czwartek, 9 lutego 2012

stolarz-pierdoła

Witam Was serdecznie,
Złośnica swojego czasu napomknęła o naszej wspólnej przygodzie pt. Zabawa w dom, a konkretniej w wykańczanie i aranżację domu, a raczej mieszkania. Z tym wykańczaniem różnie bywało, raz wykańczaliśmy nasze kąty My, a czasem kąty wykańczały Nas. Celowo już pomijam nasze wspólne wypady do Castoramy, bo o nich można by pisać epopeję narodową. Ale jednego tematu pominąć nie mogę, bo mnie samego już zaczyna mierzić.

Dnia 18 listopada zamówiliśmy u stolarza drzwi. Piękne drzwi, dębowe drzwi, nasze drzwi. Dogadaliśmy się ze stolarzem co do wzoru, wymiaru, terminu. Wszystko było uzgodnione, termin montażu miał oscylować w granicach 20 grudnia. Pomyślałem sobie, że będzie to dobry prezent świąteczno-noworoczny, ale w duchu jakoś tak nie do końca wierzyłem, że da się od podstaw wystrugać z drewna cztery skrzydła drzwi wraz z futrynami.

No i wykrakałem. Dziś mamy 9 lutego, a drzwi jak nie było, tak nie ma. Przeżyliśmy montaż kuchni, szaf wnękowych, dziś żaluzji, a nasz stolarz zachowuje się tak, jakby się z naszymi drzwiami zżył jakoś emocjonalnie i nie chciał ich oddać. Czas wykonania - miesiąc. Obsuwa - dwa miesiące będą 18 luteg. Cudnie.

W dodatku ze stolarza jest straszna pierdoła. Człowiek, którego łapią się wszystkie nieszczęścia tego świata. Dla przykładu...
- Przeżyliśmy już razem z Nim (za sprawą drzwi oczywiście) nachalnych klientów, którzy odbierali od niego drzwi wejściowe od dwóch lat,
- Przeżyliśmy 6 stycznia, święto które potrzebne jest jak dziura w płocie, ale każdy - włącznie ze Stolarzem - je obchodzi, dzień święty święci i nie pracuje.
- Przeżyliśmy uparte Panie urzędniczki, które nie chciały przyjąć PIT-a rozliczeniowego naszego Stolarza,
- Przeżyliśmy wypadek samochodowy naszego Stolarza,
- Przeżyliśmy razem z nim awarię jego samochodu stolarskiego, w którym skończyły się hamulce, efektem czego powrót z jakże odległych Katowic zajął mu 3 godziny...

Wraz z naszym Stolarzem przeżyliśmy jeszcze wiele mniej lub bardziej prawdopodobnych historii, a drzwi jak nie było, tak nie ma.

W sumie już sam nie wiem co myśleć o tym, bo na zmianę jestem zły i płaczę ze śmiechu, jak przypominam sobie kolejną odbytą wizytę, a było ich już nieskończenie wiele i obawiam się, że wiele jeszcze przede mną.

Jak tylko drzwi pojawią się w naszym wspólnym gniazdku, na pewno Was o tym poinformujemy jak o sukcesie porównywalnym z lądowaniem na księżycu.

Pozdrawiam
Brzydal

p.s. Ciekawe co zrobi z tym postem Złośnica, bo Ona na myśl o Stolarzu tylko się denerwuje...

===================================================

Złośnica z tej strony... Nie ma to jak wrócić do domu po 14 godzinach, odpalić kompa i dowiedzieć się, że w kwestii drzwi bez zmian;). Trzeba przyznać, że Brzydal z godną podziwu regularnością (żeby nie napisać, że z uporem maniaka), czyli dokładnie co dwa dni, nachodzi stolarza i równie regularnie przeprowadza akcję opierdalania tegoż, ale skuteczność tych czynności niestety nie jest oceniania zbyt wysoko.

Poza tym ogłaszam z dumą, że semestr czeskiego zamknęłam z oszałamiającym wynikiem 92% z tego ostatniego gigantycznego testu z gramatyki. I uwaga, nie byłam najgorsza w grupie;). Jestem genialna. Jestem stworzona do nauki języków zachodniosłowiańskich:). Motywacja poszybowała w górę, zajęcia cudowne, a później w składzie grupa + lektorka (czyli całe 3 osoby, hehe) siedzieliśmy 2 godziny w Akancie na Teatralnej, rechocząc radośnie i odreagowując ten przedziwny tydzień.

Brzydal natomiast chyba już odreagował tę sztukę, która mu się nie podobała w sobotę (najwyraźniej wyżył się na stolarzu), bo gdy dziś powiedziałam, że idziemy w niedzielę do teatru, to nie rozłączył się ani nie charczał, tylko powiedział "dobrze". Nie zapytał nawet na co! Bardzo dobrze. Chcę do teatru. W niedzielę chcę, ale zdecydowanie najbardziej chcę w najbliższy piątek...

Zł.

1 komentarz:

Izabela Mikrut pisze...

znajdźcie kolegę Stolarza, upijcie i dowiedzcie się, czy się przypadkiem nie założył, jak długo uda mu się przeciągać sprawę... mr