czwartek, 8 marca 2012

chusteczki

Wracałam do mojego działu z naszego głównego budynku. Bliziutko. Zimno jak w psiarni, zanosiło się już na ten popołudniowy i niespodziewany marcowy śnieg. W połowie drogi na murku siedziała dziewczyna i płakała tak strasznie, że automatycznie zatrzymałam się przy niej. Oczywiście dookoła sporo ludzi, ale nikt nic nie widzi. A ona chlipie, rozmazana jak miś panda, minę ma nieszczęśliwą i najwyraźniej ma też zerową motywację by się stamtąd ruszyć.
- Co się stało? - zapytałam stojąc nad nią.
- Zostaw mnie! - niezbyt zachęcająco szczeknęła w moją stronę, podnosząc głowę i zanosząc się jeszcze żałośniejszym szlochem.
- Ok, oddam ci moje chusteczki i pójdę sobie - wygrzebałam z torebki paczkę, którą wzięła po sekundzie wahania, podziękowała nawet i zaczęła się tłumaczyć, że swoje najwyraźniej zgubiła. Siadłam obok na tym murku. Kontakt złapany.
- Pracuję tutaj, mogę ci jakoś pomóc? Jesteś od nas? - odpowiedzią był tylko kolejny atak płaczu.
Po chwili powiedziała tylko, że wszystko jej się jednocześnie wali na głowę. Rzęsy miała już zupełnie poklejone od łez, nos czerwony jak renifer z kreskówek. Spod czapki falowały jej długie jasne włosy. Śliczna. Później powiedziała też, że jest w ósmym miesiącu, ale że w sumie nie z tego powodu płacze.
- Wolę nie wdawać się w szczegóły. - powiedziała poważnie.
- Ale ja wcale nie pytałam o szczegóły - zauważyłam, a na jej twarzy zagościło coś, co można by nazwać jakimś cieniem uśmiechu. Okazało się, że nie jest od nas, wręcz przeciwnie, bo z instytucji jak najbardziej konkurencyjnej. Trochę mówiła sama, trochę wypytywała mnie. Zdziwiło mnie, że w takim stanie w ogóle mnie słucha. Po 15 minutach wspólnego siedzenia na murku przestała ryczeć, a ja mogłam wrócić do biura. Z pięć razy podziękowała mi za te głupie chusteczki, jakby to naprawdę miało jakiekolwiek znaczenie.

Wracałam trochę rozbita do mojego biura, zamarzałam po drodze i przypomniało mi się, jak sama czasem ryczałam gdzieś między obcymi ludźmi, na ulicy, na wydziale, gdzieś na ławce w parku, w autobusach i tramwajach. Po prostu czasami nie zdąży się wrócić do domu i zamknąć za sobą drzwi żeby coś odreagować. Dotarło do mnie, że nikt obcy nigdy do mnie nie podszedł i nie zapytał, co się stało, czemu płaczę albo czy nie potrzebuję chusteczek. Przerażające. I dzisiaj obok tej uroczej dziewczyny przeszło tyle osób, nikt nie spojrzał nawet, nie mówiąc o jakiejkolwiek ludzkiej reakcji. Nawet nie zapytałam jak miała na imię, przecież to nie ma znaczenia. Wystarczy, że wyglądała tak, jakby na czole miała napisane HELP. Dobrze, że nie posłuchałam tego mało zachęcającego "zostaw mnie" na początek. Ona sama w to nie wierzyła.

Tymczasem w ramach dbania o własne zdrowie psychiczne, na jutro wypisałam wniosek urlopowy. Pierwszy od baaaardzo dawna.
Z.

Brak komentarzy: