piątek, 13 stycznia 2012

trzydniówka

Tydzień cudów i zaskoczeń. Dziwadeł i rozstrojeń. Wyrazów brzydkich i zwrotów obelżywych i przytuleń na dzień dobry i werbalnego głaskania. Niespania w nocy i bujania w obłokach za dnia. Nerwowy jak rzadko, ciężki do przewidzenia jak zawsze. Trochę słów, których lepiej nie słyszeć i dużo takich, po których ma się ochotę powiedzieć: powtórz, proszę.

W środę genialna „Pina”. Ruch i dźwięk. Wbita w fotel, nie miałam w ogóle ochoty stamtąd wychodzić. Sama z prawej, sama z lewej, sama z filmem, choć na sali tłum. Zaskakujące, inne, piękne.



W czwartek kilkunastogodzinny maraton: praca – czeski – teatr (przerw nie przewidziano). Praca, w której jestem od kilku dni mocno rozkojarzona; czeski z niezłym wynikiem (znów najgorsza w grupie – 91% z testu); „Piaskownica” w TZ bardzo udana. Zachęca, by tam wracać. Fajnie zagrane, w blokowiskowej i industrialnej scenografii, z naprawdę dobrą muzyką i świetnym ruchem scenicznym. Trochę jak klip, jak teledysk, jak komiks. Przyznaję, że wcześniej nie widziałam nic w takiej stylistyce. Parę naprawdę udanych pomysłów, brawo. Sama ze spektaklem, choć na sali tłum.


Później teatru ciąg dalszy: szereg maili z drugiego końca Polski, wiele ciepłych słów, których się nie spodziewałam i takie propozycje, że czułam się jak dziecko w cukierni. Może to. Albo nie, to. Tamto! Chcę tamto! Trochę ze strachem, co będzie, jak będzie, ale z wielką radością, że ktoś mnie dostrzegł, choć o to nie zabiegałam.Wchodzę!

Dziś koncert. Ludzie, którzy kiedyś byli bliżej, których zawsze było wiadomo, gdzie można spotkać. Nagle wszyscy moi rówieśnicy tacy jacyś dorośli… Na scenę wychodzi mój ulubiony zespół, banda dojrzałych facetów, a ja nie umiem myśleć o nich inaczej niż „moi chłopcy”. Sama odbijam się w szybie i zastanawiam się, ile właściwie minęło lat. Nieważne. Ważne, że przez te lata miałam z nimi kontakt, że prostymi gestami potrafili mi pokazać, że coś znaczę. I On jeden, ten jeden najważniejszy. Przez wszystkie te lata ani razu nie było między nami nawet najmniejszego zgrzytu, jednego niepotrzebnego niedopowiedzenia. Ani jedna sekunda między nami nie była rozpieprzona przez nawet najmniejszą negatywną emocję. Nigdy mnie nawet na moment nie rozdrażnił. Nie dlatego, że tak na siebie uważaliśmy, dwa nadwrażliwce nie z tej epoki, po prostu tak wyszło, to było oczywiste że tak jest. Dzisiejszy koncert super, chociaż wiem, że nie potrafię spojrzeć na to z dystansu i bez emocji. Sama na koncercie, choć na sali tłum.


Jestem martwa. Nie wiem, czy to tylko te kilkanaście godzin poza domem każdego dnia mnie tak wykończyło, czy te emocje, które szalały mi jakby je ktoś spuścił z łańcucha. Tachykardia przez dzwoniący telefon. Bieg przez śnieg. Ale zupełny spokój przy przytulanym „cześć…” Czas czas czas. Kilka łez ze śmiechu, choć nie do końca. Patrzę przez okno, uśmiecham się, a koleżanka mówi: Boże, jak po tobie od razu wszystko widać! Co ty znowu kombinujesz! Uspokój się! Odwracam się i mówię: nigdy.

Z.

Brak komentarzy: