niedziela, 8 stycznia 2012

prrrremiera

Pan Wirus przez cały zeszły tydzień zaciągnął do łóżka kilka moich koleżanek. Poradziłam mu, żeby się do mnie nie zbliżał, bo pilnie pracuję, a poza tym mam teatr w sobotę. Zachichotał złośliwie i udawał, że mnie nie widzi. Zobaczył mnie w sobotę. Dla odmiany ja udawałam, że go nie znam. Jak się ma system odpornościowy podziurawiony jak ser szwajcarski, tak to właśnie wygląda. Ja znam te numery! Nafaszerowałam się gripexami, pojechałam po Brz. i nawet całą drogę do BB umilałam mu drogę moim rzewnym śpiewem... (a musicie wiedzieć, że niewiele jest rzeczy, których nie potrafię jeszcze bardziej, niż śpiewać. Są chyba tylko dwie takie rzeczy: matematyka i taniec).

Spektakl miły w odbiorze, ale nie milutki. Mam nadzieję, że nikt nie będzie go redukował do "idealnej pozycji repertuarowej na karnawał", bo to fajnie zagrana zabawna sztuka o ważnych rzeczach.

Gdzieś między dzwonkami wpadłam na przemiłego słowackiego reżysera, do którego bym pewnie sama nie podeszła, gdyby nie to, że sam się do mnie uśmiechnął (ha!). Jak powiedziałam, że widziałam go w "Intercity", to się nie zdziwił w ogóle. Zdziwił się dopiero, jak dodałam, że "trzy razy, w dodatku ani razu w Bielsku";)). Szybko okazało się, że on mówi dużo lepiej po polsku, niż ja po czesku (hmmm...). I równie szybko przypomniało mi się, że ja przecież chciałam kiedyś zrobić z nim wywiad, ale w końcu do tego nie doszło, więc mam nadzieję, że teraz - jeszcze w styczniu - uda się pogadać przy okazji tej jego nowej reżyserii. Do przemyślenia i myślę, że do załatwienia.

Gala z PRL-em w tle sympatyczna, choć zdaję sobie sprawę, że ze względu na nie dość zaawansowany wiek i brak doświadczeń - nijak nie byłam jej targetem. Niemniej jednak kilka świetnych interpretacji, a duet Sawicki - Abrahamowicz naprawdę dowalił do pieca...

Dziś rano przypomniał sobie o mnie Pan Wirus. Zwlekłam się jak własne zwłoki z łóżka i poczłapałam zrobić herbatę. Na dole od rodziców zamiast "dzień dobry" usłyszałam "o Boże", a następnie siłą woli wróciłam do łóżka, bo przecież recenzję trzeba napisać, i to koniecznie dzisiaj. Włączyłam kompa, otworzyłam plik tekstowy, przejrzałam notatki i najwyraźniej urwał mi się film, bo zbudziłam się trzy godziny później, z fryzurą jak nieboskie stworzenie, owinięta kablem od zasilacza, a na mojej kołdrze nasz niesłyszący pies uwił sobie gniazdo i chrapał z zadowoleniem. Na obudzonym komputerze widniała idealna tabula rasa, nawet kawałeczka lead'u, nawet kawałka tytułu! Aaa...

Cicho. Piszę.
Z.

Brak komentarzy: