sobota, 31 marca 2012

Königshütte w BB

Miłość w Königshütte? Wspaniały spektakl. Wyczekany, niewygodny, pulsujący.
Naszemu ulubionemu teatrowi z okazji minionego Dnia Teatru życzymy przede wszystkim żeby się nie zmieniał. Żebyśmy wciąż uważali to za oczywiste, że chcemy tam być.
Brzydal i Złośnica

środa, 28 marca 2012

Potwór z Kołdry

Chciałam napisać fragment scenariusza serialu pt. „Potwór z Kołdry”, ale wygląda na to, że to będzie fabularyzowany dokument. Odcinek pilotażowy mamy za sobą.

Czas akcji: koniec marca, wcześnie rano, więc jeszcze ciemno za oknem (gdyby był koniec czerwca, to też byłoby ciemno przez żaluzje)

Miejsce akcji: blok z oknami z widokiem na nieczynny szyb kopalniany, hałdę i ugór (zwany terenami rekreacyjnymi dla psów i dla ekshibicjonistów-dżunglarzy)

Bohaterowie: początkowo tylko Przedstawiciel Ludu Pracującego Miast i Wsi; po chwili także: Potwór z Kołdry

Scena pierwsza (i ostatnia)

W ciemnym pokoju po pierwszym dzwonku budzika z łóżka wstaje Przedstawiciel Ludu Pracującego Miast i Wsi. Przeciąga się, dwoma palcami delikatnie rozchyla żaluzje, przez chwilę patrzy w ciemność za oknem, wychodzi. Z offu słychać jak włącza światło i radio w kuchni, stawia czajnik (nie żeby czajnik w nocy też leżał). Wraca do sypialni. Siada na brzegu łóżka, w ciemności grzebie w szufladzie. Nie zdaje sobie sprawy, jakie czyha na niego niebezpieczeństwo. Z drugiej strony łóżka powoli zaczyna ruszać się kołdra, z początku tylko jakby ktoś głęboko oddychał. Po chwili kołdra zaczyna nienaturalnie falować, a spod niej wyłazi jedna w ciemności trudna do zidentyfikowania kończyna. Towarzyszą temu dziwne przytłumione posapywania i warknięcia. Coś pod kołdrą zbliża się do Przedstawiciela Ludu Pracującego Miast i Wsi, wydając coraz bardziej niepokojące dźwięki i coraz mniej krępując się wczesną porą. Po chwil wyłania się niczym Uruk Hai, rzężąc „potwóóóóóór z kołdry!!!”, atakując plecy niczego niespodziewającego się Przedstawiciela…

Nie wiem, czy ciąg dalszy nastąpi, bo kolejne sceny mogłyby być zbyt drastyczne.

Jeśli ktoś jest zainteresowany rolą Potwora z Kołdry, to niestety, ta rola jest już obsadzona. Można ewentualnie starać się o rolę Przedstawiciela Ludu Pracującego Miast i Wsi, bo jak Potwór go zeżre, to kolejnego ranka umrze z nudów.

Zł.

wtorek, 27 marca 2012

przeprowadzki express full service

Mogę sobie okleić samochód napisami „przeprowadzki express full service”. Okazało się, że naprawdę duży kawał mojego życia da się przewieźć autkiem o wielkości i mocy nieco większej kuchenki mikrofalowej. Działo się to w sobotnie popołudnie. Moje rzeczy przewożone były metodą na koczownika, czyli wszystko razem bez podziału na grupy tematyczne. U Brzydala wręcz odwrotnie. Jak zwykle idealnie spakował się metodą na turystę, czyli w torby. Zawstydza mnie trochę aż taki porządek… Ale staram się. Od soboty jesteśmy tutaj. Zostajemy.

Zwlekanie się o 6 rano z łóżka jest jeszcze bardziej traumatyczne niż wcześniej. Teraz to dopiero nie chce się oczu otwierać, tym bardziej, gdy wieczorem skręca się jakieś szafki, wiesza lampy albo przymierza półki (ja oczywiście tylko obserwuję z dołu albo profesjonalnie przeszkadzam, bo powierzenie mi wiertarki równałoby się ze zrujnowaniem połowy bloku). Jest tu kilka takich drobiazgów, które mnie rozczulają. Póki co na czele listy rozczulaczy dzielnie trzyma się najprostsza na świecie, wściekle zielona bazylia w doniczce.

W pracy trzymam się dzielnie, choć najwyraźniej mam objawy zaburzeń afektywnych dwubiegunowych (o których kiedyś pisałam pracę roczną, co za bzdurny pomysł…). Wczoraj byłam w absolutnej euforii, bo to był naprawdę dobry, miły, udany dzień w pracy, pomieszany z myślami kolorowymi jak confetti. Do końca dniówki szczerzyłam się nad kompem jak zadowolony lemur, od czasu do czasu wzdychając po cichu, wprawiając w konsternację koleżankę z pokoju. Dziś natomiast, gdybym wiedziała, że niewiele mi grozi, udusiłabym wszystkich, którzy znaleźliby się nie tylko w moim pokoju, ale też w ogóle w pobliżu moich drzwi. Niestety kwitłam na służbowym spotkaniu do godziny 18, z jednej strony udając, że słucham i kiwając głową jak te takie pieski w samochodach emerytów, z drugiej strony - knułam niecne plany ewakuacji, a każdy kolejny bardziej absurdalny, acz w swym zamyśle skuteczny…

Wracając do nas... Jakiś rok temu, kiedy kolejny raz wróciłam do domu załamana własnymi słabymi wynikami, Brzydal oczywiście stwierdził, że to moja wina, bo o siebie nie dbam (hm), nie śpię (nie mam czasu), nieregularnie biorę leki (bzdura), nieregularnie jem (mam sobie timer ustawiać?), a nade wszystko nie jem śniadań (prawda) i w ogóle w pracy to nic tylko kawa (no i jogurty). Wywarczałam mu więc, że między 6 a 7 rano śniadanie jest ostatnią rzeczą, o której myślę i że jak będzie chciał mi robić co rano kanapki do pracy, to ja je łaskawie będę zabierać i nawet jeść o ludzkiej porze. Było to w czasie, kiedy o tym mieszkaniu w ogóle jeszcze nie było mowy. Ale bestia pamiętliwa mi się trafiła. Wczoraj po 6 rano w jednym kapciu przebiegałam do szafy w turbanie w ręcznika, a Brzydal, w tym czasie już gładko ogolony, pachnący i full ubrany, wychodząc z mieszkania rzucił przez ramię, żebym nie zapomniała kanapek. Normalnie jakbyśmy byli w jakimś „Klanie”! Tylko czekać, aż mi się wyniki poprawią;).

Z innych niusów...
- Kochanie, premiera w sobotę w BB. Jedziemy.
- K****! Zapomniałem przewieźć krawaty!

Złośnica

piątek, 23 marca 2012

tylko wiesz...

- Tylko wiesz… Ty wiesz. Wiesz jak jest. – poinstruowano mnie w ten sposób i w tych kilku słowach zawierały się rozmaite prośby i groźby dotyczące dnia dzisiejszego.

- WIEM! Profeska. – co znaczyło, że biorę wszystko na klatę, że będę anielsko miła i grzeczna, że nie będę wprowadzać nastroju psychozy, że nie będę wychodzić przed szereg i rzucać się w oczy, że zrobię wszystko tak jak trzeba i że będę pamiętać, że jestem w pracy.

Nie do końca wszystko się udało. Nie mnie, tylko ogólnie. Czyli nam. Był moment, że koleżanka zabroniła mi na siebie patrzeć, bo twierdzi, że pod wpływem stresu moje spojrzenie robi się demoniczne, a oczy większe niż zwykle, co ją stresuje jeszcze bardziej. Wczoraj natomiast, kwitnąc w biurze od 7 do 21, oczy miałam coraz mniejsze, tylko włosy ulegały dziwnemu samoczynnemu postępującemu rozczochraniu, co spowodowało kilka potrzebnych nam wybuchów śmiechu… Ale dziś, dziś.

Arcyważne dziś. Sztandarowe, prawdziwe, tradycyjne. Pełne różnych emocji, jak się okazało w trakcie. Smutne dosyć, ale tego w scenariuszu nie dało się ani przewidzieć, ani zapisać. Scenariusz podstawowy – blisko 30 stron. Ze wszystkimi dodatkami i załącznikami dobijał 50. Potwornie mi się to podoba, ta atmosfera, ten cały ceremoniał. Ten zapierdziel na kilka godzin przed. Te rozmowy po wszystkim, które mimo całej swej szorstkości dość konkretnie uczą, pokazują, wytykają błędy, doświetlają te strony, których my nie dostrzegamy w ferworze walki z materią…

Drobiazgi z tego zapamiętam. Kilka uścisków dłoni jak już było po . Parę porozumiewawczych spojrzeń w oczy, z których niektóre znaczyły „czaaaad!”, a inne „kuuuurwa…” I jeden uśmiech na chłodnym korytarzu. Wybiegłam na korytarz z głębi sceny, a tym korytarzem akurat powolutku szedł ON, przenikliwy sędzia natury ludzkiej, mistrz ironii i demaskator absurdów świata. Cofnęłam się, żeby nie ściągać na siebie jego wzroku (my tam wszystkie jesteśmy nauczone anonimowości i prawie że przejrzystości, co przy moich gabarytach do łatwych nie należy), ale gdy mnie mijał, sam podniósł wzrok i się do mnie uśmiechnął. Bajka. Zapamiętam jeszcze rozbłyskujący wyświetlacz telefonu, bo dźwięk przecież wyłączony. Kilka sekund na to, by myśleć o czymś innym. O czymś bardzo innym. A miała być profeska!

Popołudniu wyszłam z biura raczej smutna. Szorstko. Nauczona doświadczeniem wiem, że nie warto cieszyć się tak od razu na spontanie, bo to i tak wszystko huknie o podłogę wzniecając tumany kurzu. Później najwyraźniej nam wszystkim emocje trochę opadły, bo jeden es, dwa esy, że super, że dzięki, że naprawdę, Ty, my, wszyscy… Wróciłam do domu i padłam bez sił, słuchając coraz większych smutów.

Potwornie mi się to podoba, ale też kosztuje to potwornie wiele. Jako że chce mi się płakać, muszę czym prędzej pokonać zmęczenie i zestaw innych słabości i wyjść z domu. PIĄTEK!

Zł.

wtorek, 20 marca 2012

kilku panów

Pierwszy Pan rozwalił mnie o 7 rano. Jadę do pracy, śpiewam absolutnie genialne nieulegające procesom starzenia Counting Crows i z Murckowskiej wjeżdżam w Warszawską. I od razu przejście dla pieszych, na które wchodzi Pierwszy Pan. Chłopak właściwie, taki koło trzydziestki. Zatrzymałam się centymetr przed pasami i macham mu, żeby przechodził (co ma też pewien związek z tym, że był niezwykłej urody i przy okazji przepuszczania mogłabym jeszcze przez 10 sekund tego osobnika podziwiać zza szyby). A on na to zgiął się wpół, wykonał iście dworski ukłon i niezwykle wytwornie pomachał, że to ja mam jechać. Zdębiałam, na co on ów gest powtórzył, przejechałam więc obok powolutku, a on mi jeszcze zasalutował... Dobry początek dnia.

Drugiego Pana, Trzeciego i Czwartego spotkałam stojąc w korku przed 16 na wysokości Novotelu. Ja na lewym pasie, oni na prawym. Wszyscy w jednym, dużym aucie. Policyjnym. Oni oczywiście w mundurach. Nagle zaczęli do mnie machać i - uwaga - wszyscy wskazującym palcem prawej ręki celowali w otwarte usta, a palcem lewej ręki pokazywali pionowo w dół. I trzęśli się ze śmiechu. Jak widać, mój Kot Simona na aucie wciąż wzbudza zainteresowanie, nawet mundurowych. Odjeżdżając, Drugi Pan wystawił przez okno wiele mówiący w górę wyprostowany kciuk. 

Pan Piąty mówił przez prawie dwie godziny non stop. Człowiek-dygresja. Zaczynał jeden temat, w kilku słowach przechodził do kolejnego, aby znów wpaść w jakieś tylko dla siebie jasne skojarzenie i zacząć kolejną, zupełnie nieprawdopodobną anegdotę. Pasją ociekało każde jego zdanie i każda najmniejsza historyjka. W życiu nie widziałam kogoś, kto by aż tak sugestywnie gestykulował. Fascynujące dłonie! Miałam Pana Piątego na wyciągniecie ręki i mogłam jakoś połączyć to, co o nim wiedziałam, z tym, co zobaczyłam. Mówił o tym, jak się pracuje, jakie trzeba mieć predyspozycje, jakie niesie zagrożenia, jak to zorganizować, jak było, jak będzie. Podobało mi się, jak mówił Pan Piąty i nie mam wątpliwości, że po kolejnych dwóch godzinach jego opowieści nie straciłyby barw. Żeby napisać jeden ze swoich tekstów, gadał z jednym facetem równe dwie doby (później ten właśnie rozmówca wylądował na okładce "Dzienników kołymskich"). Piąty Pan nazywa się Jacek Hugo-Bader. 

W ciągu dnia jeszcze jeden Pan rozwalił mnie jedną krótką opowieścią o motorniczym. Później dopiero do mnie dotarło, że to fantastyczny temat na felieton, o czym Pana przy najbliższej okazji poinformuję, bo taki temat to skarb.

Więcej Panów nie pamiętam.

Z.

poniedziałek, 19 marca 2012

9 dni

9 dni, 9 spektakli, prawie 24 godziny w teatrach, na sztukach, rozmowach przed, rozmowach po. Teksty teksty teksty. Czas. Pretekst kontekst tekst. Z pracy do teatru. Radocha. Twarze, głosy, nazwiska, tytuły. Pierwszy w życiu mój taki teatralny maraton. Teraz muszę odpocząć. Dajcie mi kilka dni i mogę to powtórzyć;).

10 marca – Inauguracja Festiwalu „Pan Tadeusz czyli Ostatni Zajazd na Litwie”, reż. Mikołaj Grabowski, Narodowy Stary Teatr im. H. Modrzejewskiej z Krakowa,
godz. 18.00 Teatr Śląski SPEKTAKL MISTRZOWSKI
czas trwania: 3 godz. 15 min. (1 przerwa)

Za młoda jestem na taką klasykę! I zbyt długo uczyłam się do egzaminu z romantyzmu, żeby się dać uwieść takiemu odczytaniu tej klasyki… Ale warto było: dla granej na żywo genialnej muzyki Koniecznego; dla Jana Peszka, za którego grą tęskniłam od „Scenariusza dla nieistniejącego lecz możliwego aktora instrumentalnego”; dla Arkadiusza Brykalskiego i kreacji Jankiela; dla Marcina Kalisza, któremu pięknie w mundurze majora; dla tej dość leniwej myśli, że zrobioną po bożemu sztukę też czasem można zobaczyć, byle nie za często. Wychodzę śpiąca i boję się, co będzie dalej.


11 marca „Lenz”, reż. Barbara Wysocka, Teatr Narodowy z Warszawy
godz. 20.00 TVP Katowice SPEKTAKL KONKURSOWY
czas trwania: 1 godz. 15 min.

Scena w studiu TVP zniknęła pod śniegiem. Jeśli ktoś ma alergię na słowa „niemiecki” i „romantyzm”, to spokojnie: na „Lenzu” alergia by się nie pognębiła. Byłam zauroczona klimatem jak z islandzkiego filmu. Zaskakująco szybko wylazła z tej sztuki absolutna uniwersalność. Do tego myśl, że wszystko powinno być osiągalne w paru krokach. I trzy ziarnka piasku w kolanie. Z nudów można się zakochać, zabić albo zostać mordercą. Czarujący Szymon Czacki. Wychodzę ze śniegiem pod powiekami.



12 marca „Jak być kochaną”, reż. Weronika Szczawińska, Bałtycki Teatr Dramatyczny
im. J. Słowackiego z Koszalina,
godz.17.00 Teatr Śląski SPEKTAKL KONKURSOWY
czas trwania: 1 godz. 10 min.

Gdyby nie film Hasa, miałabym potworny problem, bo nie było mi dane czytać Brandysa. Nie wierzę, że wszyscy na widowni czytali lub oglądali, więc pytanie, do ilu osób trafił ten spektakl? Bez kontekstowych fundamentów 90% jest nie do ogarnięcia. Do zapamiętania niezwykła dyscyplina aktorów i ta przedziwna scena wgryziona w widownię. Wychodzę zaintrygowana i dopiero po kilku godzinach umiem powiedzieć, co do mnie przemawia, a co nie.

http://youtu.be/JXZwO1iG8XU


13 marca „III furie”, reż. Marcin Liber, Teatr im. H. Modrzejewskiej z Legnicy
godz. 20.30 TVP Katowice SPEKTAKL KONKURSOWY
czas trwania: 1 godz. 50 min.

Pociąg bezosobowy znikąd do nie wiadomo dokąd. Wszystko, co ma lub powinno mieć jakąś wartość, odbili w krzywym zwierciadle i ten obraz spotęgowali, obrysowali grubą krechą i na koniec obśmiali. Do zapamiętania bezdomny trzymający wysoko nad głową wielką dyskotekową kulę. Nie do zapomnienia genialny Rafał Cieluch jako MC Apollo, w ciągłym ruchu, z minuty na minutę coraz bardziej demoniczny i rozczochrany, hipnotyzujący, przyciągający i zatrzymujący mój wzrok. Kilka scen mi uciekło, bo patrzyłam tylko co robi Apollo. Wychodzę przeszczęśliwa, pełna wiary w teatr, i mam ochotę zaczepiać obcych ludzi na ulicy i targając ich za rękaw mówiąc: wspaniałe!

 
14 marca „Judyta”, reż. Wojtek Klemm, Teatr Współczesny ze Szczecina
godz. 19.00 Teatr Śląski SPEKTAKL KONKURSOWY
czas trwania: 1 godz. 50 min.

Tak jak w „Lenzu”, tu też proces uwspółcześniania przebiegł gładko, ofiar w widzach nie było. Stary Testament w XXI wieku w Katowicach miał się całkiem dobrze. Wielki wódz w japonkach. Kobiety, które chciałoby się znać. Męskość, kobiecość, poświęcenie, odpowiedzialność. Fantastyczny fagot. Zadziwiające, że ta konsekwentna, ostra sztuka została aż tak pominięta podczas przyznawania nagród. Wychodzę ze świadomością, że widziałam coś naprawdę dobrego.


15 marca „Wielki Gatsby”, reż. Michał Zadara, Teatr Polski im. H. Konieczki z Bydgoszczy
godz. 18.00 Teatr Rozrywki SPEKTAKL KONKURSOWY
czas trwania: 3 godz. (1 przerwa)

Pierwszy raz w życiu zastanawiałam się, czy nie uciec w przerwie. Naprawdę, nigdy mnie aż tak nie kusiło. Raz, że już może byłam zmęczona, a dwa, że sztuka dłużyła mi się straszliwie, nie przemawiało do mnie ani aktorstwo, ani muzyka, ani nawet ta super hiper turbo mega wspaniała scenografia, o której napisano już milion recenzji. Szkoda trochę, bo to moje drugie zderzenie z bydgoskim teatrem (kto pamięta moją reakcję na „Szwoleżerów’?) i drugi raz kompletnie nie wiem, kto jest tym wymarzonym odbiorcą. Wychodzę mocno rozczarowana, ze świadomością, że w teatrze szukam czegoś innego.

 
16 marca „Leningrad”, reż. Łukasz Czuj, Teatr Piosenki we Wrocławiu
godz.20.00 Centrum Kultury Katowice – Sala Koncertowa IMPREZA TOWARZYSZĄCA
czas trwania: 1 godz. 30 min.

Nie mam siły! – jęczę przed wyjściem. Jeszcze chwilę bym się nad sobą poużalała i bym nie poszła. I byłaby tragedia, bo nic mnie tak nie rozwaliło energią na tym festiwalu jak „Leningrad”! Zawsze miałam słabość do wszystkich śpiewanych teatralnych dziwadeł, które nie są normalnym spektaklem, a do musicalu mają lata świetlne. To, co na scenie pokazali Tomasz Mars i Mariusz Kiljan wciągnęło mnie zupełnie swoją chropowatą strukturą, szorstką, ale zabawną wulgarnością i tym rosyjsko-karpackim klimatem, który przesiąkło też np. moje ukochane Gogol Bordello. Wychodzę pełna energii, sama siebie ochrzaniając, że niby nie miałam siły wyjść z domu. I mam ochotę tańczyć na stole z Kiljanem.

17 marca „Położnice szpitala św. Zofii”, reż. Monika Strzępka, Teatr Rozrywki z Chorzowa
godz. 20.00 Teatr Rozrywki SPEKTAKL KONKURSOWY
czas trwania: 3 godz. (1 przerwa)

Poszli po bandzie. Trochę karykatura, trochę horror. Dystans, sarkazm, absurd. Duch położnej, Generał Franco i postulat, aby solidarne spastykować. Iza Malik i Darek Niebudek w świetnej formie. Duch położnej! I ten czarny anioł, Bartosz Jaśkowski, którego już kiedyś słuchałam na żywo w zupełnie innych okolicznościach i się rozpływałam;).
18 marca – Uroczyste zakończenie Festiwalu „Bracia Karamazow”,
reż. Janusz Opryński, Teatr Provisorium z Lublina
godz. 18.00 Teatr Śląski SPEKTAKL MISTRZOWSKI
czas trwania: 2 godz. 40 min.

Mistrzowski, hm? Może byłam trochę senna, ale co chwilę wydawało mi się, że tekst się sypie. Mimo to, przedstawienie spójne, ciekawe, mroczne, z pomysłem, dynamiczne. Mariusz Pogonowski bardzo na tak. Świetna muzyka, niezwykła scenografia, kłęby dymu i to coś, czego zabrakło w „Panu Tadeuszu”, coś, co zaskakuje i wyrasta ponad literackie wyobrażenia o kanonie.

W ciągu tych kilku dni napisałam więcej niż w ciągu całego zeszłego roku. Myślę, że sporo się nauczyłam. Zrozumiałam też, co umiem, a czego jeszcze nie. Okazało się też, że piszę łatwiej niż się spodziewałam. Wystarczy myślami oderwać się od siebie samej i nie traktować tego emocjonalnie w swoim własnym kontekście. I od razu jest lepiej. Się pisze.

To tyle. Koniec bajki, oklaski, kurtyna, światła, numerek, szatnia... I wszystko wraca do normy.

Brzydalu! Dzięki, że to przeżyłeś. Nie mam czasu! Jadę do Chorzowa! Nie mam czasuuu... Jestem w drodze do telewizji. Nie żartuj, wrócę przed północą. Nie mogę, muszę pisać...

Zł.

niedziela, 18 marca 2012

Laur Konrada dla III Furii :)

Wróciłam z zamknięcia Interpretacji. Jest dobrze. Od jutra wracam też do normalnego życia.

Nagrody:

Nagroda Dziennika Teatralnego - Rafał Cieluch za rolę MC Apolla w spektaklu "III Furie" (reż. M. Liber)
Nagroda Dziennikarzy akredytowanych na Festiwalu - "III Furie" (reż. M. Liber)
Jury społeczne - "Jak być kochaną" (reż. W. Szczawińska)
Nagroda publiczności - "Położnice Szpitala Św. Zofii" (reż. M. Strzępka)

Laur Konrada - "III Furie" (reż. M. Liber)


Głosy jury:

1. Ewa Skibińska - "Położnice Szpitala Św. Zofii"
2. Izabela Cywińska - "III Furie"
3. Zygmunt Konieczny - "III Furie"
4. Justyna Łagowska - "Położnice Szpitala Św. Zofii"
5. Janusz Opryński - "III Furie"

Koniec bajki.

Złośnica

piątek, 16 marca 2012

Leningrad!

Tylko kilka słów. Festiwalu dzień siódmy. Dzisiaj. Bo wczoraj, dnia szóstego, zwątpiłam. Chyba pierwszy raz w życiu poważnie rozważałam ucieczkę z teatru w czasie przerwy. Nieustająca wiara w scenę kazała mi zostać, jednak wracając do domu sama do siebie skamlałam w aucie: "niech mi się wreszcie coś spodoba! niech mnie coś rozwali bo inaczej zwariuję..." I moje prośby zostały wysłuchane. I to jak szybko! Dzisiaj, siódmego dnia. Jak cudownie...
Proszę bardzo:
Wróciłam właśnie z Pałacu Grudniowego, gdzie Łukasz Czuj wypuścił na zagraconą scenę kilku zupełnie dzikich, powalonych, szorstkich facetów w tym typie, za którym wprost przepadam... Śpiewali i grali cudownie i zachowywali się absolutnie obłędnie. "Leningrad" z Teatru Piosenki we Wrocławiu zupełnie porwał publiczność, atmosfera fantastyczna, kupili mnie w 5 minut. I UWAGA UWAGA, DNIA SIÓDMEGO FESTIWALU NASTĄPIŁO PIĘKNE, SPONTANICZNE, SZCZERE STANDING OVATION. Nareszcie coś, co naprawdę było tego warte! Punkowo było, tak garażowo brudno, energetyczne to było jak pogo i głośne jak Jarocin. Chłopcy dwa razy bisowali i pognali jeszcze do Archibaru na after party. Gdyby nie to, że jestem już martwa po tym zupełnie szalonym tygodniu, poszłabym z nimi, przede wszystkim po to, żeby się im wszystkim jednocześnie oświadczyć. Fantastyczny, cudny, genialny spektakl o tych, którzy są błędem w statystykach. Lepszego w tym roku nie widziałam. Koniecznie do obejrzenia drugi raz, obowiązkowo, na pewno!
Złośnica

środa, 14 marca 2012

przerwa na festiwal

Tak, oczywiście zdaję sobie sprawę, że mieć bloga i nie pisać bloga nie ma większego sensu. Mam też świadomość, że brak nowych postów powoduje wiele skutków ubocznych, m.in. spadek czytelnictwa, rozdrażnienie czytelników powracających i zmniejszenie się liczby nowych czytelników. Obiecuję, że napiszę o Interpretacjach jak to wszystko się skończy...
To oczywiście przez Interpretacje zapominam o istnieniu bloga. Żeby jakoś zorganizować swoje życie w tym tygodniu, ustaliłam sobie banalny schemat, którego się trzymam i który już 5 dni nieźle funkcjonuje. Wygląda tak: sen - praca - tekst - teatr! - tekst - sen - praca - tekst - teatr!... i tak w kółko. Trzymam się dzielnie, chłonę festiwalową atmosferę, choć nie bratam się zanadto, choć niektórzy próbowali. Oglądam, wzdycham, skrobię w notesie po cimoku, a kolejnego dnia w pracy (niewyspana, rozczochrana, nieobecna) opowiadam koleżankom (których to kompletnie nie interesuje), jak było, z jakimi emocjami się wiązało i czy powodowało urywanie tyłka czy atak ziewania.
Muszę przyznać, że wielką przyjemność odnajduję w oglądaniu spektakli z aktorami, których nie znam, sztuk tych reżyserów, o których wcześniej co najwyżej czytałam. Kilka twarzy do zapamiętania na dłużej. Cały ten tydzień do zapamiętania.
Zł.

PS Brzydal otrzymuje od mnie raczej krótkie teatralne komunikaty, najczęściej "lepiej, że ze mną nie byłeś..." W zamian za to ja dostaję różne dobre wiadomości, np. "podłączyli nam internet. nawet działa". Odwdzięczam się niusem dnia: "mamy odkurzacz!" :) I jak tu żyć teatrem, jak mam ochotę pakować walizki?

sobota, 10 marca 2012

lans!

Uwaga! Lans będzie! Dziki dziki lans.
Cieszę się potwornie...
I o ile dzisiejszy trwający ponad 3 godziny spektakl nie urywał tyłka, o tyle te ponad trzy godziny spędzone właśnie tam i właśnie tak ponownie obudziły moje standardowe teatralne ADHD.
9 dni z rzędu co wieczór na spektaklu! To mój pierwszy w życiu taki maraton. Rzucam się na to bez opamiętania, przesuwając milion innych spraw na drugi i trzeci plan, wiele codziennych myśli i zadań chowając gdzieś za kulisami albo zrzucając w przestrzeń zapadni. Teatr albo nigdy!
"Mój Boże wiem, że ciebie nie ma, ale w razie czego...", daj mi proszę dużo siły na te 9 dni.
Z.

piątek, 9 marca 2012

regał

Tam dom twój gdzie książki twoje! Niewiele mam rzeczy tak ekstremalnie moich jak książki. U mnie stały grzecznie na jednym dość sporym regale, z którego kiedyś własnoręcznie usunęłam szklane drzwi (bo mi się w nich wściekle księżyc odbijał, a światło skierowane na środek mojej poduszki nie dawało spać). Na tych stojących książkach inne leżały równie grzecznie, przyczajone w takiej pozycji z braku miejsca. Na meblu obok wyrósł niemal metrowy stos książek do przeczytania. Te z regału ułożone były strategicznie, tematami, krajami, autorami, ale czasem zmieniały położenie między półkami: zdarzało się, że jakaś awansowała na najwyższą półkę, inne spadały całymi seriami. W książkach mam porządek. Tylko w książkach.

Nie wyobrażałam sobie w ogóle, że mogłabym być gdzieś indziej bez książek.

Uznałam, że oszczędzę Brzydalowi obecności tylu książek w sypialni. Przy salonie też się nie upierałam. Bo skoro mamy pierdolnik, to przecież tam mogę wstawić dwa wielkie regały, przenieść tam wszystkie moje książki i czekać, aż zapełnię drugi regał, co jest tylko kwestią czasu. Brzydal zdecydowanie zaprotestował, a argument, że mam nie robić empiku z pokoju dla dziecka zwalił mnie z nóg i zrobił furorę u mnie w pracy;). (Próbowałam jeszcze w pierdolniku umieścić toaletkę z wielkim lustrem i milion moich kosmetyków, od których jestem uzależniona, ale usłyszałam, że nie tylko nie będę tam robić empiku, ale też nie będę robić rossmana. Hm). Brzydal miał jeszcze jeden genialny pomysł. Zasugerował, żebym nie przeprowadzała tych książek, które już czytałam. Wtedy wzięłabym może 10 sztuk i nie byłoby problemu… W szoku padłam na kanapę i wykonałam facepalm.

Książki na szczęście nie zostały bezdomne. Brzydal wykazał się wielkim wyczuciem i potężną dawną romantyzmu i w Dzień Kobiet wstawił do salonu pokaźnych rozmiarów regał, a w dowód nieustających uczuć dopasował nawet wysokość półek (wiercąc dziury do godziny 22), żeby na pewno zmieściły się wszystkie moje książki. A dziś zatargał za górę cztery piekielnie ciężkie kosze i było trochę jak w piosence T.Love – „dziewczyna się przygląda zamiast mi pomóc”… Zanim trafiły na regał, książki trafiły tu:

 
Cudownie było mieć w rękach każdą z nich. Przeczytałam mnóstwo dedykacji, też takich, że mam nadzieję, że nikt inny nigdy nie przeczyta. Znalazłam full zakładek, przede wszystkim starych biletów do teatru. Niektóre kartkowałam i czytałam Brzydalowi te fragmenty, które rozwalają mnie mimo upływu lat (nie mogłam się oderwać od „Czyli nigdzie” Bergera). Były w nich pocztówki, kartki, karteczki, notatki. Do wieczora dzieliłam je na nowo. Czechy. Rosja. Turcja. Śląsk. Janda. Głowacki. Lodge. Llosa. Teatr. Foer-Mitchell-Haskell (trójca święta). Wierszydła. Cała reszta. Cuda wianki.

Znalazłam kilka książek, które na pewno nie są moje. Jeden Llosa myślałam, że jest mój, ale dedykacja głosi „dla kogoś bardzo ważnego”, a nieczytelny podpis i data nie mówią mi zupełnie nic. Oddać muszę też „The Pursuit of Alice Thrift” (odesłać do Brukseli), „Teatr Polski 1945-2000” (może wrzucić do samochodu i oddać przy okazji) i „Mój znak” wiadomo kogo. Jeśli ktoś jeszcze mi coś pożyczył, proszę się upomnieć. No i jeśli ktoś ma coś mojego, o czym nie pamiętam, proszę o zwrot zanim wpadnę w szał.

z.