poniedziałek, 30 kwietnia 2012

myszy i ludzie

Po wysłuchaniu niemal dwugodzinnej próby, z pełną odpowiedzialnością oświadczam, że nowy wokalista Myslovitz, Michał Kowalonek, zdecydowanie daje radę.

Wychowałam się na Myslovitz. Z ich muzyką rosłam, ich muzyka kształtowała mnie i mój nie tylko muzyczny gust. Gdy miałam 12 lat, kupiłam CD „Z rozmyślań przy śniadaniu”. Najprawdopodobniej kupiłam ją od DŻ, który w tych czasach pracował w sklepie muzycznym na sosnowieckiej Patelni, w bramie. Z tym, że DŻ poznałam osiem lat później. Naprawdę nie mogliśmy się poznać wcześniej…? Z tego sklepu pamiętam tylko tyle, że był tam facet, którego się bałam. 12 lat!

Liczba koncertów Myslovitz, na których byłam, oscyluje wokół 30. Od Zakopanego po Ustkę, przez wszystkie możliwe koncerty na Śląsku i w Zagłębiu. Od takich dla 30 osób, po takie na tysiące. Przekonywali mnie latami i latami byłam im ekstremalnie wręcz wierna.

Mentalnie pożegnałam się z nimi na Ostatnim Takim Koncercie w Mega Clubie w 2007 roku, gdy ogłosili roczną przerwę. Gdy wrócili z nowym materiałem, ja już do nich nie wróciłam.

Dziś nie mogło mnie zabraknąć tam, gdzie pierwszy raz na scenie przed ludźmi stanął nowy wokalista Myslovitz. Chciałam sprawdzić, czy coś się kończy, czy raczej coś się zaczyna. Takie spotkanie ze słuchaczami to mądry, przemyślany gest, i artystyczny, i ludzki, i promocyjny. Brawo za świetny PR!

Wielki plus za „Nienawiść” i „Peggy Sue”. I za rozkołysane „Good day my angel”. Ogromny plus za wspaniałe wykonanie „Myszy i ludzi” na bis. Słychać, że zespół jest w świetnej formie. Chłopcy nieustannie są genialni warsztatowo, brzmią zupełnie fantastycznie i budują taką ścianę dźwięku, od której przyjemnością jest się odbić. Kowalonek pasuje do nich wokalem, choć będzie się musiał strasznie namęczyć, żeby odczepić od siebie łatkę „Niezmiennie” (mnie ta piosenka od tygodni nie daje spokoju).

Piękny był ten wieczór. Trafiona zatopiona. Z mojej prawej Brz., z mojej lewej DŻ. Wystarczyło kilka minut, by przypomnieć sobie, czemu całymi latami te chwile spędzone na dusznych koncertach były najważniejsze z ważnych. Chyba chodzi o te basy miarowo przebiegające wzdłuż kręgosłupa. To uczucie zanurzenia w muzyce, dźwięki łaskoczące płatki uszu i opuszki palców. Światło, dym i ludzie i kilka linijek zapomnianego tekstu. Klawisze i cisza i doskonale wiem, co jest w kolejnym wersie, co się czai za sekundę, za dwie. To czekanie na fragmenty najbardziej ulubione z ulubionych, ta bliskość, że wystarczy wyciągnąć dłoń. Ten klimat, który na koncertach był tylko i wyłącznie w Mysłowicach, poczucie, że wszyscy są u siebie (jak bardzo się myliłam, wyszło dopiero po wielu latach, nieważne). Ciągnęło mnie do sceny, jak zwykle (dopiero kilka lat temu w teatrze zaczęłam uciekać w głąb widowni), byliśmy zbyt blisko, więc teraz szumi w głowie, huczy nutami wrzuconymi do jednego wora.

Miałem kiedyś plan...

Zł.

Brak komentarzy: