piątek, 16 marca 2012

Leningrad!

Tylko kilka słów. Festiwalu dzień siódmy. Dzisiaj. Bo wczoraj, dnia szóstego, zwątpiłam. Chyba pierwszy raz w życiu poważnie rozważałam ucieczkę z teatru w czasie przerwy. Nieustająca wiara w scenę kazała mi zostać, jednak wracając do domu sama do siebie skamlałam w aucie: "niech mi się wreszcie coś spodoba! niech mnie coś rozwali bo inaczej zwariuję..." I moje prośby zostały wysłuchane. I to jak szybko! Dzisiaj, siódmego dnia. Jak cudownie...
Proszę bardzo:
Wróciłam właśnie z Pałacu Grudniowego, gdzie Łukasz Czuj wypuścił na zagraconą scenę kilku zupełnie dzikich, powalonych, szorstkich facetów w tym typie, za którym wprost przepadam... Śpiewali i grali cudownie i zachowywali się absolutnie obłędnie. "Leningrad" z Teatru Piosenki we Wrocławiu zupełnie porwał publiczność, atmosfera fantastyczna, kupili mnie w 5 minut. I UWAGA UWAGA, DNIA SIÓDMEGO FESTIWALU NASTĄPIŁO PIĘKNE, SPONTANICZNE, SZCZERE STANDING OVATION. Nareszcie coś, co naprawdę było tego warte! Punkowo było, tak garażowo brudno, energetyczne to było jak pogo i głośne jak Jarocin. Chłopcy dwa razy bisowali i pognali jeszcze do Archibaru na after party. Gdyby nie to, że jestem już martwa po tym zupełnie szalonym tygodniu, poszłabym z nimi, przede wszystkim po to, żeby się im wszystkim jednocześnie oświadczyć. Fantastyczny, cudny, genialny spektakl o tych, którzy są błędem w statystykach. Lepszego w tym roku nie widziałam. Koniecznie do obejrzenia drugi raz, obowiązkowo, na pewno!
Złośnica

Brak komentarzy: