wtorek, 20 marca 2012

kilku panów

Pierwszy Pan rozwalił mnie o 7 rano. Jadę do pracy, śpiewam absolutnie genialne nieulegające procesom starzenia Counting Crows i z Murckowskiej wjeżdżam w Warszawską. I od razu przejście dla pieszych, na które wchodzi Pierwszy Pan. Chłopak właściwie, taki koło trzydziestki. Zatrzymałam się centymetr przed pasami i macham mu, żeby przechodził (co ma też pewien związek z tym, że był niezwykłej urody i przy okazji przepuszczania mogłabym jeszcze przez 10 sekund tego osobnika podziwiać zza szyby). A on na to zgiął się wpół, wykonał iście dworski ukłon i niezwykle wytwornie pomachał, że to ja mam jechać. Zdębiałam, na co on ów gest powtórzył, przejechałam więc obok powolutku, a on mi jeszcze zasalutował... Dobry początek dnia.

Drugiego Pana, Trzeciego i Czwartego spotkałam stojąc w korku przed 16 na wysokości Novotelu. Ja na lewym pasie, oni na prawym. Wszyscy w jednym, dużym aucie. Policyjnym. Oni oczywiście w mundurach. Nagle zaczęli do mnie machać i - uwaga - wszyscy wskazującym palcem prawej ręki celowali w otwarte usta, a palcem lewej ręki pokazywali pionowo w dół. I trzęśli się ze śmiechu. Jak widać, mój Kot Simona na aucie wciąż wzbudza zainteresowanie, nawet mundurowych. Odjeżdżając, Drugi Pan wystawił przez okno wiele mówiący w górę wyprostowany kciuk. 

Pan Piąty mówił przez prawie dwie godziny non stop. Człowiek-dygresja. Zaczynał jeden temat, w kilku słowach przechodził do kolejnego, aby znów wpaść w jakieś tylko dla siebie jasne skojarzenie i zacząć kolejną, zupełnie nieprawdopodobną anegdotę. Pasją ociekało każde jego zdanie i każda najmniejsza historyjka. W życiu nie widziałam kogoś, kto by aż tak sugestywnie gestykulował. Fascynujące dłonie! Miałam Pana Piątego na wyciągniecie ręki i mogłam jakoś połączyć to, co o nim wiedziałam, z tym, co zobaczyłam. Mówił o tym, jak się pracuje, jakie trzeba mieć predyspozycje, jakie niesie zagrożenia, jak to zorganizować, jak było, jak będzie. Podobało mi się, jak mówił Pan Piąty i nie mam wątpliwości, że po kolejnych dwóch godzinach jego opowieści nie straciłyby barw. Żeby napisać jeden ze swoich tekstów, gadał z jednym facetem równe dwie doby (później ten właśnie rozmówca wylądował na okładce "Dzienników kołymskich"). Piąty Pan nazywa się Jacek Hugo-Bader. 

W ciągu dnia jeszcze jeden Pan rozwalił mnie jedną krótką opowieścią o motorniczym. Później dopiero do mnie dotarło, że to fantastyczny temat na felieton, o czym Pana przy najbliższej okazji poinformuję, bo taki temat to skarb.

Więcej Panów nie pamiętam.

Z.

Brak komentarzy: