sobota, 18 lutego 2012

akcja miszcz

Szefowa parsknęła śmiechem, gdy pokazałam jej moje autobusowe notatki. Z dwadzieścia wąskich, kolorowych pasków papieru przyklejonych bez szczególnego ładu na dwóch kartkach. Uznałam, że moich studentów pewnie nie interesuje, co ja sama mam do powiedzenia o sztuce. Niech mówią inni. Miałam więc wycinki z tekstów recenzentów i krytyków na jednej kartce, a na drugiej emocjonalne, radykalne i momentami naprawdę zabawne opinie widzów. Pomysł wypalił. Reagowali, śmiali się nawet, a zestawiane parami pojedyncze zdania stworzyły ostatecznie coś na kształt patchworkowego demokratycznego głosu ludu. Furorę zrobiła wyszperana z Internetu „wisienka na torcie”, opinia o tym, że po co ktoś tam ma chodzić do teatru, skoro „goliznę, seks, wyuzdanie i przemoc ma wszędzie” (Boże, kolejności nauczyłam się na pamięć, choć wcale nie chciałam).
Poza tym kolejny raz poczułam, jak trudno zachować merytoryczność (jest taki rzeczownik?), gdy publicznie mówi się o czymś, co jest bliskie, więc aby przede wszystkim sobie oszczędzić moralnych rozterek, ograniczyłam informacje do minimum. Mistrza na polskich scenach skróciłam więc do Marczewskiego (bo nie umiałabym zacząć inaczej) i Czuja (bo na śląskim podwórku), a później już popłynęłam z Bielskiem.
Szefowa śmiała się jeszcze z innych moich notatek. Wielkimi literami na szybko dopisywane pojedyncze słowa, m.in. plakaty, programy, klątwa. Plakaty, bo miałam ich trochę ze sobą, na wypadek, gdyby ktoś poczuł, że bez tego plakatu dalej żyć nie może. Powiedziałam, gdzie są, odwróciłam się na chwilę do mikrofonu, a gdy wróciłam na swoje miejsce, plakaty były wymiecione. Dobrze. Programy, bo twierdziłam, że są tam absolutnie genialne teksty kierownika literackiego (kiedyś będę kierownikiem literackim i będę takie rzeczy pisać…) i że w ogóle program jest elegancki, bo w 3D. A klątwa, bo chciałam sprawdzić swoją zdolność do łagodnego podpuszczania… Podpuściłam. Pytali, na szczęście nie mnie.
Spektakl cudny. Czwarte moje z nim spotkanie, choć to raczej zderzenie niż spotkanie. Dziwnie być tak blisko. Inne rzeczy przyciągają uwagę. Szefowa twierdzi, że wzdychałam przez pół sztuki, o czym nie wiedziałam i czego – mam nadzieję – reszta widowni nie słyszała. Szefowa twierdzi też, że gdy czasem łapała mnie kątem oka, to minę miałam najszczęśliwszą na świecie. I że po mnie wszystko widać, każdą najmniejszą emocję. Hm.
Bałam się tej dyskusji po spektaklu. W grudniu rozkręciło się to m.in. dlatego, że przestrzeń Małej Sceny jest do takim spotkaniom bardziej sprzyjająca. Spektakl wtedy też był widzom przychylniejszy i myślę, że bardziej nadający się do wyrażania opinii na gorąco. A Duża Scena onieśmiela, to jasne. Spektakl wali po głowie, więc pewnie moi studenci dopiero dzisiaj byliby w stanie pogadać o tym na większym luzie. Kilka osób dało się wciągnąć w rozmowę z twórcami, reszta słuchała w mniejszym lub większym osłupieniu, a ja na szczęście mogłam zająć się zdjęciami (aparat, oprócz bardzo przydatnej funkcji robienia zdjęć, ma też drugą, równie ważną: skutecznie zajmuje ręce w chwilach strasznego stresu). Było fajnie, choć oczywiście nie pamiętam ani słowa.
Wracałam do autobusu na samym końcu. Głowę miałam tak zrytą, że miałam problem z policzeniem grupy. Myślałam już o czymś innym zupełnie, trzymało coś za gardło. Szefowa mnie przytuliła i powiedziała, że sukces. Kilka dziękuję, kilka super, naprawdę super, rewelacja. Gdy wjeżdżaliśmy do Kato, w ramach muzycznej niespodziewanki puściłam im na cały autobus to zupełnie hipnotyzujące, przepiękne Lube, które nagrywałam poprzedniej nocy. Śnieg padał niespiesznie wielkimi płatami, wszyscy w euforycznych nastrojach wysypali się z autobusu, rozpierzchli w kilka sekund, zostałam sama i dopiero wtedy pomyślałam, że się udało.
W nocy kilka obrazków pod powiekami, na które nie działało polecenie "usuń". Uparcie wracały.
Po pierwszej w nocy sms: "To czysta przyjemność obserwować Twoją pasję. Buzuje jak ogień i innym daje ciepło". Ok, miłe to było...
Zł.

Brak komentarzy: