piątek, 23 marca 2012

tylko wiesz...

- Tylko wiesz… Ty wiesz. Wiesz jak jest. – poinstruowano mnie w ten sposób i w tych kilku słowach zawierały się rozmaite prośby i groźby dotyczące dnia dzisiejszego.

- WIEM! Profeska. – co znaczyło, że biorę wszystko na klatę, że będę anielsko miła i grzeczna, że nie będę wprowadzać nastroju psychozy, że nie będę wychodzić przed szereg i rzucać się w oczy, że zrobię wszystko tak jak trzeba i że będę pamiętać, że jestem w pracy.

Nie do końca wszystko się udało. Nie mnie, tylko ogólnie. Czyli nam. Był moment, że koleżanka zabroniła mi na siebie patrzeć, bo twierdzi, że pod wpływem stresu moje spojrzenie robi się demoniczne, a oczy większe niż zwykle, co ją stresuje jeszcze bardziej. Wczoraj natomiast, kwitnąc w biurze od 7 do 21, oczy miałam coraz mniejsze, tylko włosy ulegały dziwnemu samoczynnemu postępującemu rozczochraniu, co spowodowało kilka potrzebnych nam wybuchów śmiechu… Ale dziś, dziś.

Arcyważne dziś. Sztandarowe, prawdziwe, tradycyjne. Pełne różnych emocji, jak się okazało w trakcie. Smutne dosyć, ale tego w scenariuszu nie dało się ani przewidzieć, ani zapisać. Scenariusz podstawowy – blisko 30 stron. Ze wszystkimi dodatkami i załącznikami dobijał 50. Potwornie mi się to podoba, ta atmosfera, ten cały ceremoniał. Ten zapierdziel na kilka godzin przed. Te rozmowy po wszystkim, które mimo całej swej szorstkości dość konkretnie uczą, pokazują, wytykają błędy, doświetlają te strony, których my nie dostrzegamy w ferworze walki z materią…

Drobiazgi z tego zapamiętam. Kilka uścisków dłoni jak już było po . Parę porozumiewawczych spojrzeń w oczy, z których niektóre znaczyły „czaaaad!”, a inne „kuuuurwa…” I jeden uśmiech na chłodnym korytarzu. Wybiegłam na korytarz z głębi sceny, a tym korytarzem akurat powolutku szedł ON, przenikliwy sędzia natury ludzkiej, mistrz ironii i demaskator absurdów świata. Cofnęłam się, żeby nie ściągać na siebie jego wzroku (my tam wszystkie jesteśmy nauczone anonimowości i prawie że przejrzystości, co przy moich gabarytach do łatwych nie należy), ale gdy mnie mijał, sam podniósł wzrok i się do mnie uśmiechnął. Bajka. Zapamiętam jeszcze rozbłyskujący wyświetlacz telefonu, bo dźwięk przecież wyłączony. Kilka sekund na to, by myśleć o czymś innym. O czymś bardzo innym. A miała być profeska!

Popołudniu wyszłam z biura raczej smutna. Szorstko. Nauczona doświadczeniem wiem, że nie warto cieszyć się tak od razu na spontanie, bo to i tak wszystko huknie o podłogę wzniecając tumany kurzu. Później najwyraźniej nam wszystkim emocje trochę opadły, bo jeden es, dwa esy, że super, że dzięki, że naprawdę, Ty, my, wszyscy… Wróciłam do domu i padłam bez sił, słuchając coraz większych smutów.

Potwornie mi się to podoba, ale też kosztuje to potwornie wiele. Jako że chce mi się płakać, muszę czym prędzej pokonać zmęczenie i zestaw innych słabości i wyjść z domu. PIĄTEK!

Zł.

1 komentarz:

Anonimowy pisze...

ciekawy blog :) dobrze, że go nadal prowadzicie, ponieważ bardzo miło się czyta. odkryłam w dość przypadkowy sposób, bo dzięki notce o "obudź się i poczuj smak kawy", na którym spektaklu dzisiaj byłam :) na pewno jeszcze nie raz odwiedzę!