, naprawdę.
- Jak to dlaczego, dla pani!
- W pracy i tak mi koleżanki nie wierzą.
- Proszę dawać mój numer, będę wyjaśniać.
- Ale tłuc się wielkim autem z Warszawy do Katowic tak po prostu?
- Bo ja mam naturę 25-latka. To normalne.

Tymczasem matka natura dała mu spokojnie ze dwa razy tyle, i to z hakiem. Hm. ;)

-------------------------------------------------------------------------------
Edit kolejny dzień po... (czyli środa)

Zł.: Wiesz co, dzwonił do mnie ten gość...
Brz.: Żebym ja do niego, kurwa, nie zadzwonił!
 

niedziela, 8 stycznia 2012

prrrremiera

Pan Wirus przez cały zeszły tydzień zaciągnął do łóżka kilka moich koleżanek. Poradziłam mu, żeby się do mnie nie zbliżał, bo pilnie pracuję, a poza tym mam teatr w sobotę. Zachichotał złośliwie i udawał, że mnie nie widzi. Zobaczył mnie w sobotę. Dla odmiany ja udawałam, że go nie znam. Jak się ma system odpornościowy podziurawiony jak ser szwajcarski, tak to właśnie wygląda. Ja znam te numery! Nafaszerowałam się gripexami, pojechałam po Brz. i nawet całą drogę do BB umilałam mu drogę moim rzewnym śpiewem... (a musicie wiedzieć, że niewiele jest rzeczy, których nie potrafię jeszcze bardziej, niż śpiewać. Są chyba tylko dwie takie rzeczy: matematyka i taniec).

Spektakl miły w odbiorze, ale nie milutki. Mam nadzieję, że nikt nie będzie go redukował do "idealnej pozycji repertuarowej na karnawał", bo to fajnie zagrana zabawna sztuka o ważnych rzeczach.

Gdzieś między dzwonkami wpadłam na przemiłego słowackiego reżysera, do którego bym pewnie sama nie podeszła, gdyby nie to, że sam się do mnie uśmiechnął (ha!). Jak powiedziałam, że widziałam go w "Intercity", to się nie zdziwił w ogóle. Zdziwił się dopiero, jak dodałam, że "trzy razy, w dodatku ani razu w Bielsku";)). Szybko okazało się, że on mówi dużo lepiej po polsku, niż ja po czesku (hmmm...). I równie szybko przypomniało mi się, że ja przecież chciałam kiedyś zrobić z nim wywiad, ale w końcu do tego nie doszło, więc mam nadzieję, że teraz - jeszcze w styczniu - uda się pogadać przy okazji tej jego nowej reżyserii. Do przemyślenia i myślę, że do załatwienia.

Gala z PRL-em w tle sympatyczna, choć zdaję sobie sprawę, że ze względu na nie dość zaawansowany wiek i brak doświadczeń - nijak nie byłam jej targetem. Niemniej jednak kilka świetnych interpretacji, a duet Sawicki - Abrahamowicz naprawdę dowalił do pieca...

Dziś rano przypomniał sobie o mnie Pan Wirus. Zwlekłam się jak własne zwłoki z łóżka i poczłapałam zrobić herbatę. Na dole od rodziców zamiast "dzień dobry" usłyszałam "o Boże", a następnie siłą woli wróciłam do łóżka, bo przecież recenzję trzeba napisać, i to koniecznie dzisiaj. Włączyłam kompa, otworzyłam plik tekstowy, przejrzałam notatki i najwyraźniej urwał mi się film, bo zbudziłam się trzy godziny później, z fryzurą jak nieboskie stworzenie, owinięta kablem od zasilacza, a na mojej kołdrze nasz niesłyszący pies uwił sobie gniazdo i chrapał z zadowoleniem. Na obudzonym komputerze widniała idealna tabula rasa, nawet kawałeczka lead'u, nawet kawałka tytułu! Aaa...

Cicho. Piszę.
Z.

środa, 4 stycznia 2012

chwila dla debila

Dwa tygodnie temu nam to zapowiedziała. To znaczy wielki test. Na jutro. Z całości materiału. Jak zaczęliśmy kurs w październiku, miałam zapieprz w pracy, jak to u nas jesienią. W listopadzie znośniej, za to w grudniu ze zwielokrotnioną siłą wróciło siedzenie po godzinach, a do tego humor zły nie do opisania. Taki do gapienia się w ścianę, a nie do nauki! I ten głos gdzieś z tyłu głowy, trochę z niedowierzaniem, trochę z wyrzutem: po co ci to było? po co ci ten czeski? po jaką cholerę, co? Bo chciałam. Ten argument powinien powalić wszystkie inne, jak przystało na kogoś, komu się - w powszechnej opinii - aż tak we łbie poprzewracało i kto sobie zdecydowanie za dużo wyobraża. No i zła jestem, niecierpliwa, ja bym przecież chciała już, od razu, szybko, efekty, konkretne, ale jak, skoro nie mam czasu nad tym kwitnąć, a ten niewdzięczny czeski zupełnie znienacka okazał się straszniejszy od rosyjskiego i zdecydowanie gorszy od włoskiego. Tym bardziej się wkurzam, że nie mam na to tyle czasu, ile wymagają gramatyczne zawiłości tych wszystkich genetivów i locativów, liczby mnogiej i tych cholernych długich samogłosek, których nie umiem opanować nawet jak je widzę w druku, a co dopiero jak mam z nimi coś powiedzieć. Dwa tygodnie czasu miałam! Ale przecież grudzień, pracy po pachy (zazwyczaj o tej porze roku interesowało mnie tylko to, czy śniegu jest po pachy...), bo Święta, bo Sylwester, bo ostatki remontu, bo przeprowadzka na raty, bo padam na nos, bo delegacja, bo czuję, że tyle innych spraw miga na czerwono z priorytetem "ważne!", a ten czeski leci gdzieś obok mnie i śmieje mi się w nos. Hm. I dziś dopiero, z okazji wolnego popołudnia, zarządziłam wprowadzenie planu "chwila dla debila" i piątą już godzinę kwitnę nad wszystkimi moimi czeskimi książkami i kserówkami. Próbuję to jakoś ogarnąć, żeby się jutro całkowicie nie skompromitować. Już mi się wszystko popierdzieliło, cholera, język wyjątków i dziwadeł. W dodatku myślami jestem już w teatrze w sobotę, a to w ogóle nie pomaga w nauce, poza tym piosenki piosenki piosenki, tak trudno wyłączyć, bo nigdy nie umiałam uczyć się przy muzyce, przy gadającym radiu, przy telewizorze, nawet przy wygaszaczu ekranu na drzemiącym laptopie. Przez 20 lat nauki nie wyhodowałam sobie ani kawałeczka podzielności uwagi.
No to macie chociaż te piosenki...
Snowman "Niezmiennie". Trafione przypadkiem, zostanie na dłużej.

Obłędna Lana Del Rey, przywołana już kilka dni temu, ale nie mam pewności, czy ta piosenka - "Born to die" - nie jest jeszcze lepsza:

Dobra, posmęciłam, pomarudziłam, wracam do ćwiczeń. Grrrrr wrrrrr hrrrrrrr i w ogóle nie zazdroszczę jutro koleżankom w pracy.
Zł.

niedziela, 1 stycznia 2012

Koniec roku z przytupem

Ale zanim był sylwestrowy wieczór, było sylwestrowe popołudnie i niemałe zamieszanie ze spontaniczną przeprowadzką na ostatnią chwilę.
Godzina 15.00 - wymyśliłem, że skoro mamy imprezować tam gdzie mamy imprezować, to pasowałoby zorganizować jakieś siedzenie i granie.
Szybka próba zniesienia gratów po przyciasnych schodach zakończona została sukcesem. Jako że graty stały w centralnym miejscu przedpokoju, nie było wyjścia. Trzeba było działać dalej.
Szybki telefon do Złośnicy celem podnajęcia pojazdu osobowo-dostawczego, co by graty zalegające w przedpokoju przewieźć do nowego miejsca przeznaczenia/zamieszkania.
Pół godziny i zajechałem pod blok ognistym rumakiem o aerodynamice porównywalnej ze średniej wielkości stodołą ;-). Grunt, że pojemny.
Na trzy razy obróciliśmy, jako że gratów dużych objętościowo było sztuk 3. Do tego z ostatnim kursem pojechała drobnica, czyli granie i inne drobiazgi.

Przed 18.00 było po zabawie, rydwan odprowadziłem, ze Złośnicą się umówiłem i do domu pognałem czym prędzej, co by dalej "rychtować się" na powitanie nowego roku.

Dalszą część opowieści sylwestrowej już przeczytaliście, więc przynudzać drugi raz nie będę...

Przy okazji składam naszym Czytelnikom najserdeczniejsze życzenia wszelkiej pomyślności z okazji Nowego Roku.

Pozdrawiam
Brzydal

sylwester

Sylwester - gigant. Jeśli rok będzie cały taki, jak się zaczął, to ja w to wchodzę, zdecydowanie!
Dziesiątki piosenek, tysiące wybuchów śmiechu, montowanie stołu sprzed 50 lat, trochę dobrych wiadomości, trzy miliony planów. Kilka pstryków.


 kawa do łóżka

piękna i bestia ;)

Czuję się jakbyśmy wrócili z wczasów.
Zł.