wtorek, 10 stycznia 2012

zabawa w dom

Kochani, nie ma co ukrywać, że od 3 miesięcy nie zajmuje nas praca, teatr, muzyka, książki, czy podróże, lecz remont. Temat ten na blogu kiełkował dość nieśmiało, choć prace od początku miały się niespodziewanie dobrze. Teraz jesteśmy na takim etapie, że temat mieszkania stał się tematem-monstrum, który wypełnia nasze głowy jak wielki dmuchany potwór z horroru. Wspólny remont wyzwala cały wachlarz emocji po obu stronach tej podjazdowej wojny: od takich, po których wstyd, po takie, które powodują tarzanie się ze śmiechu i deklaracje, że wprawdzie nie mogę na ciebie patrzeć, ale w sumie dobrze się składa, że mamy tam razem zamieszkać. W związku z tym tworzymy na blogu nowy tag – zabawa w dom. I planujemy czasem coś o tym napisać, bo to dla nas cholernie ważne. Jeśli ktoś nie jest w stanie znieść nagłej eksplozji faktów z naszego życia, to machamy mu na pożegnanie białą chusteczką…

Na dobry początek… szafa. To znaczy Szafa. SZAFA.

Szafa szafa. Szafa jako symbol tego, co wspólne (bo przecież jedna) i tego, co osobne (każde z nas ma swoją część i te części zdecydowanie się różnią. Choć nie wykluczam ekspansji…). Szafa jako istotny punkt w czasie. Bo jak będzie szafa, to już będzie dobrze. Szafa musi być. Bo bez szafy – jak się okazało – nie da się żyć normalnie nawet jednej doby. Po stu czternastu projektach, trzystu kłótniach i po trzech tygodniach radosnego oczekiwania, nagle pojawiła się Ona, Szafa nad Szafami. Subtelna jak kolubryna.

Ja nie mam obsesji, ale chyba przegięliśmy z rozmiarem. Z całkiem fajnej sypialni zrobił się nam pokój z szafą i małym łóżkiem. Jeszcze większe jaja z wysokością. Wlazłam do środka i głową nie dotykałam tego drążka, na którym ma zawisnąć cały mój ciuchowy bajzel. Brzydal ma trochę lepiej. Jest jakieś 30 centymetrów ode mnie wyższy, więc jest w stanie nawet sięgnąć na półkę nad drążkiem i może sobie z niej coś ściągnąć na łeb (hipotetycznie, przecież nie mamy nic, co mogłoby tam leżeć).

Dzięki, że pawlacz zaprojektowałeś u sąsiada z góry – jęknęłam i domknęłam drzwi, wciąż stojąc wewnątrz. Echo! Brz. coś zaszumiał pod nosem, że to nasz wspólny projekt, co z dezaprobatą musiałam przyznać. Wystawiłam głowę pochwalić się, że kupiłam jakieś pierdoły i chochlę, bo oczywiście nie mamy. Świetnie! – ucieszył się Brzydal. Będzie można chochlą strącać rzeczy z pawlacza w jakieś niższe rejony. Boję się, że żeby wyciągnąć coś z pawlacza, trzeba będzie zakładać butlę z tlenem I czekany. Zaproponował kupno drabinki, a później zasypał mnie zdjęciami starych, pokrytych mchem drabin strażackich w jakichś wiejskich zagrodach.

W ramach zabawy w dom, zrobiliśmy też przegląd produktów spożywczych dostępnych w kuchni. Z radością odkryłam kawałek gorzkiej czekolady, pustą butelkę do mlekomatu, pół paczki spaghetti i kostki knorra, zaproponowałam więc, że zgotuję mu rosół z makaronem, ale niewdzięcznik zbladł i uznał, że chyba wolałby kebab. Hm. Następnie zajrzał do szuflady, załamał ręce i rzekł, że z prac technicznych w szkole to na pewno miałam pałę: dojrzał, że kilka dni temu sama nożyczkami kuchennymi przycinałam pudełko na sztućce, które za cholerę nie chciało się zmieścić…

Złośnica

Epilog
Niedawno projektant szaf mówi mi tak: bo jak mąż będzie chciał tam zostawić jakiś długi płaszcz, to coś tam coś tam…
Panie Tadeuszu – odparłam – proszę mieć pewność, że jeśli będzie tu jakikolwiek mąż, to na pewno zrobi wszystko, żeby nie zostawić swojego płaszcza.

Brak komentarzy: