czwartek, 16 lutego 2012

Droga Pani Zimo!

Droga Pani Zimo!

Całkiem ładna Pani jest, przyznaję z pewną dozą zazdrości. I absorbująca. Z dachu mojego rodzinnego domu od kilkunastu godzin wisi gigantyczny śnieżny jęzor. Jak z jakiejś kiczowatej austriackiej pocztówki. Ale ładnie jest, w porządku. Co prawda wczoraj na parkingu pod biurem wszystko przykryte było równą białą kołdrą i miałam problem ze zlokalizowaniem mojego bolidu, ale po odśnieżeniu kilku innych we fragmentach, wreszcie odnalazłam co moje i mogłam wrócić do domu, rozwijając na trasie zawrotną prędkość 20 km/h. Dużo czasu na słuchanie Death Cab For Cutie (nagły nawrót miłości do Bena).

Pani Zimo, mam do Pani gorącą prośbę. Bardzo proszę, aby przestała Pani napieprzać śniegiem dziś i jutro. Wszystko przez to, że jedziemy do teatru i wolałabym, aby warunki drogowe były trochę bardziej sprzyjające. Będzie nas ok. 70 osób i nie mam ochoty ani siły martwić się o każdego uczestnika z osobna. I zastanawiać się, czy zdążą, czy się na czas wyrobią, czy dadzą radę się odkopać i czy mi gdzieś po drodze nie zamarzną. Jestem sama do tego martwienia się, więc błagam, litości.

Tak jak bałam się wyjazdu w grudniu, tym razem także rozpoczęłam powolny proces umierania ze strachu. Nie wiem, czy mnie przypadkiem trochę nie przerosło. To zainteresowanie. Ogromne. Zupełnie z kosmosu. Oczywiście cieszę się potwornie, bo ta akcja to moje wypieszczone i chronione dziecko, ale licho nie śpi, uważać trzeba. Oczywiście jeszcze nie wiem, co ja im wszystkim będę mówić w drodze. Kilka osób upewniało się, czy na pewno znów usłyszą ode mnie jakiś wstęp, a ja oczywiście zapewniałam, że tak. All inclusive. Mam nadzieję, że jutro znajdę parę chwil, żeby sobie poukładać w głowie to, co ważne i zrobić to tak, żeby w końcu nie powiedzieć za dużo. Mam już nawet plan. To znaczy taki plan planu.

Magazynowane cały tydzień stresy puściły tak naprawdę dopiero na czeskim. Gdzieś w połowie zajęć zaczęłam się śmiać z własnego zupełnie idiotycznego błędu, wynikającego nie tyle z niewiedzy, co z rozkojarzenia. Wyszła z tego jakaś semantyczna parodia, absurdalna słowna zabawka. A do mnie takie drobiazgi wracają jak tsunami: jeszcze cztery ćwiczenia dalej parskałam śmiechem i prychałam między strony podręcznika, wprawiając w konsternację lektorkę i koleżankę z grupy. Jestem potwornym uczniem. Ale kolejny raz przekonałam się, że taki śmiech jest skuteczniejszy niż nospa (jak w tej piosence, „o taki śmiech mi właśnie chodzi, zaraz po milczeniu” – pamięta ktoś, gdzie to było?).

Trzymajcie kciuki. Jedyne, co mogę teraz zrobić, to podłączyć aparat do ładowania, pomalować paznokcie i spakować jakieś dodatkowe ciuchy do samochodu. I nie zapomnieć o butach (jedna z moich fobii: panicznie boję się, że zapomnę zabrać wysokie obcasy do sukienki, bo przecież samochód na takich trasach prowadzę raczej w niebieskich halówkach, a nie na szpilkach). Nagrywam właśnie CD, na którym jest jedna piosenka. Chytry plan... I jeszcze jeden plan, który, jeśli się nie powiedzie... to kończę tę zabawę.

Pani Zimo, raz jeszcze proszę o przychylność.
Zł.

Brak komentarzy: