poniedziałek, 30 kwietnia 2012

myszy i ludzie

Po wysłuchaniu niemal dwugodzinnej próby, z pełną odpowiedzialnością oświadczam, że nowy wokalista Myslovitz, Michał Kowalonek, zdecydowanie daje radę.

Wychowałam się na Myslovitz. Z ich muzyką rosłam, ich muzyka kształtowała mnie i mój nie tylko muzyczny gust. Gdy miałam 12 lat, kupiłam CD „Z rozmyślań przy śniadaniu”. Najprawdopodobniej kupiłam ją od DŻ, który w tych czasach pracował w sklepie muzycznym na sosnowieckiej Patelni, w bramie. Z tym, że DŻ poznałam osiem lat później. Naprawdę nie mogliśmy się poznać wcześniej…? Z tego sklepu pamiętam tylko tyle, że był tam facet, którego się bałam. 12 lat!

Liczba koncertów Myslovitz, na których byłam, oscyluje wokół 30. Od Zakopanego po Ustkę, przez wszystkie możliwe koncerty na Śląsku i w Zagłębiu. Od takich dla 30 osób, po takie na tysiące. Przekonywali mnie latami i latami byłam im ekstremalnie wręcz wierna.

Mentalnie pożegnałam się z nimi na Ostatnim Takim Koncercie w Mega Clubie w 2007 roku, gdy ogłosili roczną przerwę. Gdy wrócili z nowym materiałem, ja już do nich nie wróciłam.

Dziś nie mogło mnie zabraknąć tam, gdzie pierwszy raz na scenie przed ludźmi stanął nowy wokalista Myslovitz. Chciałam sprawdzić, czy coś się kończy, czy raczej coś się zaczyna. Takie spotkanie ze słuchaczami to mądry, przemyślany gest, i artystyczny, i ludzki, i promocyjny. Brawo za świetny PR!

Wielki plus za „Nienawiść” i „Peggy Sue”. I za rozkołysane „Good day my angel”. Ogromny plus za wspaniałe wykonanie „Myszy i ludzi” na bis. Słychać, że zespół jest w świetnej formie. Chłopcy nieustannie są genialni warsztatowo, brzmią zupełnie fantastycznie i budują taką ścianę dźwięku, od której przyjemnością jest się odbić. Kowalonek pasuje do nich wokalem, choć będzie się musiał strasznie namęczyć, żeby odczepić od siebie łatkę „Niezmiennie” (mnie ta piosenka od tygodni nie daje spokoju).

Piękny był ten wieczór. Trafiona zatopiona. Z mojej prawej Brz., z mojej lewej DŻ. Wystarczyło kilka minut, by przypomnieć sobie, czemu całymi latami te chwile spędzone na dusznych koncertach były najważniejsze z ważnych. Chyba chodzi o te basy miarowo przebiegające wzdłuż kręgosłupa. To uczucie zanurzenia w muzyce, dźwięki łaskoczące płatki uszu i opuszki palców. Światło, dym i ludzie i kilka linijek zapomnianego tekstu. Klawisze i cisza i doskonale wiem, co jest w kolejnym wersie, co się czai za sekundę, za dwie. To czekanie na fragmenty najbardziej ulubione z ulubionych, ta bliskość, że wystarczy wyciągnąć dłoń. Ten klimat, który na koncertach był tylko i wyłącznie w Mysłowicach, poczucie, że wszyscy są u siebie (jak bardzo się myliłam, wyszło dopiero po wielu latach, nieważne). Ciągnęło mnie do sceny, jak zwykle (dopiero kilka lat temu w teatrze zaczęłam uciekać w głąb widowni), byliśmy zbyt blisko, więc teraz szumi w głowie, huczy nutami wrzuconymi do jednego wora.

Miałem kiedyś plan...

Zł.

niedziela, 29 kwietnia 2012

making of

Każdy ma jakieś swoje obsesje i obsesyjki. Zdjęcie mojej na końcu posta.

Podział prac:

Pomysł; dowóz bardzo starej półeczki; nadzór budowlany; ględzenie; patrzenie na ręce; pomiar i cięcie koronki; wstępne wbijanie gwoździ; nalewanie nalewek z pigwy i bzu; ostateczne wypełnienie półeczki: Złośnica

Rozbrajanie półeczki na kawałki; bejcowanie; nadzór nad suszeniem; składanie półeczki na nowo; wieszanie z użyciem waserwagi; poprawianie krzywo wbitych gwoździ: Brzydal

Dostarczenie nalewek z pigwy i bzu; pokrycie kosztów związanych z kupnem koronki: Mama Złośnicy



Jest tylko jeden problem... Już mi się miejsce skończyło;).
Z.

sobota, 28 kwietnia 2012

parapapaparara...

Co robisz w piątek po pracy? Może byśmy wszystkie wyszły gdzieś… - zaproponowała telefonicznie moja szefowa późnym wieczorem kilka dni temu. Z Brzydalem właśnie byliśmy zajęci podziwianiem ostatniej powieszonej przez nas szafki, którą oglądaliśmy w takiej ciszy, jakby była jakimś cudem techniki. Jasne, spotkajmy się w naszym ścisłym, sprawdzonym gronie, ale u nas, a nie jak zawsze w Hipnozie. Koleżanki były na tak i nawiedziły nas stadnie. Rozpierzchły się po mieszkaniu, zajrzały w każdy kąt, zadały milion pytań, dostrzegły to, co niedostrzegalne („aaaaa zobaczcie! Sąsiad bez koszuli łazi naprzeciwko!!!” – po tym tupot dwunastu stóp…), z kuchni nie dało się ich wypędzić, wszystko brały do rąk, śmiały się z naszych starych zdjęć i z kabli, na których pewnie kiedyś zawisną jakieś lampy. Tymczasem udawanie idealnej pani domu wciąż się udaje. Oprócz częściowego zalania stołu mini kegiem, nie odnotowano poważniejszych uchybień: nic nie spaliłam, nie potłukłam, nic nie wybuchło, sąsiedzi nie przyszli i policji też nie było. Początkowo 100% babska impreza z biegiem czasu stała się koedukacyjna, śmiech odbijał się echem od pustych ścian, historie krążyły zupełnie niezwykłe. Tylko Brzydal twierdził, że my tylko o pracy rozmawiamy… To po części prawda, ale wreszcie był czas i nastrój, by rozmawiać o pracy w taki sposób, w jaki nie da się rozmawiać na co dzień. Kilka godzin minęło tak, jakby ktoś tylko pstryknął. Zostało full zdjęć, z którymi teraz nie bardzo wiadomo co zrobić.

Dziś rano przeciągnęłam się leniwie, obudzona jakimś zbłąkanym sms-em. Brzydal wyszedł jakieś 2 godziny wcześniej. Słońce opierało się o żaluzje i jedyne, na co miałam ochotę, to zrobić kawę, pomalować paznokcie i pójść na balkon czytać książkę. Nagły przeskok na tryb „teatr” przypomniał mi, że z tych planów nic nie wyjdzie, bo w południe ustawiłam się na spektakl. Hm. To może chociaż ta kawa. Wchodzę do kuchni, a tam… aaa, no tak. Parapetówka. Najwyraźniej nie wszystko zdążyłam zrobić wczoraj. W przedpokoju kątem oka złapałam swoje odbicie w lustrze i pogratulowałam sobie fantazyjnej fryzury. Czas się zbierać, żeby mnie do tego teatru wpuścili…

Średnia wieku na widowni na moje oko nie przekraczała 5 lat. Reakcje dzieci były zupełnie fascynujące. Gdy aktorki wodziły wzrokiem za jakąś nieistniejącą, przelatującą muchą, to dzieci też wodziły oczami za muchą zamiast patrzeć na aktorki! Pluszowa przestrzeń sceny i widowni, wypełniona miękkimi poduchami i pufami, zdecydowanie sprzyjała małym widzom. Ja natomiast nie umiałam odpędzić myśli, że nie pamiętam z dzieciństwa ani jednego spektaklu na żadnej ze scen (nie to co mój brat, który uparcie twierdzi, że do teatru już nie musi chodzić, bo był już trzy razy, z czego wszystkie trzy na „Calineczce” 30 lat temu…). I ten teatr, z którego wychodzi się wprost na cmentarz! Wcześniej byłam tam tylko raz, na gościnnym „Tak wiele przeszliśmy…” Teatr dla dzieci jest dla mnie absolutnym niusem i nie do końca wiem, jak draństwo ugryźć.

Poza tym upał mnie zaskoczył. Przeprowadzając się te kilka tygodni temu nie myślałam o tym, że będę potrzebowała czegokolwiek na lato. Wpadłam więc do rodziców na poszukiwania rzeczy odpowiednich zmiennym temperaturom, a najbardziej ucieszyły mnie białe szpilki z kokardką, które są tak słodkie i tak obciachowe, że jako pierwsze wylądowały w moim samochodzie. W ogóle u rodziców jest cudownie. Można z Mamą przymierzać ciuchy, malować paznokcie na kolory landrynek, robić prasówkę, latać boso po trawie, szczotkować psy i nawet je gonić, gdy zadowolone latają wokół klombu ze szczotką w mordzie. I rozmowy półgłosem, chodź, opowiem Ci coś...

Z innych niusów, poszukiwania alergenu wciąż trwają. Żeby odreagować, z Brzydalem wymyślaliśmy hipotetyczne tytuły artykułów na pierwszą stronę „Faktu”. Póki co wygrywa wiele mówiący nagłówek: "Szok! Zabiła konkubenta drewnianą miską bo kaszlał!”

Trzymajcie się.

(z przyczyn tylko sobie znanych) nieustannie rozkojarzona Zet.

poniedziałek, 23 kwietnia 2012

wieczór nad ranem

Praca w pracy, muzyka w korku, korekty w aucie, znów Kometa w Korezie, znów Gajcy w łóżku.

a przecież budzi nas echo
grając w nas jak kukułka:
ciebie o słowo za późno,
mnie o pół nuty za wcześnie,
więc w twarz ci patrząc jak w lustro
podwojony sam sobie jestem


(najlepsze na świecie, choć "Nad ranem")

 Zł.

sobota, 21 kwietnia 2012

sweter na złom

Jeśli jesteście ciekawi, co dzieje się z rzeczami pranymi w temperaturze o 10 stopni przekraczającej dopuszczalną, nie sprawdzajcie. Doceńcie, że już sprawdziłam to dla Was.



Swoją drogą, co za bałwan wymyślił nadruki, które nie wytrzymują nic powyżej 30 stopni? I to nadruki na męskiej bluzie, a nie na jakimś tam koronkowym obrusie z Koniakowa! Jestem w szoku. Brzydal także, tym bardziej, że to on rzeczone draństwo z pralki wyciągał. No i to o jego bluzę się rozchodzi.

Mój szok przechodził następujące fazy:

1. Faza wyparcia: To niemożliwe – powiedziałam bez mrugnięcia okiem, patrząc na smętnie zwisające jasne strzępy.
2. Faza kajania się: Przepraszam! Przepraszam!
3. Faza technologiczna: Nie wpadłabym na to, żeby na wielką, ciężką bluzę przykleić jakieś chińskie, foliowe dziadostwo…
4. Faza pocieszenia: Ale ta plama kleju wygląda całkiem estetycznie…
5. Faza artystyczna: (śpiewnie) „oparłam się o ogrodzenie…

Szok Brzydala nie przechodził w ogóle żadnych faz. Patrzył tylko to na bluzę, to na mnie, zupełnie bez emocji, nawet wtedy, kiedy ja już tarzałam się ze śmiechu, śpiewając „sweter na złoooom…” (pisałam już, że są tylko dwie rzeczy, które są mi jeszcze bardziej obce niż śpiew? Taniec i matematyka).

Znając destrukcyjną moc pralki, ciemna strona mojej osobowości zastanawia się, jak to można wykorzystać...

Ściskam
Złośnica





piątek, 20 kwietnia 2012

Tap Kaszl

To nie jest normalne, żeby się tak tym wszystkim stresować. Nie ma czym, tak mówią przynajmniej. Nie ma czym, poradzisz sobie, kto inny jak nie ty, dasz radę, bla bla bla i wszystkie te inne brednie wypowiadane przez ludzi, którzy przed realizacją swoich własnych projektów po cichu garściami łykają pramolan… A ja to wszystko biorę na żywca, ot co!

Wczoraj naprawdę próbowałam trzymać fason. Byłoby łatwiej, gdyby nie duszące mnie od kilku dni napady takiego kaszlu, jakbym przez całe życie paliła bez filtra. Komplikuje mi to życie, bo: nie daje spać, nie pozwala swobodnie rozmawiać przez telefon, odstrasza ludzi (gdybym jeździła autobusami, to widziałabym w tym jakiś pozytyw, bo miałabym luz dookoła siebie, ale jako że nie jeżdżę, nie widzę w tym żadnych, ale to żadnych korzyści), powoduje kolejną zapaść finansową z powodu wizyt w aptekach i – co równie straszne – przybliża mnie do zawału serca przez wizję przymusu opuszczenia teatralnej widowni z powodu kaszlu właśnie. W poniedziałek myślałam, że przejdzie. We wtorek próbowałam opanować to siłą woli. W środę wpadłam w panikę i zasięgnęłam rady tych, którzy głosem pracują i na jakiś tam kaszel nie mogą sobie pozwolić (że ja nie wpadłam na to wcześniej!). Skończyło się to telefonicznymi konsultacjami z wybitnymi specjalistami od scenicznych sytuacji kryzysowych i wieczorną wycieczką do kolejnej z aptek, skąd wróciłam z lekiem otępiającym czynności ośrodkowego układu nerwowego, co tym samym ogranicza kaszel. Wspaniale. Jedna tabletka i będę jak nowa, chociaż na te kilka godzin. Przynajmniej taką miałam nadzieję.

Czwartek. Oczywiście noc zarwana. Wielokrotnie. Chcę się wynieść na kanapę do innego pokoju, ale Brzydal nie pozwala. Do biura na cały dzień, później do teatru. Pakuję wszystkie bety do wielkiej torby i sto razy sprawdzam, czy zabrałam wysokie obcasy (obsesja, że zapomnę i będę musiała do sukienki założyć trampki). W pracy tabletka pierwsza. Duszę się tak, że pod znakiem zapytania stoi wieczorny spektakl. Szeleszczę ulotką wielkości jednoosobowego namiotu i czytam. Druga piguła w południe. Wisielczy nastrój zastępuje głupawa o uroku „Dusiołka”. Nie mija przepisowe 5 godzin, łykam to draństwo znów. Później autobus, lista, korki, korki, korki, umieram z nerwów, że kierowca się spóźni, że do końca swoich dni zostaniemy w rozkopanych Tychach, że kogoś zgubię po drodze, że coś, że masakra jakaś. Co będzie? Następnie w jakiejś przerwie między atakami kaszlu biorę w łapki mikrofon i wkręcam moich słuchaczy w klimat sztuki. Notatek nie mam, nie zdążyłam. To, co ważne, samo wyłazi na wierzch, samo się przypomina. Po kilku minutach wyłączam mikrofon, by za sekundę znów zacząć się kulić i chować głowę w ramionach. Mikrofon okazał się skuteczniejszy od tabletek. I jesteśmy nawet przed czasem.

Pod Sceną przypadkiem zamieniam kilka zdań z głównym bohaterem. Radocha. Spektakl wspaniały. Inny niż premierowy, spójniejszy. Nabrał płynności. Atmosfera pewności, że właśnie tak to miało wyglądać. Oglądam, tak strasznie chcę tam zostać i w pewnej chwili myślę, że ten lek chyba jednak działa... W myślach wznoszę modły dziękczynne do tych, którzy kazali mi to kupić. Dookoła kilka mniej lub bardziej znajomych twarzy. Spokój i harmonia przez większość czasu (poza tymi momentami, gdy trzęsłam się ze śmiechu, za co np. niektórzy czytelnicy są osobiście odpowiedzialni). Później rozmowa trwa i trwa (i trwa i tak dalej…), po 90 minutach grupa zaczęła robić do mnie miny na pół błagalne, na pół mordercze, gdzieniegdzie ktoś przysypiał (pani w rzędzie przede mną nawet chrapnęła, ze śmiechu musiałam się schować za fotelem), a wymuszony z subtelnością kurska koniec rozmowy spowodował taki napływ energii, że w ciągu minuty wszyscy z mojej grupy nie tylko zdążyli zaliczyć szatnię, ale nawet dobiec do autobusu. Kilka osób jeszcze ciągnęło dyskusję w mniejszych grupkach, ale ostatecznie w większości popadali spać. Siedziałam sama strasznie spięta przy tej wielkiej przedniej szybie, gapiłam się w ciemność za oknem, czasem tylko wdając się w rozmowę z przesympatycznym kierowcą, choć ogólnie mówiąc trochę chciało mi się płakać (ale służbowo się nie płacze). Kilka przystanków po drodze, północ wybiła gdzieś tam na trasie. Napisałam Brzydalowi, że ma iść spać i na mnie nie czekać. Rozwalił mnie odpowiedzią: „nie mogę, zabrałaś pastę do zębów”… ;) Do domu wpadłam wpół do pierwszej. Czekał, nie spał, głupio było mi strasznie, że przegięłam, że to moja wina, co Brzydal szczerze potwierdził i spokojnie zapadł w sen. Potwierdził, bo wiedział, co mówi: wszystko oglądał sobie w sieci i nawet słał mi smsy z komentarzami.

Czyli dochodzi pierwsza w nocy. Chaos w głowie taki straszny, coś szumi w głowie, duszenie wraca, kulę się w ciemnoścach i zastanawiam się, czy w ogóle jest sens zasypiać. Jeszcze chciałam tylko parę słów napisać, dosłownie dwie linijki. Brzydal bez otwierania oczu nieznoszącym sprzeciwu tonem seryjnego mordercy-rzeźnika rzekł: wyłącz. ten. telefon. i. idź. wreszcie. spać.

Dziś w pracy (jedno zdanie – jedna osoba): jak ty wyglądasz? O rany, nie spałaś. Wyglądasz jeszcze gorzej niż wczoraj. Co jest? Tylko herbaty nie pij, zaszkodzi ci. Herbatę ci zrobiłam, tylko uważaj, gorąca, podmuchaj. O rany. Płuca. No coś ty, krtań. Tchawica. Alergia! Idź do domu. Zbieraj się. Wynocha.

Dla dobra ludzkości oddelegowano mnie wcześniej do miejsca zamieszkania, gdzie istotnie czuję się trochę lepiej. Jak nie mówię, to jest lepiej. Ma ktoś jakiś pomysł?

Zdecydowałam nie iść dziś na czeski. Trochę kryzys.

Ale sztuka była cudowna... Rany boskie, jak mnie tam było dobrze na tej widowni...

Z.

poniedziałek, 16 kwietnia 2012

Nieskończona historia Chłodnych poranków

Niespecjalnie miałam ochotę o tym pisać. Lakonicznie wspomniałam tylko, delikatnie, w notce poniżej. Przecież nie mam czasu na to, by na blogu pisać o złych spektaklach. Zazwyczaj się nawet nie znęcam, tytułów tu nie pojadę, żeby się w googlach wysoko nie pozycjonować z moimi opiniami nie-zawsze-na-tak. Tym razem jednak nie da się siedzieć cicho. Środową sztukę ostatecznie pogrążyła sztuka sobotnia. Nadają się idealnie, by je zestawić.

W obu spektaklach wpadamy na korytarze kamienic, niespecjalnych, zupełnie typowych, banalnie codziennych. Tam, w swoich mieszkaniach, na schodach, na klatkach – ludzie. Starzy młodzi samotni milczący wariaci rodzinni ambitni trudni, jak w piosence myslo „ja jak wszyscy jestem taki sam”. Każdy siedzi jak w swojej bańce mydlanej i tka ten swój jakiś życiorys, czasami te bańki się stykają przelatując gdzieś obok siebie, czasem pękają zamiast się połączyć. Emocje w tym siedzą. To znaczy powinny. W „Chłodnych porankach” w Teatrze Zagłębia emocji i relacji międzyludzkich nie odnotowano. W „Nieskończonej historii” w Teatrze Nowym w Zabrzu w zestaw emocji wyposażono każdego z bohaterów. Choć obie sztuki czają się wokół podobnych tematów, w odbiorze jest między nimi rów mariański.

W środę bohaterowie po kolei wychodzili na scenę, każdy coś opowiadał, po czym bohater znikał, ustępując miejsca kolejnemu, którego opowieść nie zbliżała się nawet do tego, co już usłyszeliśmy. Każdy swoje, jak jakieś samotne wyspy z wypracowania z liceum. W sobotę w Zabrzu historie postaci funkcjonowały razem sprawnie jak zębatki. Nawet gdy z początku może się wydawać, że w swoich wspomnieniach, sennych marzeniach czy majakach nad ranem odbiegają zbyt daleko od tak zwanej rzeczywistości, to ostatecznie i tak znajdują wspólny mianownik. Podgląda się to wszystko z zaintrygowaniem.

W Sosnowcu przestrzenią próbowali rządzić ludzie. W Zabrzu przedmioty, rytuały i ludzie kreowali ją na równych prawach. Ba, przedmioty też miały prawo głosu. Gadający Kalendarz zmiótł mnie pod fotel. I ta poskładana gazeta z ogłoszeniami, wciśnięta gdzieś pod mebel, żeby się nie kolebał!

W Sosnowcu zabrakło magii ukrytej w codzienności. Gdzie się podziało coś na kształt zagłębiowskiego genius loci? Bo chyba po to w ogóle powstał ten spektakl, żeby spróbować znaleźć tę niesprecyzowaną energię? I choć w tekście „Nieskończonej historii” nie pada nazwa żadnego z polskich miast, to wydaje mi się, że ten duch odnalazłby się równie dobrze w Sosnowcu, co w Zabrzu, Bielsku, Warszawie, gdziekolwiek… Choć wydarzenia popremierowe pokazały, że Zabrze nie do końca tego ducha akceptuje. Nie znam tego teatru i nie mam pojęcia, jaka jest tamtejsza publiczność, więc w tym większym szoku byłam czytając o tych wszystkich popremierowych poczynaniach... Do teraz nie potrafię zrozumieć, o co tyle szumu, choć spektakl obejrzałam i przemyślałam.

Może więc tamtejsza publiczność powinna udać się na grzeczne, spokojne „Chłodne poranki”, z romantycznym narratorem snującym się w zawilgoconych, oblezionych murach (żeby nie było wątpliwości, Grzegorza Kwasa lubię i cenię, tylko żal, że takiemu aktorowi nie pozwolono pokazać nic więcej), z oświetlanymi księżycem małżeńskimi rozmowami o życiu i śmierci, skoro nie przekonuje publiczności miasta Zabrze świetna Aniela Dąbkowa: zagubiona, wystraszona, wątpiąca. Jeśli boją się pewnego siebie przewodnika chóru (w tej wiodącej roli energetyczna Renata Spinek), niech go zamienią na przykład na bohatera Michała Bałagi, który nie powiedział zbyt wiele i tylko postanowił się konsekwentnie gimnastykować (tak jak przy Grzegorzu Kwasie, tęsknię za Bałagą-wariatem, jak z „Piaskownicy” czy z „Łysej śpiewaczki”). No i jeszcze chór w tym Zabrzu. Inny, konsekwentny, niewspółczesny, ale zaskakująco dobrze wpasowany w światek, w którym radio (TO radio) nigdy nie milknie, w którym na ulicy można wpaść na anioła, w którym zakupami rządzi rachunek prawdopodobieństwa, a pogrzebami dziwna, kolorowa, karykaturalna postać z wieńcem na tyłku. I Gilgamesz, i te wszystkie biblijne imiona, stalowe liny, i śmierć, i strach, obsesyjki i obsesje. To wszystko razem po prostu działa.

To była nasza pierwsza wizyta w zabrzańskim teatrze. 30 km w jedną stronę. Do Teatru Zagłębia – 3 km. Hm. Jeśli ktoś może nam polecić, na co jeszcze warto pójść do Teatru Nowego, czekam na informacje. Nie mam w Zabrzu nikogo znajomego, z kim mogłabym o tym pogadać. Nie żebym w Sosnowcu albo w Katowicach miała istne zastępy znajomych, z którymi można się pokłócić (albo po-godzić) o teatr…;)

Brzydalowi też się w Zabrzu podobało. I spektakl, i teatr. Narzekał tylko, że obok niego ktoś przez całą sztukę tak strasznie kaszlał...! Niestety byłam to ja.

Zł.

środa, 11 kwietnia 2012

po co?

Ostrzegano mnie przed tym spektaklem, ale jak zwykle nie chciałam słuchać. Powinnam nareszcie nauczyć się doceniać to, że ktoś mi dobrze radzi.

- Idę.
- Po co? – i wszystko jasne.

Jeszcze kilka takich sztuk, a naprawdę zacznę słuchać tych wskazówek subtelnych jak kursk;).

Magiczne to było? Plastyczne? Bohaterowie ponad czasem? Taa, pewnie, a ja jestem księżniczką czardasza.

Odkryłam jednak coś niezwykłego… Co to za uczucie, jechać do teatru na godzinę 19, a o 18.30 jeszcze latać po domu bez butów, szukać perfum i pakować torebkę, po to by ostatecznie i tak być w teatrze na czas. Wychodzi na to, że 5 minut stąd mam teatr, a godzinę stąd – Teatr…

W sobotę jedziemy z Brz. do jeszcze innego teatru, w którym jeszcze nigdy nie byliśmy. Do soboty muszę napisać tekst (najlepiej jutro), zaliczyć jakiś tam sprawdzian na czeskim, też jutro (nie miałam czasu się uczyć, bo teatr) i przeczytać tekst sztuki, który dostałam w środku nocy i który mnie nęci (w piątek maks). W pracy dziki zapieprz. Wypełniania miliona zadań nie ułatwia moje pogłębiające się rozkojarzenie, takie bardzo bardzo. Nawet dzisiaj na widowni sama siebie musiałam kilka razy w myślach opieprzyć, że nie po to tam kwitnę (na tej pustej, cholera, widowni), żeby myślami oddalać się z prędkością światła. Średnio zadziałało.
  
Zł.

poniedziałek, 9 kwietnia 2012

ze Świąt

Ze Świąt podrzucam jedną fotkę. Fotka z Pszczyny, dzisiaj. Taka, bo to nasze pierwsze Święta tutaj u nas. Znaczące, przełomowe, jedynie w swoim rodzaju? Może, choć też zaskakująco normalne, naturalne, takie bardzo nasze. Nagle mamy trzy domy, ale wracamy tutaj. Ostatecznie uciekliśmy też stąd, żeby pójść na długi, trochę jeszcze mroźny spacer.


Podrzucam ze Świąt jedną piosenkę, która mnie niespodziewanie wzrusza i zmiata tym klimatem, który był mi bliski lata temu. I to czasami wraca za pomocą kilku wybrzękolonych na gitarze nutek. Pomysł, by przenieść to na jakąś pustą ulicę, urzekł mnie zupełnie i sprawił, że katowałam Brzydala tym kawałkiem przez kilka dni.

 

Tym, którzy mają w głowie niespokojnie, polecam tę piosenkę z góry. I siebie też polecam.
Jutro wracam do pracy. Na szczęście w środę teatr. W sobotę teatr. W przyszły czwartek teatr. I w kolejny poniedziałek też. Rany, jak pięknie.
Zł.

środa, 4 kwietnia 2012

fever

Jako że przespanie się z problemem nie przyniosło oczekiwanych efektów, jednak jeszcze wczoraj wylądowałam u lekarza. Efektem wizyty jest siata leków i szeleszczące L4, przez które do pracy pójdę dopiero po Świętach. Poprosiłam znajomych, by mnie zaczepiali, co nawet ochoczo robią. Dzięki temu jeszcze nie umarłam z nudów.

Gorączka przynosi rozmaite zabawne efekty uboczne. Dziś w środku nocy, gdy Brzydal zaczął kichać (alergia wciąż nierozpoznana i mam nadzieję, że to nie jest alergia na dzielenie łóżka ze mną), wybudzona spojrzałam na niego z wyrzutem i tonem nieznoszącym sprzeciwu zapytałam: „czy nie mógłbyś tego robić ciszej???” Wczoraj wieczorem zmuszałam go do pójścia ze mną spać o 22, by przez kolejną godzinę z każdego możliwego powodu wybuchać śmiechem, trząść się i zawłaszczać drugą kołdrę. Poza tym nad głowami metodą chałupniczą, za pomocą miliona kabli, zainstalowałam nam sprzęt grający. Ale zapomniałam przywieźć pilota, więc sterowałam nim za pomocą wyciągania wtyczki z kontaktu. Brzydal chyba nie wziął sobie do serca moich nocnych ekscesów, bo co prawda przyznał, że jestem najgorsza i że gorszych ode mnie nie ma, ale za to o 6 rano zrobił mi herbatę. W termosie.

Przyznaję, że średnio się tak siedzi godzinami w pustym mieszkaniu. Trudno mi na czymś skupić uwagę, nawet do książek mnie nie ciągnie, a przecież mając znienacka tyle wolnego czasu mogłabym pożerać jedną dziennie z tego stosiku to-read. Nic z tego. Myślałam, że pouczę się czeskiego, ale jako zamiennik włączyłam nieustannie wspaniały „Rok Diabła”. W jednej ze scen jest jakaś wersja demo moich ulubionych „Rakiet”. Czy ktoś jakimś cudem dysponuje takim nagraniem w dowolnej jakości? Czy krążą gdzieś demówki Nohavicy, o których nie mam pojęcia?


Za tydzień teatr!


Zł.

wtorek, 3 kwietnia 2012

o "Miłości w Königshütte" raz jeszcze

Boże, jak dziwnie… miałam pisać o koncercie w piątek i o teatrze w sobotę, ale póki co mamy wtorkowe południe, a ja rozczochrana jak nieboskie stworzenie kwitnę sama w łóżku i nawet nie mam siły, żeby się porządnie podenerwować na tę całą sytuację. Już wczoraj popołudniu chciało się powiedzieć „wiedz, że coś się dzieje”, kiedy wczesnym wieczorem zakutałam się w kołdry i koce jak Eskimos w focze skóry i odmówiłam wychodzenia z sypialni. Następnie przez kilka godzin rzucałam się po łóżku i gadałam jakieś bzdury, skutecznie przeszkadzając Brzydalowi w spaniu. Ostatecznie o 2 w nocy obudziłam się z galopującą gorączką i bólem wszystkiego. Nad ranem Brz. zasugerował, żebym może nie szła dziś do pracy, na co ostatecznie przystałam (szczerze mówiąc, bałabym się jechać w tym stanie, a i tak w biurze zostałabym opierdzielona, że jestem nieodpowiedzialna i pewnie zarażam, więc won). Osiągnęłam dziwny stan, w którym pójście po herbatę do kuchni jest czynem heroicznym i niebezpiecznym. Zadzwonił Brzydal, który przypomniał, że przecież chciał mi zrobić herbatę, pytał o to nawet! Tak, Kochanie, o 6 rano, kiedy w majakach wydawało mi się, że jestem w biurze;).

Piątkowy koncert w Rebel Garden w Chorzowie – bajka. Ta knajpka z ambicjami robienia Czegoś Innego znajduje się zaraz przy głównym wejściu do ZOO. Wcześniej był to pawilon dla węży i małpiszonów (choć mam nadzieję, że nie mieszkały razem), teraz jest to miejsce, w którym można spotkać ciekawych offowych artystów, wybierać piwo z miliona rodzajów niedostępnych w Polsce i brać udział w różnych dziwnych imprezach, np. takich jak piątkowa. Jeśli ktoś by mi powiedział, że po koncercie będziemy losować wiersze z czesko-słowackiej antologii poezji, po to by je do mikrofonu czytać jak się komu podoba, popukałabym się w czoło. A tak właśnie było.

Ilekroć otwierały się drzwi, rozpoznawałam ludzi, z którymi chodziłam na koncerty lata temu. To wielka radocha dla mnie spotkać się z nimi wszystkimi, choć nikt się z nikim nie umawiał. Dla jakiejś tam grupy odbiorców obecność tam była oczywista. Wszyscy tacy dorośli! Kołnierzyki, sweterki, obcasy. Mniej lub bardziej poukładane albo postrzępione życiorysy. Koncert na dwie gitary bardzo udany. Wiecznie drażniący się ze mną gitarzysta nie chciał pokazać mi seta, żeby nie psuć niespodzianki, na co Dż: pokaż jej, jej się należy;). Hitem jest dla mnie piosenka „Echo i świat”, oparta na tak pięknej melodii, że wszystkie stacje radiowe powinny się o nią zabijać. Brzydala nie było. Pozwolił, bo do auta na skraj parku odprowadzili mnie koledzy.

O sobocie pisać trudniej, chociaż może nie tyle o sobocie, co o tym, co działo się później (i dzieje się nadal). Dyskusja o „Miłości w Königshütte” na bielskim portalu i w DZ to dno i metr mułu. Nauczona jestem, żeby nie zabierać głosu w takich miejscach, gdzie skaczą sobie do oczu anonimowi frustraci, panikarze bez twarzy, pieniacze i domorośli awanturnicy. Żal patrzeć, jak szalenie osobisty i poruszający spektakl, który wpadł w śląski teatralny światek jak granat, staje się pretekstem tylko i wyłącznie do polityczno-społecznej wojenki. Żal czytać, gdy recenzentka, którą od lat niezmiennie cenię, pisze tak ekstremalne bzdury, że zęby cierpną. Nie zdziwiłabym się, gdyby te kilkadziesiąt ociekających jadem komentarzy zamieściło dwóch czy trzech Polaków przez naprawdę wielkie P. Najgorszy typ internauty to internauta z tezą. Spektaklu nie widział, ale wie najlepiej. Jest w tej całej sytuacji pewien element humorystyczny: Brzydal i ja zostaliśmy przez panią Malicką wcieleni do RAŚ. Nie, nie wykrzykiwaliśmy haseł separatystycznych ani nie zakładaliśmy żółto-niebieskich opasek i nawet nie jesteśmy temu bliscy. Nasza wina jest innego rodzaju: mieliśmy czelność podnieść tyłki do oklasków! I to na oczach Pani Recenzent, byliśmy naprawdę blisko! Nowa jakość w polskim teatrze: spontaniczny standing to jasny sygnał, że RAŚ jest w natarciu! Gratuluję świadomości odkrycia teorii spisku. Naprawdę.

W tym komunikacyjnym szumie pojawiają się też bardzo merytoryczne głosy, co mnie cieszy, bo im więcej mądrych komentarzy, tym bardziej od tematu odbiegają ci, którzy zajmują się nim przypadkowo. Przykro trochę, że ludzie widzą ten teatr jako zjawisko bezczelne i podjudzające, a nie jako miejsce stawiania pytań i próby odpowiedzi na nie. W przypadku „Miłości w Königshütte” próba ta wypadła imponująco. Tym bardziej każdy kolejny przerysowany komentarz odbieram jakby ktoś mi dał po łbie i podkopywał moją percepcję. Żal artystów w tym wszystkim. Kawał dobrej roboty!

Ciężko wyczuć, jak się to skończy. Nie wydaje mi się, żeby teatr zajął jakieś oficjalne stanowisko wobec tej rozbuchanej wrzawy. Z niecierpliwością czekam na debatę 19 kwietnia, bo zastanawiam się, ilu z tych odważnych krzykaczy i obrońców polskości kupi bilet i przyjdzie się posprzeczać pod własnym imieniem i nazwiskiem.

Nie mogę się doczekać, aż zobaczę "Miłość..." drugi raz.

Złośnica