sobota, 3 marca 2012

goście goście

Cztery dowody na to, że znalazłam się nad energetyczną przepaścią:

1. Codziennie budzę się o 6 rano i jak prawdziwy internetowy narkoman przez komórkę ściągam prywatną pocztę (na wpół przez sen, oczy jeszcze zamknięte, bo wyświetlacz razi). Wczoraj zbudziłam się tak nieprzytomna, że nie umiałam sobie przypomnieć własnego hasła, którego nie zmieniałam od 12 lat.

2. Rano nie mam siły stawiać irokeza, przez co wyglądam na grzeczną i poukładaną, co trochę mija się z prawdą i wprowadza w błąd.

3. Wieczorem nie mam siły na czytanie, co stoi w opozycji do moich przyzwyczajeń, które normalnie każą mi pożerać kilka książek miesięcznie. Čapek ledwo zaczęty.

4. Nadszedł ważny teatralny weekend, bo są premiery w Sosnowcu, Chorzowie i Bielsku. A ja nie dość, że mam full pracy i full nauki, to czuję, że w obecnym stanie nie powinnam prowadzić auta taki hektar (dziś wydawało mi się, że nawet do Katowic nie powinnam). Nie byłabym też w stanie pisać na bieżąco. W związku z tym teatr przesuwam na bliżej nieokreśloną przyszłość.

W tym tygodniu kończyłam szalenie ważny projekt, więc bez kija nie podchodź, a jeszcze w środę po godzinach wezwał mnie do siebie Szef Wszystkich Szefów. To się naprawdę bardzo, bardzo rzadko zdarza. Fiknąć można z nerwów. Siedź prosto i nie oddychaj. I to krzesło, które jest wydarte tylko na brzegu. Nie wierzę, że kiedykolwiek ktoś się na tym krześle oparł! I ten wielki zegar zaczął dzwonić, jak w horrorze. Rany… Bujałam się z tymi papierami jeszcze cały dzień, aby w czwartek po czeskim o godzinie 20 triumfalnie wkroczyć na pocztę i wysłać to do wszystkich diabłów na 4 godziny przed ostatecznym terminem. Pozamiatane.

I jeszcze wczoraj ten telefon! Z góry. Że delegacja, że coś tam, że języki przecież, że ja mam iść z nimi (fikłam pod biurko), bo przecież nikt inny, bo mnie zna i wie, że tylko ja się nadaję (nie mogę słuchać takich bzdur). Próbowałam przekonać mojego rozmówcę, że to nie jest towarzystwo dla mnie, że ja tam umrę między nimi, bo kto ja jestem, ale miał mocniejsze argumenty i w końcu wydusił ze mnie, że biorę to na klatę i że się tymi gośćmi zajmę przez kilka godzin. Goście mają milion tytułów i CV na trzysta stron, są z Neapolu i podobno nie mówią najlepiej po angielsku. W związku z tym ja mam całe 3 dni, by przypomnieć sobie wszystko to, co kiedykolwiek umiałam z włoskiego. Bo tylko ja. Haha. Ok. Rzecz w tym, że skończyłam zabawę z włoskim ponad 2 lata temu. Bo rosyjski i bo czeski. Nie pamiętam nic. Poza tym to moje B1 i tak nigdy nie było na tyle imponujące, by czuć się najpewniej na świecie. Do tego należy dodać mój kryzys energetyczno-farmakologiczny, by uzyskać całościowy obraz nastroju na weekend. Marzę o tym, by się wyspać, ale obok mnie leżą papiery z condizionale semplice i jakieś kosmiczne imperfetto. Tylko upewniłam się, że goście przyjeżdżają w tym tygodniu. W kolejnym – mam nadzieję – idę na Interpretacje. Wtedy mógłby nawet sam papież przyjechać, ale ja nie mam zamiaru rezygnować z festiwalu.

Światełko w tunelu: wczorajsza impreza w Imielinie. Warto było. Zrobię wszystko by nie stracić tej ekipy, i służbowo, i prywatnie. Im większa odpowiedzialność (wciąż rośnie), tym bardziej czuję, że jestem u siebie.

Do słuchania podrzucam coś włoskiego, a jakże! Gianny Nannini słuchają wszyscy Włosi. Gianna jest popularna jak Rodowicz, Bajm, Cugowski i Lombard razem wzięci. Mam nadzieję, że nie rozumiecie włoskiego, bo tej piosenki da się słuchać tylko wtedy, kiedy się jej nie rozumie. To nieprawdopodobne, że można napisać tak fatalny tekst;). Ale po włosku nawet taki kicz brzmi po prostu ładnie, obadajcie.

Zł.

EDIT w niedzielne południe. Irokez - reaktywacja. Komisyjnie zmierzony, ma jakieś 12 cm wysokości. Ja się tak łatwo nie dam!

Brak komentarzy: