poniedziałek, 16 kwietnia 2012

Nieskończona historia Chłodnych poranków

Niespecjalnie miałam ochotę o tym pisać. Lakonicznie wspomniałam tylko, delikatnie, w notce poniżej. Przecież nie mam czasu na to, by na blogu pisać o złych spektaklach. Zazwyczaj się nawet nie znęcam, tytułów tu nie pojadę, żeby się w googlach wysoko nie pozycjonować z moimi opiniami nie-zawsze-na-tak. Tym razem jednak nie da się siedzieć cicho. Środową sztukę ostatecznie pogrążyła sztuka sobotnia. Nadają się idealnie, by je zestawić.

W obu spektaklach wpadamy na korytarze kamienic, niespecjalnych, zupełnie typowych, banalnie codziennych. Tam, w swoich mieszkaniach, na schodach, na klatkach – ludzie. Starzy młodzi samotni milczący wariaci rodzinni ambitni trudni, jak w piosence myslo „ja jak wszyscy jestem taki sam”. Każdy siedzi jak w swojej bańce mydlanej i tka ten swój jakiś życiorys, czasami te bańki się stykają przelatując gdzieś obok siebie, czasem pękają zamiast się połączyć. Emocje w tym siedzą. To znaczy powinny. W „Chłodnych porankach” w Teatrze Zagłębia emocji i relacji międzyludzkich nie odnotowano. W „Nieskończonej historii” w Teatrze Nowym w Zabrzu w zestaw emocji wyposażono każdego z bohaterów. Choć obie sztuki czają się wokół podobnych tematów, w odbiorze jest między nimi rów mariański.

W środę bohaterowie po kolei wychodzili na scenę, każdy coś opowiadał, po czym bohater znikał, ustępując miejsca kolejnemu, którego opowieść nie zbliżała się nawet do tego, co już usłyszeliśmy. Każdy swoje, jak jakieś samotne wyspy z wypracowania z liceum. W sobotę w Zabrzu historie postaci funkcjonowały razem sprawnie jak zębatki. Nawet gdy z początku może się wydawać, że w swoich wspomnieniach, sennych marzeniach czy majakach nad ranem odbiegają zbyt daleko od tak zwanej rzeczywistości, to ostatecznie i tak znajdują wspólny mianownik. Podgląda się to wszystko z zaintrygowaniem.

W Sosnowcu przestrzenią próbowali rządzić ludzie. W Zabrzu przedmioty, rytuały i ludzie kreowali ją na równych prawach. Ba, przedmioty też miały prawo głosu. Gadający Kalendarz zmiótł mnie pod fotel. I ta poskładana gazeta z ogłoszeniami, wciśnięta gdzieś pod mebel, żeby się nie kolebał!

W Sosnowcu zabrakło magii ukrytej w codzienności. Gdzie się podziało coś na kształt zagłębiowskiego genius loci? Bo chyba po to w ogóle powstał ten spektakl, żeby spróbować znaleźć tę niesprecyzowaną energię? I choć w tekście „Nieskończonej historii” nie pada nazwa żadnego z polskich miast, to wydaje mi się, że ten duch odnalazłby się równie dobrze w Sosnowcu, co w Zabrzu, Bielsku, Warszawie, gdziekolwiek… Choć wydarzenia popremierowe pokazały, że Zabrze nie do końca tego ducha akceptuje. Nie znam tego teatru i nie mam pojęcia, jaka jest tamtejsza publiczność, więc w tym większym szoku byłam czytając o tych wszystkich popremierowych poczynaniach... Do teraz nie potrafię zrozumieć, o co tyle szumu, choć spektakl obejrzałam i przemyślałam.

Może więc tamtejsza publiczność powinna udać się na grzeczne, spokojne „Chłodne poranki”, z romantycznym narratorem snującym się w zawilgoconych, oblezionych murach (żeby nie było wątpliwości, Grzegorza Kwasa lubię i cenię, tylko żal, że takiemu aktorowi nie pozwolono pokazać nic więcej), z oświetlanymi księżycem małżeńskimi rozmowami o życiu i śmierci, skoro nie przekonuje publiczności miasta Zabrze świetna Aniela Dąbkowa: zagubiona, wystraszona, wątpiąca. Jeśli boją się pewnego siebie przewodnika chóru (w tej wiodącej roli energetyczna Renata Spinek), niech go zamienią na przykład na bohatera Michała Bałagi, który nie powiedział zbyt wiele i tylko postanowił się konsekwentnie gimnastykować (tak jak przy Grzegorzu Kwasie, tęsknię za Bałagą-wariatem, jak z „Piaskownicy” czy z „Łysej śpiewaczki”). No i jeszcze chór w tym Zabrzu. Inny, konsekwentny, niewspółczesny, ale zaskakująco dobrze wpasowany w światek, w którym radio (TO radio) nigdy nie milknie, w którym na ulicy można wpaść na anioła, w którym zakupami rządzi rachunek prawdopodobieństwa, a pogrzebami dziwna, kolorowa, karykaturalna postać z wieńcem na tyłku. I Gilgamesz, i te wszystkie biblijne imiona, stalowe liny, i śmierć, i strach, obsesyjki i obsesje. To wszystko razem po prostu działa.

To była nasza pierwsza wizyta w zabrzańskim teatrze. 30 km w jedną stronę. Do Teatru Zagłębia – 3 km. Hm. Jeśli ktoś może nam polecić, na co jeszcze warto pójść do Teatru Nowego, czekam na informacje. Nie mam w Zabrzu nikogo znajomego, z kim mogłabym o tym pogadać. Nie żebym w Sosnowcu albo w Katowicach miała istne zastępy znajomych, z którymi można się pokłócić (albo po-godzić) o teatr…;)

Brzydalowi też się w Zabrzu podobało. I spektakl, i teatr. Narzekał tylko, że obok niego ktoś przez całą sztukę tak strasznie kaszlał...! Niestety byłam to ja.

Zł.

3 komentarze:

Anonimowy pisze...

Zapraszamy do Teatru Nowego w piątek 20,04,2012 o 19:00 na "Zdobywców" inteligentna komedia nie tylko dla tych co myślą o karierze, dzieciach i chcą to wszystko razem pogodzić:-)

Anonimowy pisze...

Zabrze pozdrawia i zaprasza do Teatru Nowego na spektakl Zdobywcy!

Złośnica pisze...

a ja słyszałam, że warto na "Gorące lato..." teraz już znam drogę, mogę jeździć:) pozdrawiam. zł.