czwartek, 23 lutego 2012

płytka rzecz o dżinsach

Mija 22, a ja jak debil prasuję trzecią parę dżinsów. I dopiero pod koniec tej trzeciej pary przypomniałam sobie, że jutro i tak muszę iść w kantach. Pfff… Piszę, że prasuję dżinsy jak debil, bo prasowanie dżinsów nie mieściło mi się w głowie przez jakieś 25 lat życia. Tak jak pisałam wcześniej, z czasów, gdy wyglądałam jakbym sama grała na gitarze gdzieś w mysłowickiej piwnicy, zostało mi przeświadczenie, że ten, kto prasuje dżinsy, ten nie zasługuje na to, by je w ogóle nosić. Podobnie ten, co nie dopuszcza do ustawicznego przydeptywania tychże.
Pamiętam moment, gdy zaczęłam się starzeć, czy może dojrzewać do bycia dorosłą, bo to też wiązało się z dżinsami. Szłam na mały, bardzo prywatny, bardzo zamknięty koncert. Miał grać mój ulubiony skład, ale taki koncert tylko dla najbliższych przyjaciół i ktoś tam z nich wpadł na pomysł, że ja też powinnam być, choć wtedy wcale jeszcze nie byliśmy jakoś specjalnie blisko. Oczywiście wpadłam w panikę, zawinęłam w kokon z kołdry, odmówiłam wyjścia nie tylko z domu, ale nawet z pokoju, no bo jak to, ja, gdzie, w ogóle, wykluczone. Ale w tym kokonie po chwili jęłam się zastanawiać, co założyć, choć wiedziałam, że i tak wszyscy będziemy w powyciąganych tiszertach, trampkach i – oczywiście – wymiętych, podeptanych dżinsach. W ostatnim akcie desperacji przed wyjściem pierwszy raz w życiu wyprasowałam dżinsy, zupełnie jakby mi to miało w czymś pomóc.
Koncert oczywiście był bajkowy, odbywał się w miejscu kultowym, bo w klimatycznym sklepie muzycznym, a ja nawet nie czułam się jakbym była z innej planety. Do dżinsów wracając, kolejne miesiące nadchodziły, a następne pary wciąż nie były prasowane, bo przecież wierność ideałom. Do czasu. Miałam iść na wywiad. Ważny ważny bardzo ważny. Było za wcześnie na sukienkę, za późno na tiszert, poza tym teatr nad tym wszystkim świecił mi jak jakiś wściekły neon, więc trampki odpadły. No i rozmówca mój poważny i mocno mnie niepokojący. Pffff. Nie będzie mnie tu jakiś chłop stresował dodatkowo... No to dżinsy. Pół godziny przed wyjściem: panika. Kokon z kołdry i cała reszta, jak wyżej. I szybkie grzanie żelazka. Uległam przeświadczeniu, że w gładkich dżinsach będę trochę bardziej profesjonalna i trochę mniej przerażona. Jak debil.
Nie umiem się tych dwóch wspomnień pozbyć przy każdym włączeniu żelazka i sama leję ze swojej głupoty. Starzeję się, to pewne. Teraz nie poszłabym do pracy w niewyprasowanych dżinsach. Brzydal dla odmiany nawet skarpetki ma wyprasowane;). Wybieranie i kupowanie żelazka dla nas dodało mi z 10 lat. I od miesiąca spieramy się z powodu dechy. Chciałam taką zadrukowaną jakimiś łosiami czy czymś takim, na co Brzydal nieśmiało zaproponował, aby ponad łosiowatość deski postawić jej stabilność i ogólnie mówiąc praktyczność, na co tylko prychnęłam z dezaprobatą i wyszłam ze sklepu.
Dobra wiadomość na dziś: jutro piątek. Tylko żebym o tych kantach pamiętała. Teraz do poduszki wywiad z Renatą Przemyk.
Zł.

1 komentarz:

Kasija pisze...

to robi wrazenie;-) to prasowanie dzinsow, o skarpetkach nawet nie wspomne.
dla mnie dzinsy zawsze wygladaja tak samo, jak czasem zbyt sie wygniota, to je ladnie skladam, na nich ukladam inne ubrania i ... tyle;-)
nie prasuje jeszcze recznikow i poscieli, to przyszlo z czasem. prasowanie stoi u mnie wysoko w rankingu nielubianych czynnosci;-)