poniedziałek, 27 lutego 2012

dobre kłamstwo na dzień dobry

Jeden z takich dni, że nawet propranolol sobie nie do końca radzi. Poniedziałek zaatakował mnie znienacka, w sposób złośliwy, ponury i szorstki. Ale dużo słońca w okna (jak w terrarium). Parę słów i godzinami brak pomysłu na reakcję. Kilka dobrych piosenek. W ramach dalszego szukania nowych nut, taka ściana dźwięku:
I ja znowu jak głową w ścianę. Kolejne spotkanie z serii próba sił. Albo próba charakterów. Trzymam się dzielnie. Godzina? Dwie? Wychodzę padnięta. Mogła być burza mózgów. Była wojna podjazdowa. Ale z mojej strony jeszcze droga daleka do machania białą szmatą. Poza tym spektakl miał być wieczorem. O 6 rano pomyślałam, że jeszcze tylko 13 godzin. Grunt to motywacja albo dobre kłamstwo na dzień dobry.

Z tym spektaklem w TVP dzisiaj to było tak, że na początku w ogóle nie miałam go w planach. Bo ile razy można (cień podejścia zdroworozsądkowego). Później chwilę może miałam w planach, ale nie, jednak nie. A następnie moja redakcja wyraziła duże zainteresowanie wydarzeniem, bo oni sobie patrzą na nasz region z daleka i widzą tu istne teatralne eldorado. Idziesz? - zapytali. Idę (napaliłam się jak szczerbaty na suchary). No to idź. Ha! Kosmos, że ktoś myśli za mnie, czy ja idę. Bezcenne. Było genialnie (pomijając tych dwóch stulatków, którzy proponowali mi różne straszne rzeczy, w tym np. ślub). Było najlepiej i najmilej. Po wszystkim wsiadłam do samochodu tak rozkojarzona, że zabijcie mnie, ale nie pamiętam, którędy wracałam.

Spać. Propranolol musi wreszcie zacząć działać.
Z.

czwartek, 23 lutego 2012

płytka rzecz o dżinsach

Mija 22, a ja jak debil prasuję trzecią parę dżinsów. I dopiero pod koniec tej trzeciej pary przypomniałam sobie, że jutro i tak muszę iść w kantach. Pfff… Piszę, że prasuję dżinsy jak debil, bo prasowanie dżinsów nie mieściło mi się w głowie przez jakieś 25 lat życia. Tak jak pisałam wcześniej, z czasów, gdy wyglądałam jakbym sama grała na gitarze gdzieś w mysłowickiej piwnicy, zostało mi przeświadczenie, że ten, kto prasuje dżinsy, ten nie zasługuje na to, by je w ogóle nosić. Podobnie ten, co nie dopuszcza do ustawicznego przydeptywania tychże.
Pamiętam moment, gdy zaczęłam się starzeć, czy może dojrzewać do bycia dorosłą, bo to też wiązało się z dżinsami. Szłam na mały, bardzo prywatny, bardzo zamknięty koncert. Miał grać mój ulubiony skład, ale taki koncert tylko dla najbliższych przyjaciół i ktoś tam z nich wpadł na pomysł, że ja też powinnam być, choć wtedy wcale jeszcze nie byliśmy jakoś specjalnie blisko. Oczywiście wpadłam w panikę, zawinęłam w kokon z kołdry, odmówiłam wyjścia nie tylko z domu, ale nawet z pokoju, no bo jak to, ja, gdzie, w ogóle, wykluczone. Ale w tym kokonie po chwili jęłam się zastanawiać, co założyć, choć wiedziałam, że i tak wszyscy będziemy w powyciąganych tiszertach, trampkach i – oczywiście – wymiętych, podeptanych dżinsach. W ostatnim akcie desperacji przed wyjściem pierwszy raz w życiu wyprasowałam dżinsy, zupełnie jakby mi to miało w czymś pomóc.
Koncert oczywiście był bajkowy, odbywał się w miejscu kultowym, bo w klimatycznym sklepie muzycznym, a ja nawet nie czułam się jakbym była z innej planety. Do dżinsów wracając, kolejne miesiące nadchodziły, a następne pary wciąż nie były prasowane, bo przecież wierność ideałom. Do czasu. Miałam iść na wywiad. Ważny ważny bardzo ważny. Było za wcześnie na sukienkę, za późno na tiszert, poza tym teatr nad tym wszystkim świecił mi jak jakiś wściekły neon, więc trampki odpadły. No i rozmówca mój poważny i mocno mnie niepokojący. Pffff. Nie będzie mnie tu jakiś chłop stresował dodatkowo... No to dżinsy. Pół godziny przed wyjściem: panika. Kokon z kołdry i cała reszta, jak wyżej. I szybkie grzanie żelazka. Uległam przeświadczeniu, że w gładkich dżinsach będę trochę bardziej profesjonalna i trochę mniej przerażona. Jak debil.
Nie umiem się tych dwóch wspomnień pozbyć przy każdym włączeniu żelazka i sama leję ze swojej głupoty. Starzeję się, to pewne. Teraz nie poszłabym do pracy w niewyprasowanych dżinsach. Brzydal dla odmiany nawet skarpetki ma wyprasowane;). Wybieranie i kupowanie żelazka dla nas dodało mi z 10 lat. I od miesiąca spieramy się z powodu dechy. Chciałam taką zadrukowaną jakimiś łosiami czy czymś takim, na co Brzydal nieśmiało zaproponował, aby ponad łosiowatość deski postawić jej stabilność i ogólnie mówiąc praktyczność, na co tylko prychnęłam z dezaprobatą i wyszłam ze sklepu.
Dobra wiadomość na dziś: jutro piątek. Tylko żebym o tych kantach pamiętała. Teraz do poduszki wywiad z Renatą Przemyk.
Zł.

środa, 22 lutego 2012

Roddy

Za dużo jednocześnie. Zagłuszam ile wlezie. Od kilku dni szukam nowych dźwięków, żeby zagłuszać z klasą. Na nowo odkrywam moje najbardziej ukochane głosy.
Najpierw Roddy Woomble. Później długo, długo nic. Roddy to moje od lat nieprzemijające zauroczenie. Zima 2003 roku. Artur Rojek w swojej audycji "60 minut" w Rock Radiu 93,6 puścił piosenkę Idlewild "American English"z płyty "The remote part". Muzyczna miłość od pierwszych nutek. Roddy został ze mną na całe lata, i na płytach Idlewild, i na solowych, wszystkich cudnie folkujących, gitarowych, zadziwiająco szczerych i obłędnie melodyjnych.
Kilka dni temu, próbując coś tam odreagować, trafiłam na piosenkę "The Quiet Crown" w wersji ze szkockiego radia BBC sprzed 3 lat. Oczywiście znałam ją z płyty "100 broken windows" (2000), ale to, co w tym kawałku na żywo Roddy robi z głosem, bije na głowę wszystko co słyszałam przez ostatnie miesiące.
Myślę: Roddy i nagle kilka niewyraźnych wspomnień tak się unosi, jakby ktoś dmuchnął w kurz na półce. Rock Radio 93,6 moje ukochane, którego słuchałam pasjami, bo prowadzili je pasjonaci. Była tam audycja Rojka, była też Podwodna Makakofonia, była muzyka, której nigdzie indziej się wtedy nie grało. Ja sama wyglądałam wtedy jak psychofan Oasis i świetnie czułam się w mysłowickim światku rozczochranych chłopaków z gitarami, koniecznie w przydeptanych dżinsach, na małych koncertach diabli wiedzą kogo. Gdy Krajowa Rada Tego, Czego Ludzie Mają Słuchać i Co Oglądać zamknęła moje ukochane radio, płakałam przez trzy dni.
Pamiętam też, jak w tym 2003 jechaliśmy na ferie do Zakopanego. Ja z przyjaciółką w jakimś zamrożonym od wewnątrz PKS-ie, a na miejscu miałyśmy się spotkać z Brzydalem. I w tym zamrożonym busie na okrągło słuchałam tej jednej piosenki nagranej z radia. Nagranej na - haaahahaha - kasetę! Walkmana nie wypuszczałam z rąk.
Byłam wtedy kilka dni po osiemnastce, to też pamiętam. Jak mnie Brzydal i ta moja przyjaciółka wywieźli na - uwaga - zamek w Będzinie i siedząc na mrozie w tych ruinach poili szampanem;)
A solową płytę Roddiego kiedyś przyniósł mi pewien bardzo sympatyczny i niezwykle przystojny redaktor jednego z muzycznych portali. Szliśmy razem robić wywiad, a on, znając moją słabość do Idlewild, przyniósł mi oczywiście niedostępną w Polsce płytę "My secret is my silence". Był rok 2006...
No nic, słuchajcie mojego Roddiego. Ja nadal w rozsypce. W mojej naprawdę fajnej pracy dzieje się coś dziwnego, czego nie umiem skumać. Lekarz (ten co ma trzy miliony lat) też mnie rozwalił. Ale przynajmniej muzyka gra dobra.
Zł.

niedziela, 19 lutego 2012

słowo kluczowe

Wczorajsze statystyki z bloga mnie rozwaliły. Strach pisać;). Filtry: słowo kluczowe + geolokalizacja.
Obiecuję przez cały przyszły tydzień nie pisać o teatrze, bo Brzydal mi w końcu łeb urwie albo przejmie panowanie nad blogiem. Nie wiem, co jest gorsze;).
Zł.

sobota, 18 lutego 2012

akcja miszcz

Szefowa parsknęła śmiechem, gdy pokazałam jej moje autobusowe notatki. Z dwadzieścia wąskich, kolorowych pasków papieru przyklejonych bez szczególnego ładu na dwóch kartkach. Uznałam, że moich studentów pewnie nie interesuje, co ja sama mam do powiedzenia o sztuce. Niech mówią inni. Miałam więc wycinki z tekstów recenzentów i krytyków na jednej kartce, a na drugiej emocjonalne, radykalne i momentami naprawdę zabawne opinie widzów. Pomysł wypalił. Reagowali, śmiali się nawet, a zestawiane parami pojedyncze zdania stworzyły ostatecznie coś na kształt patchworkowego demokratycznego głosu ludu. Furorę zrobiła wyszperana z Internetu „wisienka na torcie”, opinia o tym, że po co ktoś tam ma chodzić do teatru, skoro „goliznę, seks, wyuzdanie i przemoc ma wszędzie” (Boże, kolejności nauczyłam się na pamięć, choć wcale nie chciałam).
Poza tym kolejny raz poczułam, jak trudno zachować merytoryczność (jest taki rzeczownik?), gdy publicznie mówi się o czymś, co jest bliskie, więc aby przede wszystkim sobie oszczędzić moralnych rozterek, ograniczyłam informacje do minimum. Mistrza na polskich scenach skróciłam więc do Marczewskiego (bo nie umiałabym zacząć inaczej) i Czuja (bo na śląskim podwórku), a później już popłynęłam z Bielskiem.
Szefowa śmiała się jeszcze z innych moich notatek. Wielkimi literami na szybko dopisywane pojedyncze słowa, m.in. plakaty, programy, klątwa. Plakaty, bo miałam ich trochę ze sobą, na wypadek, gdyby ktoś poczuł, że bez tego plakatu dalej żyć nie może. Powiedziałam, gdzie są, odwróciłam się na chwilę do mikrofonu, a gdy wróciłam na swoje miejsce, plakaty były wymiecione. Dobrze. Programy, bo twierdziłam, że są tam absolutnie genialne teksty kierownika literackiego (kiedyś będę kierownikiem literackim i będę takie rzeczy pisać…) i że w ogóle program jest elegancki, bo w 3D. A klątwa, bo chciałam sprawdzić swoją zdolność do łagodnego podpuszczania… Podpuściłam. Pytali, na szczęście nie mnie.
Spektakl cudny. Czwarte moje z nim spotkanie, choć to raczej zderzenie niż spotkanie. Dziwnie być tak blisko. Inne rzeczy przyciągają uwagę. Szefowa twierdzi, że wzdychałam przez pół sztuki, o czym nie wiedziałam i czego – mam nadzieję – reszta widowni nie słyszała. Szefowa twierdzi też, że gdy czasem łapała mnie kątem oka, to minę miałam najszczęśliwszą na świecie. I że po mnie wszystko widać, każdą najmniejszą emocję. Hm.
Bałam się tej dyskusji po spektaklu. W grudniu rozkręciło się to m.in. dlatego, że przestrzeń Małej Sceny jest do takim spotkaniom bardziej sprzyjająca. Spektakl wtedy też był widzom przychylniejszy i myślę, że bardziej nadający się do wyrażania opinii na gorąco. A Duża Scena onieśmiela, to jasne. Spektakl wali po głowie, więc pewnie moi studenci dopiero dzisiaj byliby w stanie pogadać o tym na większym luzie. Kilka osób dało się wciągnąć w rozmowę z twórcami, reszta słuchała w mniejszym lub większym osłupieniu, a ja na szczęście mogłam zająć się zdjęciami (aparat, oprócz bardzo przydatnej funkcji robienia zdjęć, ma też drugą, równie ważną: skutecznie zajmuje ręce w chwilach strasznego stresu). Było fajnie, choć oczywiście nie pamiętam ani słowa.
Wracałam do autobusu na samym końcu. Głowę miałam tak zrytą, że miałam problem z policzeniem grupy. Myślałam już o czymś innym zupełnie, trzymało coś za gardło. Szefowa mnie przytuliła i powiedziała, że sukces. Kilka dziękuję, kilka super, naprawdę super, rewelacja. Gdy wjeżdżaliśmy do Kato, w ramach muzycznej niespodziewanki puściłam im na cały autobus to zupełnie hipnotyzujące, przepiękne Lube, które nagrywałam poprzedniej nocy. Śnieg padał niespiesznie wielkimi płatami, wszyscy w euforycznych nastrojach wysypali się z autobusu, rozpierzchli w kilka sekund, zostałam sama i dopiero wtedy pomyślałam, że się udało.
W nocy kilka obrazków pod powiekami, na które nie działało polecenie "usuń". Uparcie wracały.
Po pierwszej w nocy sms: "To czysta przyjemność obserwować Twoją pasję. Buzuje jak ogień i innym daje ciepło". Ok, miłe to było...
Zł.

czwartek, 16 lutego 2012

Droga Pani Zimo!

Droga Pani Zimo!

Całkiem ładna Pani jest, przyznaję z pewną dozą zazdrości. I absorbująca. Z dachu mojego rodzinnego domu od kilkunastu godzin wisi gigantyczny śnieżny jęzor. Jak z jakiejś kiczowatej austriackiej pocztówki. Ale ładnie jest, w porządku. Co prawda wczoraj na parkingu pod biurem wszystko przykryte było równą białą kołdrą i miałam problem ze zlokalizowaniem mojego bolidu, ale po odśnieżeniu kilku innych we fragmentach, wreszcie odnalazłam co moje i mogłam wrócić do domu, rozwijając na trasie zawrotną prędkość 20 km/h. Dużo czasu na słuchanie Death Cab For Cutie (nagły nawrót miłości do Bena).

Pani Zimo, mam do Pani gorącą prośbę. Bardzo proszę, aby przestała Pani napieprzać śniegiem dziś i jutro. Wszystko przez to, że jedziemy do teatru i wolałabym, aby warunki drogowe były trochę bardziej sprzyjające. Będzie nas ok. 70 osób i nie mam ochoty ani siły martwić się o każdego uczestnika z osobna. I zastanawiać się, czy zdążą, czy się na czas wyrobią, czy dadzą radę się odkopać i czy mi gdzieś po drodze nie zamarzną. Jestem sama do tego martwienia się, więc błagam, litości.

Tak jak bałam się wyjazdu w grudniu, tym razem także rozpoczęłam powolny proces umierania ze strachu. Nie wiem, czy mnie przypadkiem trochę nie przerosło. To zainteresowanie. Ogromne. Zupełnie z kosmosu. Oczywiście cieszę się potwornie, bo ta akcja to moje wypieszczone i chronione dziecko, ale licho nie śpi, uważać trzeba. Oczywiście jeszcze nie wiem, co ja im wszystkim będę mówić w drodze. Kilka osób upewniało się, czy na pewno znów usłyszą ode mnie jakiś wstęp, a ja oczywiście zapewniałam, że tak. All inclusive. Mam nadzieję, że jutro znajdę parę chwil, żeby sobie poukładać w głowie to, co ważne i zrobić to tak, żeby w końcu nie powiedzieć za dużo. Mam już nawet plan. To znaczy taki plan planu.

Magazynowane cały tydzień stresy puściły tak naprawdę dopiero na czeskim. Gdzieś w połowie zajęć zaczęłam się śmiać z własnego zupełnie idiotycznego błędu, wynikającego nie tyle z niewiedzy, co z rozkojarzenia. Wyszła z tego jakaś semantyczna parodia, absurdalna słowna zabawka. A do mnie takie drobiazgi wracają jak tsunami: jeszcze cztery ćwiczenia dalej parskałam śmiechem i prychałam między strony podręcznika, wprawiając w konsternację lektorkę i koleżankę z grupy. Jestem potwornym uczniem. Ale kolejny raz przekonałam się, że taki śmiech jest skuteczniejszy niż nospa (jak w tej piosence, „o taki śmiech mi właśnie chodzi, zaraz po milczeniu” – pamięta ktoś, gdzie to było?).

Trzymajcie kciuki. Jedyne, co mogę teraz zrobić, to podłączyć aparat do ładowania, pomalować paznokcie i spakować jakieś dodatkowe ciuchy do samochodu. I nie zapomnieć o butach (jedna z moich fobii: panicznie boję się, że zapomnę zabrać wysokie obcasy do sukienki, bo przecież samochód na takich trasach prowadzę raczej w niebieskich halówkach, a nie na szpilkach). Nagrywam właśnie CD, na którym jest jedna piosenka. Chytry plan... I jeszcze jeden plan, który, jeśli się nie powiedzie... to kończę tę zabawę.

Pani Zimo, raz jeszcze proszę o przychylność.
Zł.

niedziela, 12 lutego 2012

zestaw Mały Reżyser

Minę miał raczej nieszczęśliwą. Nauczyłam się w takich sytuacjach strzelać lekkiego, wystudiowanego focha, żeby się trochę ogarnął. Siedzimy w aucie, ruszam.

– Ale tak z ręką na sercu, czy ja cię zmuszałam? – pytam.
– Hmm… ale tak z ręką na sercu? – odpowiada Brzydal. Nie odzywam się już, bo wybuchnę i nad miastem uniesie się wielka chmura w kształcie grzyba. Naprawdę go nie zmuszałam, nawet go nie namawiałam!

Po drodze Brz.:
– Wiesz co... Dobra, nic.

Po kilku minutach:
– Słuchaj… Nie, nic. OK.
– Móóóóóóóóóów!!!! – zachęcam łagodnie, elektryzując powietrze w promieniu kilometra
– Nic, spoko.

Czekamy na sztukę. Nad głowami lecą zwiastuny. I nagle ten z zeszłego tygodnia. Brzydal nie wytrzymuje.
– Wiesz co, od tej dzisiejszej sztuki zależy to, czy jeszcze kiedykolwiek na cokolwiek przyjdę do tego teatru – słucham tego ze zgrozą, bo wiem aż za dobrze, że z niego pamiętliwa, nieustępliwa i uparta bestia. – I jak będzie strasznie, to napiszę o tym na blogu. I o tym sprzed tygodnia też napiszę. A na koniec posta napiszę jeszcze raz o tym, gdzie są dobre spektakle – dodał. Jeden dzwonek, drugi, nie ma już wyjścia. Jest wejście.

Po dziesięciu minutach spektaklu wiem, że jest OK. Brzydal się śmieje. Śmieje się sto osób na widowni. Po chwili łapię się na tym, że sama się śmieję. I naprawdę wiem z czego. Jest dobrze.

Tydzień temu Brz. wyparował na przerwę i groził, że nie wróci. A dziś?
– Chodź – zamykam torebkę i chcę wyjść.
– A po co? Mi tu dobrze. Siadaj – odparł mój luby i nawet nie drgnął. I chyba się czuł jak u siebie, bo jakimś cudem oba te spektakle przesiedział w jednym i tym samym fotelu. 

Nagle mówi tak:
– A gdyby to w Bielsku grali, to kto by zagrał Allana?
– Jak to kto? Tomek Drabek – odpowiadam, jakby to było absolutnie jasne i oczywiste.
– A Dicka?
– Hmm… Sławomir Miska? Nie wiem…
– Może Rafał Sawicki! – stwierdza Brz., który jest Sawickiego fanem. – Mógłby wtedy zagrać razem z żoną.
– Ale Bogarta nie wiem kto by zagrał… – mruczę bardziej niż mówię, na samą myśl o tym, jak to gra Grzegorz Przybył, jak w ogóle gra Grzegorz Przybył, jak ogólnie rzecz biorąc mówi swoim obezwładniającym głosem Grzegorz Przybył (na „Hamlecie” przybyłowałam się do woli…). – Może Abrahamowicz, hm?
– Tak. Zagrałby. Dobre.

Nie pytałam, kto by to reżyserował, bo najwyraźniej reżyserowałby Brzydal.

Spektakl pstryk! zniknął niespodziewanie i trochę za szybko, choć trwał ponad 2 godziny. Na koniec widzieliśmy coś absolutnie pięknego. U góry siedziało trzech facetów od światła i dźwięku. Przez cały spektakl widać było, że się całkiem dobrze bawią w pracy, kołysząc się do kolejnych kiczowatych piosenek i strzelając do siebie rozmaite miny. Na sam koniec światło powoli gasło, dźwięk już zanikał i w momencie, kiedy na Scenie Kameralnej została tylko ciemność, oni tam u góry przybili sobie piątkę. Czy ktoś to widział poza nami?

Dobrze było, mili państwo. Żal byłoby mi tego nie obejrzeć.
Zet.

czwartek, 9 lutego 2012

stolarz-pierdoła

Witam Was serdecznie,
Złośnica swojego czasu napomknęła o naszej wspólnej przygodzie pt. Zabawa w dom, a konkretniej w wykańczanie i aranżację domu, a raczej mieszkania. Z tym wykańczaniem różnie bywało, raz wykańczaliśmy nasze kąty My, a czasem kąty wykańczały Nas. Celowo już pomijam nasze wspólne wypady do Castoramy, bo o nich można by pisać epopeję narodową. Ale jednego tematu pominąć nie mogę, bo mnie samego już zaczyna mierzić.

Dnia 18 listopada zamówiliśmy u stolarza drzwi. Piękne drzwi, dębowe drzwi, nasze drzwi. Dogadaliśmy się ze stolarzem co do wzoru, wymiaru, terminu. Wszystko było uzgodnione, termin montażu miał oscylować w granicach 20 grudnia. Pomyślałem sobie, że będzie to dobry prezent świąteczno-noworoczny, ale w duchu jakoś tak nie do końca wierzyłem, że da się od podstaw wystrugać z drewna cztery skrzydła drzwi wraz z futrynami.

No i wykrakałem. Dziś mamy 9 lutego, a drzwi jak nie było, tak nie ma. Przeżyliśmy montaż kuchni, szaf wnękowych, dziś żaluzji, a nasz stolarz zachowuje się tak, jakby się z naszymi drzwiami zżył jakoś emocjonalnie i nie chciał ich oddać. Czas wykonania - miesiąc. Obsuwa - dwa miesiące będą 18 luteg. Cudnie.

W dodatku ze stolarza jest straszna pierdoła. Człowiek, którego łapią się wszystkie nieszczęścia tego świata. Dla przykładu...
- Przeżyliśmy już razem z Nim (za sprawą drzwi oczywiście) nachalnych klientów, którzy odbierali od niego drzwi wejściowe od dwóch lat,
- Przeżyliśmy 6 stycznia, święto które potrzebne jest jak dziura w płocie, ale każdy - włącznie ze Stolarzem - je obchodzi, dzień święty święci i nie pracuje.
- Przeżyliśmy uparte Panie urzędniczki, które nie chciały przyjąć PIT-a rozliczeniowego naszego Stolarza,
- Przeżyliśmy wypadek samochodowy naszego Stolarza,
- Przeżyliśmy razem z nim awarię jego samochodu stolarskiego, w którym skończyły się hamulce, efektem czego powrót z jakże odległych Katowic zajął mu 3 godziny...

Wraz z naszym Stolarzem przeżyliśmy jeszcze wiele mniej lub bardziej prawdopodobnych historii, a drzwi jak nie było, tak nie ma.

W sumie już sam nie wiem co myśleć o tym, bo na zmianę jestem zły i płaczę ze śmiechu, jak przypominam sobie kolejną odbytą wizytę, a było ich już nieskończenie wiele i obawiam się, że wiele jeszcze przede mną.

Jak tylko drzwi pojawią się w naszym wspólnym gniazdku, na pewno Was o tym poinformujemy jak o sukcesie porównywalnym z lądowaniem na księżycu.

Pozdrawiam
Brzydal

p.s. Ciekawe co zrobi z tym postem Złośnica, bo Ona na myśl o Stolarzu tylko się denerwuje...

===================================================

Złośnica z tej strony... Nie ma to jak wrócić do domu po 14 godzinach, odpalić kompa i dowiedzieć się, że w kwestii drzwi bez zmian;). Trzeba przyznać, że Brzydal z godną podziwu regularnością (żeby nie napisać, że z uporem maniaka), czyli dokładnie co dwa dni, nachodzi stolarza i równie regularnie przeprowadza akcję opierdalania tegoż, ale skuteczność tych czynności niestety nie jest oceniania zbyt wysoko.

Poza tym ogłaszam z dumą, że semestr czeskiego zamknęłam z oszałamiającym wynikiem 92% z tego ostatniego gigantycznego testu z gramatyki. I uwaga, nie byłam najgorsza w grupie;). Jestem genialna. Jestem stworzona do nauki języków zachodniosłowiańskich:). Motywacja poszybowała w górę, zajęcia cudowne, a później w składzie grupa + lektorka (czyli całe 3 osoby, hehe) siedzieliśmy 2 godziny w Akancie na Teatralnej, rechocząc radośnie i odreagowując ten przedziwny tydzień.

Brzydal natomiast chyba już odreagował tę sztukę, która mu się nie podobała w sobotę (najwyraźniej wyżył się na stolarzu), bo gdy dziś powiedziałam, że idziemy w niedzielę do teatru, to nie rozłączył się ani nie charczał, tylko powiedział "dobrze". Nie zapytał nawet na co! Bardzo dobrze. Chcę do teatru. W niedzielę chcę, ale zdecydowanie najbardziej chcę w najbliższy piątek...

Zł.

wtorek, 7 lutego 2012

Mitos21. Antologia

Od paru dni miałam w torebce awizo. Nie wiem, skąd w listonoszach przeświadczenie, że kilka dopołudniowych godzin ludzie powinni spędzać w domach, na wypadek gdyby ktoś chciał wysłać coś tradycyjną pocztą. I nagle ten świstek. Od zeszłego tygodnia sam pchał mi się do rąk, wyłaził z torby, wypadał z kieszeni, a ja się nie spieszyłam, bo czułam, że to pewnie coś tak miłego jak: ZUS („i owoc żywota twego je-ZUS”), towarzystwo ubezpieczeniowe, fundusz zdrowia, skarbówka (urząd skarbowy, a nie policja skarbowa), fundusz emerytalny, PIT albo wypowiedzenie. W dodatku przyszło to in-postem, a odbiór w jakimś miejscu, którego nie znam. Pfff. Kocha to poczeka. Poczekało.
Dziś po pracy postanowiłam odnaleźć moją przesyłkę, zanim dostanę nieuchronne ponaglenie. Na gigantycznym blokowisku znalazłam śmieszny, mały punkt odbioru, a tam wręczyli mi nie jakąś smętną, płaską kopertę, a całkiem spore i dość ciężkie zawiniątko. Kto mi to wysłał? – zapytałam faceta zza lady, a on z pieczątki przeczytał: Narodowy Stary Teatr… Ha!
Ha! HAHAHAHAHA! HAAAAAAAAAA!
Mitos21! Projekt unijny! O rany! I od razu świat piękniejszy. Wytrząsnęłam z koperty dwie książki, zaciągnęłam się zapachem druku i pognałam z powrotem do auta, przeczytać list przewodni, którego skan wrzucam poniżej, żebyście zobaczyli, w jak pomysłową i nowoczesną formę może iść promocja teatru. Coś cudownego. notka prasowa o akcji...
Najchętniej zaczęłabym pożeranie tych dramatów od razu, natychmiast, ale mam rozgrzebaną recenzję, a jak wsiąknę w Mitos, to zniknę na dwa dni.
Dużo się dzieje ostatnio w tych promocyjnych działaniach… Przyznaję, że o „Hamlecie” w TŚ wiedziały całe Katowice, nawet ci, którzy mieliby wątpliwości, gdzie w mieście jest teatr. Spot emitowany na Spodku. Wielkoformatówka na Zenicie. Wybiórcze UV w programie. Starają się, aż miło na te zmiany popatrzeć. I filmiki!
Trailer „Hamleta” wzbudził we mnie większe emocje niż sam spektakl ;)
Filmik z „Jakobiego” jest poskładany jeszcze lepiej... „Zatruję ci życie, a potem cię pochowam!” ;))

Jakobi i Leidental - Teatr Śląski (trailer) from siałababamak on Vimeo.
Ale pierwszy i tak był dla mnie Teatr na Woli ze zwiastunem „Naszej klasy”, który mnie rok temu zwalił z nóg (może dlatego, że sama wtedy szarpałam się z ekipą filmową i przekonałam się, że dla 3 minut gotowego filmu potrzeba co najmniej 12 godzin zdjęć).


Gdzieś z drugiej strony miga mi ten legnicki manifest sprzed kilku dni. Nie znam tej sceny i nie mnie oceniać założenia dyrektora, bo nie umiem wyczuć, czy są drastyczne w stosunku do tego, co dotąd tam wyrabiali, czy wręcz przeciwnie, czy tylko uklepali to co mają. Ale przyznaję, że z promocyjnego i wizerunkowego punktu widzenia zrobili coś ciekawego, co spowodowało jakąś dyskusję (pewnie liczyli na większą), w tym kilka szybkich tekstów polemicznych, wreszcie wulkan pytań o kondycję współczesnego teatru w takich normalnych rozmowach między widzami. Mnie więcej dały rozmowy ze znajomymi niż te mniej lub bardziej złośliwe felietony publikowane na e-t i na GW. Widzowie swoje, artyści swoje… Norma. Ale pomysł, pomysł… Za pomysł dziękuję, za ten mały wybuch, za powód, żeby pogadać. A ja naprawdę nie tęsknię za sztukami z początkiem, środkiem i końcem...
Narodowemu Staremu Teatrowi wielki szacun za pomysł, za jego realizację i za klasę. Dziękuję za książki i trzymam kciuki za dalszy rozwój projektu o potwornie technicznie brzmiącej nazwie „Działalność Narodowego Starego Teatru w ramach sieci Mitos21 oraz wzmacnianie pozycji międzynarodowej”.

Chyba czas nauczyć się pisać projekty unijne.

Zł.

niedziela, 5 lutego 2012

uwaga, Brzydal kłamie

Na wstępie pragnę zapewnić, że wszystko, co Brzydal napisze na temat wczorajszego wyjścia do teatru, jest kłamstwem. Odgrażał się i straszył mnie, ze napisze o tym na blogu. Aaa...

Jeśli napisze na przykład, że spektakl był najgorszy ze wszystkich, które widzieliśmy, to wiedzcie, że się myli, bo spektakl był czarujący. Nie zgodziłam się z jego smęceniem, a on na to: wymień chociaż… 10 gorszych! Zaczęłam wymieniać, on zmienił zdanie: wymień chociaż 15!, ale zadzwonił dzwonek i poszliśmy na drugi akt.

Jeśli Brzydal napisze, że ten znany reżyser, który siedział naprzeciwko nas, przez bite dwa akty się na niego gapił, to też jest kłamstwo. Jeśli już patrzył w tę stronę, to co najwyżej na mnie, bo może mnie już gdzieś widział;). A że Brzydal siedział rząd za mną (bo ja byłam służbowo, a on na sępa), to pewnie mu się wydawało, że ów reżyser (na którego premierę najnowszą czekam z rosnącą niecierpliwością) się na niego gapił. Słowem: kłamstwo i kalumnia!

Jeśli napisze, że aktorzy byli straszni, to też skłamie, bo aktorzy grali bardzo bardzo dobrze, cała czwórka. Choć mogłam w sumie przewidzieć, że Brz. się w takiej stylistyce nie odnajdzie. Mój błąd albo moja zanadto galopująca wiara, że inni tak jak ja szukają w teatrze nieustannych zaskoczeń.

Generalnie przez cały wieczór bałam się, że mnie zabije, albo przynajmniej porzuci i wystawi za drzwi wszystkie moje rzeczy. W trakcie sztuki swoją dezaprobatę wyrażał m.in. kopaniem w mój fotel i cichym powarkiwaniem, a później przy kolacji patrzył na mnie z wyraźną niechęcią, jakby chciał zamordować mnie frytką albo słomką wyciągniętą z coli. Powiedział też, że czuje się jak po „Avatarze”, ale nie wracajmy lepiej do tego, bo po „Avatarze” ja też mam traumę.

Ale był tam w teatrze jeden moment, że pękałam z dumy. Otóż Brzydal w przerwie, robiąc groźne miny i gestykulując obficie, w obecności świadka (w osobie Mrówki Kosmatej) powiedział tak: „Najgorzej! Naprawdę! Jestem przyzwyczajony do teatru w Bielsku! Tam mi się podobają spektakle! W porównaniu z Bielskiem, TO TUTAJ CI AKTORZY W OGÓLE NIE GRAJĄ!” I wtedy poczułam, że warto było milion razy pojechać we dwójkę do Bielska, by choć raz to usłyszeć, nawet w napadzie irracjonalnej irytacji.

Dziś znów mi to wypomniał, jak go o coś męczyłam, to powiedział, że mam uważać, bo on jeszcze nie odreagował wczorajszego teatru. Na szczęście dzień nam sprzyjał, wicie gniazda idzie pełną parą, śmiechu mnóstwo i wreszcie niespodziewanie trochę luzu w głowie. 

Plany na ten tydzień: hardkor w pracy, bo kolejne koleżanki lądują na L4, a ja dodatkowo mam jutro znowu troje Gruzinów na praktykach (przejaja, przysięgam). Do tego milion zadań, które przekazały mi te chore koleżanki. Recenzja z wczoraj, max do środy. W czwartek zamykamy semestr z czeskiego i po zajęciach idziemy do pubu, gdzie mamy zamiar udawać cztery Czeszki. W niedzielę znów teatr, ale nie wiem z kim, bo Brzydal ma traumę i boję się go w ogóle pytać, czy chce iść. Parapetówka przeniesiona na inny termin z powodu morderstwa, które w tym tygodniu popełnię na stolarzu.

Z poważaniem
Złośnica

PS Od zeszłego tygodnia walczyłam ze stroną, a) która zniknęła z sieci, b) którą się od czasu do czasu opiekuję, c) na której mi zależy, d) do której obecności już się przyzwyczaiłam, e) której teraz nikt inny by nie ruszył z różnych trudnych względów. Po kilku dniach, po napisaniu kilkunastu maili, w tym kilku o charakterze strasząco-wymuszającym i kilku jako Anioł-Nie-Człowiek, po kilku drobnych kłamstwach ("tak, oczywiście, że jestem właścicielem...") i po robieniu oczu kota ze Shreka, dziś wieczorem strona zmartwychwstała, z czego jestem bardzo bardzo zadowolona. Plus sto do skuteczności;). Ha! Filolog! :-P

piątek, 3 lutego 2012

w razie czego

Nie chcę cię, luty, naprawdę. Po tym, co wyrabiałeś przez ostatnie dni, życzę ci, żebyś się już skończył.

Niedobra atmosfera dookoła. Smutek mi siedzi na karku, że nie mam siły się wyprostować. Rozmazana cały czas. Bardzo nieprofesjonalnie. I nie ma się gdzie schować przed bezsilnością.

Książki fuj. Nie umiem się skupić. Muzyka ble. Drażni. Dni rażą w oczy. W nocy sny na zmianę zupełnie bajkowe z plątaniną niepokojących kolaży. Dzisiejszy „Ojciec Bóg” w teatrze trochę bez emocji. Tylko nie wiem, czy to przeze mnie, czy może przez te dziwne zachowania na widowni. Naprawdę, ludzie się czasem śmieją w takich momentach, że zastanawiam się, czy oglądamy to samo. Dziś tam wybuchłam śmiechem raz, przy tym tekście, że Abel siedem ran kłutych i leży w porzeczkach. Dobrze, że byłam, bo powoli zakładam kolekcję monodramów. Ale myślę, że jutro to, co na Kameralnej w TŚ, przekona mnie bardziej.

Osiągnęłam ten dziwny stan, że popołudniami i wieczorami się trzęsę i nie potrafię skumać, czy to ze zmęczenia, czy z tego nagłego załamania nastroju, czy z tych mrozów, w których nadejście tak do końca nie wierzyłam. Niespokojna jestem, za dużo rozpierduchy, na którą nie mam wpływu, zbyt mało dobrych wiadomości. Czekam.

Wizja badań nadciąga. „W razie czego niech pani to bierze” – tak powiedział dr M. kilka tygodni temu. I teraz to „w razie czego” nagle nastało, biorę więc, choć już mi w sumie obojętnie. Rozmawiałam z Szefową, która różne rzeczy już przeszła i poradziła mi, że żeby wyzdrowieć, trzeba się z tym wszystkim pogodzić i do tego dorosnąć. W moim przypadku ani jedno, ani drugie nie jest możliwe. I nie tylko o wyzdrowieniu mówię.

Ale żeby nie było aż tak smutno, to te kilka tygodni temu dr M. zapisał mi jakieś tajemnicze krople. Dwie różne buteleczki. Stoję później w rejestracji po recepty i pytam, czy można po nich prowadzić samochód. A babka w rejestracji: oczywiście, że można! Doktor po nich jeździ. Zatelepało mną ze zdziwienia, bo 1) dr M. ma trzysta pięćdziesiąt tysięcy lat, a nie wiem, czy w tym wieku prowadzenie samochodu jest wskazane, 2) dr M. sam w sobie jest najpowolniejszą istotą żywą na naszej planecie, co także w ruchu drogowym może stanowić pewien problem, 3) po powrocie do domu zgodnie z zaleceniami zabrałam się za kropelki, gdyż byłam wrakiem, a wyzdrowieć przecież chciałam, ale 5 minut po kropelkach lekko zakręciło mi się w głowie. Sięgnęłam po alkomat, który kiedyś jakiś kolega zostawił u brata i w kilka sekund wydmuchałam ponad jeden promil. Elegancko. Ważne, że doktor po nich jeździ. 4) W ulotkach przeczytałam, że mają kopa po 60% i z wiadomych przyczyn nie wolno po nich prowadzić pojazdów ani obsługiwać maszyn. Hm.

Badania zaplanowałam z premedytacją na połowę miesiąca. Niezależnie od tego, co z nich wyniknie, od razu po nich mam w planach mój ukochany spektakl.

Poczekam.
Z.

PS A od kilku dni na szyi Amor Stróż.