wtorek, 27 marca 2012

przeprowadzki express full service

Mogę sobie okleić samochód napisami „przeprowadzki express full service”. Okazało się, że naprawdę duży kawał mojego życia da się przewieźć autkiem o wielkości i mocy nieco większej kuchenki mikrofalowej. Działo się to w sobotnie popołudnie. Moje rzeczy przewożone były metodą na koczownika, czyli wszystko razem bez podziału na grupy tematyczne. U Brzydala wręcz odwrotnie. Jak zwykle idealnie spakował się metodą na turystę, czyli w torby. Zawstydza mnie trochę aż taki porządek… Ale staram się. Od soboty jesteśmy tutaj. Zostajemy.

Zwlekanie się o 6 rano z łóżka jest jeszcze bardziej traumatyczne niż wcześniej. Teraz to dopiero nie chce się oczu otwierać, tym bardziej, gdy wieczorem skręca się jakieś szafki, wiesza lampy albo przymierza półki (ja oczywiście tylko obserwuję z dołu albo profesjonalnie przeszkadzam, bo powierzenie mi wiertarki równałoby się ze zrujnowaniem połowy bloku). Jest tu kilka takich drobiazgów, które mnie rozczulają. Póki co na czele listy rozczulaczy dzielnie trzyma się najprostsza na świecie, wściekle zielona bazylia w doniczce.

W pracy trzymam się dzielnie, choć najwyraźniej mam objawy zaburzeń afektywnych dwubiegunowych (o których kiedyś pisałam pracę roczną, co za bzdurny pomysł…). Wczoraj byłam w absolutnej euforii, bo to był naprawdę dobry, miły, udany dzień w pracy, pomieszany z myślami kolorowymi jak confetti. Do końca dniówki szczerzyłam się nad kompem jak zadowolony lemur, od czasu do czasu wzdychając po cichu, wprawiając w konsternację koleżankę z pokoju. Dziś natomiast, gdybym wiedziała, że niewiele mi grozi, udusiłabym wszystkich, którzy znaleźliby się nie tylko w moim pokoju, ale też w ogóle w pobliżu moich drzwi. Niestety kwitłam na służbowym spotkaniu do godziny 18, z jednej strony udając, że słucham i kiwając głową jak te takie pieski w samochodach emerytów, z drugiej strony - knułam niecne plany ewakuacji, a każdy kolejny bardziej absurdalny, acz w swym zamyśle skuteczny…

Wracając do nas... Jakiś rok temu, kiedy kolejny raz wróciłam do domu załamana własnymi słabymi wynikami, Brzydal oczywiście stwierdził, że to moja wina, bo o siebie nie dbam (hm), nie śpię (nie mam czasu), nieregularnie biorę leki (bzdura), nieregularnie jem (mam sobie timer ustawiać?), a nade wszystko nie jem śniadań (prawda) i w ogóle w pracy to nic tylko kawa (no i jogurty). Wywarczałam mu więc, że między 6 a 7 rano śniadanie jest ostatnią rzeczą, o której myślę i że jak będzie chciał mi robić co rano kanapki do pracy, to ja je łaskawie będę zabierać i nawet jeść o ludzkiej porze. Było to w czasie, kiedy o tym mieszkaniu w ogóle jeszcze nie było mowy. Ale bestia pamiętliwa mi się trafiła. Wczoraj po 6 rano w jednym kapciu przebiegałam do szafy w turbanie w ręcznika, a Brzydal, w tym czasie już gładko ogolony, pachnący i full ubrany, wychodząc z mieszkania rzucił przez ramię, żebym nie zapomniała kanapek. Normalnie jakbyśmy byli w jakimś „Klanie”! Tylko czekać, aż mi się wyniki poprawią;).

Z innych niusów...
- Kochanie, premiera w sobotę w BB. Jedziemy.
- K****! Zapomniałem przewieźć krawaty!

Złośnica

2 komentarze:

Arek pisze...

Witam, fajna skórka bloga, ciekawy wpis, szkoda że nic nowego nie piszesz

Brzydal i Złośnica pisze...

piszę...