środa, 25 stycznia 2012

slovesa

Żeby chociaż "ludzie ludziom", ale nie. Sama sobie. Zakwitam nad tymi czasownikami, a one nie tylko w odmianie działają na mnie źle, bo też - niestety - w znaczeniu. Umrzeć, tęsknić, minąć, zacząć i inne cuda wianki. Zły, zbyt nerwowy dzień na naukę. Może odmienię "strzelać sobie w łeb", "wychodzić na potwora" albo "być obiektem cwanej zemsty". Hm.

W ramach nieustającej walki z samą sobą, zapłaciłam za II semestr czeskiego. Nie odpuszczę. Nie teraz. Za moje (podobno) skandaliczne zachowanie nie zdążą mi już w styczniu obciąć premii, a do lutego może zapomną... W pracy atmosfera grobowa. To jest przedziwne, znaleźć się w centrum zainteresowania wbrew własnej woli. Koleżanka zapytała mnie dzisiaj, czy w mojej umowie o pracę było coś o rezygnowaniu z osobowości, ale nie pamiętam, więc nie rezygnuję.
Wracając do kryzysu siły, motywacji i czasu...
Tu, na moim jedynym i ukochanym blogu, uroczyście oświadczam, że będę uczyć się czeskiego aż do czerwca, w porywach do lipca, następnie w wakacje nie będę uczyć się niczego oraz nie planuję od października żadnych dodatkowych studiów, podyplomówek, doktoratu, kursów językowych i niczego innego, co by mnie ograniczało w regularny sposób.
W planach dwa światełka w tunelu. W sobotę nasz rodzinny zjazd. Uwielbiam rodzinne zjazdy, a ten został z konieczności przyspieszony z kolejnego weekendu (musiał, bo za tydzień jestem w teatrze i w piątek, i w sobotę). Drugie światełko to najbliższa niedziela w teatrze. Poczekać. Przeczekać raczej. Doczekać się wreszcie.
Z.

Brak komentarzy: