środa, 4 stycznia 2012

chwila dla debila

Dwa tygodnie temu nam to zapowiedziała. To znaczy wielki test. Na jutro. Z całości materiału. Jak zaczęliśmy kurs w październiku, miałam zapieprz w pracy, jak to u nas jesienią. W listopadzie znośniej, za to w grudniu ze zwielokrotnioną siłą wróciło siedzenie po godzinach, a do tego humor zły nie do opisania. Taki do gapienia się w ścianę, a nie do nauki! I ten głos gdzieś z tyłu głowy, trochę z niedowierzaniem, trochę z wyrzutem: po co ci to było? po co ci ten czeski? po jaką cholerę, co? Bo chciałam. Ten argument powinien powalić wszystkie inne, jak przystało na kogoś, komu się - w powszechnej opinii - aż tak we łbie poprzewracało i kto sobie zdecydowanie za dużo wyobraża. No i zła jestem, niecierpliwa, ja bym przecież chciała już, od razu, szybko, efekty, konkretne, ale jak, skoro nie mam czasu nad tym kwitnąć, a ten niewdzięczny czeski zupełnie znienacka okazał się straszniejszy od rosyjskiego i zdecydowanie gorszy od włoskiego. Tym bardziej się wkurzam, że nie mam na to tyle czasu, ile wymagają gramatyczne zawiłości tych wszystkich genetivów i locativów, liczby mnogiej i tych cholernych długich samogłosek, których nie umiem opanować nawet jak je widzę w druku, a co dopiero jak mam z nimi coś powiedzieć. Dwa tygodnie czasu miałam! Ale przecież grudzień, pracy po pachy (zazwyczaj o tej porze roku interesowało mnie tylko to, czy śniegu jest po pachy...), bo Święta, bo Sylwester, bo ostatki remontu, bo przeprowadzka na raty, bo padam na nos, bo delegacja, bo czuję, że tyle innych spraw miga na czerwono z priorytetem "ważne!", a ten czeski leci gdzieś obok mnie i śmieje mi się w nos. Hm. I dziś dopiero, z okazji wolnego popołudnia, zarządziłam wprowadzenie planu "chwila dla debila" i piątą już godzinę kwitnę nad wszystkimi moimi czeskimi książkami i kserówkami. Próbuję to jakoś ogarnąć, żeby się jutro całkowicie nie skompromitować. Już mi się wszystko popierdzieliło, cholera, język wyjątków i dziwadeł. W dodatku myślami jestem już w teatrze w sobotę, a to w ogóle nie pomaga w nauce, poza tym piosenki piosenki piosenki, tak trudno wyłączyć, bo nigdy nie umiałam uczyć się przy muzyce, przy gadającym radiu, przy telewizorze, nawet przy wygaszaczu ekranu na drzemiącym laptopie. Przez 20 lat nauki nie wyhodowałam sobie ani kawałeczka podzielności uwagi.
No to macie chociaż te piosenki...
Snowman "Niezmiennie". Trafione przypadkiem, zostanie na dłużej.

Obłędna Lana Del Rey, przywołana już kilka dni temu, ale nie mam pewności, czy ta piosenka - "Born to die" - nie jest jeszcze lepsza:

Dobra, posmęciłam, pomarudziłam, wracam do ćwiczeń. Grrrrr wrrrrr hrrrrrrr i w ogóle nie zazdroszczę jutro koleżankom w pracy.
Zł.

Brak komentarzy: