wtorek, 3 kwietnia 2012

o "Miłości w Königshütte" raz jeszcze

Boże, jak dziwnie… miałam pisać o koncercie w piątek i o teatrze w sobotę, ale póki co mamy wtorkowe południe, a ja rozczochrana jak nieboskie stworzenie kwitnę sama w łóżku i nawet nie mam siły, żeby się porządnie podenerwować na tę całą sytuację. Już wczoraj popołudniu chciało się powiedzieć „wiedz, że coś się dzieje”, kiedy wczesnym wieczorem zakutałam się w kołdry i koce jak Eskimos w focze skóry i odmówiłam wychodzenia z sypialni. Następnie przez kilka godzin rzucałam się po łóżku i gadałam jakieś bzdury, skutecznie przeszkadzając Brzydalowi w spaniu. Ostatecznie o 2 w nocy obudziłam się z galopującą gorączką i bólem wszystkiego. Nad ranem Brz. zasugerował, żebym może nie szła dziś do pracy, na co ostatecznie przystałam (szczerze mówiąc, bałabym się jechać w tym stanie, a i tak w biurze zostałabym opierdzielona, że jestem nieodpowiedzialna i pewnie zarażam, więc won). Osiągnęłam dziwny stan, w którym pójście po herbatę do kuchni jest czynem heroicznym i niebezpiecznym. Zadzwonił Brzydal, który przypomniał, że przecież chciał mi zrobić herbatę, pytał o to nawet! Tak, Kochanie, o 6 rano, kiedy w majakach wydawało mi się, że jestem w biurze;).

Piątkowy koncert w Rebel Garden w Chorzowie – bajka. Ta knajpka z ambicjami robienia Czegoś Innego znajduje się zaraz przy głównym wejściu do ZOO. Wcześniej był to pawilon dla węży i małpiszonów (choć mam nadzieję, że nie mieszkały razem), teraz jest to miejsce, w którym można spotkać ciekawych offowych artystów, wybierać piwo z miliona rodzajów niedostępnych w Polsce i brać udział w różnych dziwnych imprezach, np. takich jak piątkowa. Jeśli ktoś by mi powiedział, że po koncercie będziemy losować wiersze z czesko-słowackiej antologii poezji, po to by je do mikrofonu czytać jak się komu podoba, popukałabym się w czoło. A tak właśnie było.

Ilekroć otwierały się drzwi, rozpoznawałam ludzi, z którymi chodziłam na koncerty lata temu. To wielka radocha dla mnie spotkać się z nimi wszystkimi, choć nikt się z nikim nie umawiał. Dla jakiejś tam grupy odbiorców obecność tam była oczywista. Wszyscy tacy dorośli! Kołnierzyki, sweterki, obcasy. Mniej lub bardziej poukładane albo postrzępione życiorysy. Koncert na dwie gitary bardzo udany. Wiecznie drażniący się ze mną gitarzysta nie chciał pokazać mi seta, żeby nie psuć niespodzianki, na co Dż: pokaż jej, jej się należy;). Hitem jest dla mnie piosenka „Echo i świat”, oparta na tak pięknej melodii, że wszystkie stacje radiowe powinny się o nią zabijać. Brzydala nie było. Pozwolił, bo do auta na skraj parku odprowadzili mnie koledzy.

O sobocie pisać trudniej, chociaż może nie tyle o sobocie, co o tym, co działo się później (i dzieje się nadal). Dyskusja o „Miłości w Königshütte” na bielskim portalu i w DZ to dno i metr mułu. Nauczona jestem, żeby nie zabierać głosu w takich miejscach, gdzie skaczą sobie do oczu anonimowi frustraci, panikarze bez twarzy, pieniacze i domorośli awanturnicy. Żal patrzeć, jak szalenie osobisty i poruszający spektakl, który wpadł w śląski teatralny światek jak granat, staje się pretekstem tylko i wyłącznie do polityczno-społecznej wojenki. Żal czytać, gdy recenzentka, którą od lat niezmiennie cenię, pisze tak ekstremalne bzdury, że zęby cierpną. Nie zdziwiłabym się, gdyby te kilkadziesiąt ociekających jadem komentarzy zamieściło dwóch czy trzech Polaków przez naprawdę wielkie P. Najgorszy typ internauty to internauta z tezą. Spektaklu nie widział, ale wie najlepiej. Jest w tej całej sytuacji pewien element humorystyczny: Brzydal i ja zostaliśmy przez panią Malicką wcieleni do RAŚ. Nie, nie wykrzykiwaliśmy haseł separatystycznych ani nie zakładaliśmy żółto-niebieskich opasek i nawet nie jesteśmy temu bliscy. Nasza wina jest innego rodzaju: mieliśmy czelność podnieść tyłki do oklasków! I to na oczach Pani Recenzent, byliśmy naprawdę blisko! Nowa jakość w polskim teatrze: spontaniczny standing to jasny sygnał, że RAŚ jest w natarciu! Gratuluję świadomości odkrycia teorii spisku. Naprawdę.

W tym komunikacyjnym szumie pojawiają się też bardzo merytoryczne głosy, co mnie cieszy, bo im więcej mądrych komentarzy, tym bardziej od tematu odbiegają ci, którzy zajmują się nim przypadkowo. Przykro trochę, że ludzie widzą ten teatr jako zjawisko bezczelne i podjudzające, a nie jako miejsce stawiania pytań i próby odpowiedzi na nie. W przypadku „Miłości w Königshütte” próba ta wypadła imponująco. Tym bardziej każdy kolejny przerysowany komentarz odbieram jakby ktoś mi dał po łbie i podkopywał moją percepcję. Żal artystów w tym wszystkim. Kawał dobrej roboty!

Ciężko wyczuć, jak się to skończy. Nie wydaje mi się, żeby teatr zajął jakieś oficjalne stanowisko wobec tej rozbuchanej wrzawy. Z niecierpliwością czekam na debatę 19 kwietnia, bo zastanawiam się, ilu z tych odważnych krzykaczy i obrońców polskości kupi bilet i przyjdzie się posprzeczać pod własnym imieniem i nazwiskiem.

Nie mogę się doczekać, aż zobaczę "Miłość..." drugi raz.

Złośnica

3 komentarze:

Anonimowy pisze...

Byłem, zobaczyłem i wybiorę się na pewno jeszcze raz. Fakt że mnie i innym osobom z którymi rozmawiałem w pewnym momencie oczy zrobiły sie szkliste jest najlepszym dowodem że sztukę trzeba zobaczyć. Nieboszka Polska

Anonimowy pisze...

Z nienawiści do RAŚ ludzie zrobią wszystko. Ten atak wobec klaskających to chyba na zasadzie "Kto nie z nami, ten przeciw nam".

Brzydal i Złośnica pisze...

Wydaje mi się, że już niedługo kurz opadnie, sprawa ucichnie, tylko jakieś takie zatęchłe powietrze zostanie na dłużej... DZ sam sobie zrobił krzywdę publikując tę recenzję. Wbrew temu co myślałam, jednak pojawiło się bardzo konkretne oświadczenie teatru, na to pospiesznie DZ opublikował swoje, ale już kilka tonów cichsze i delikatniejsze niż ten pierwotny artykulik. W tym samym czasie ogólnopolska GW opublikowała naprawdę dobry tekst, który mógłby w ogóle zamknąć tę dyskusję http://m.wyborcza.pl/wyborcza/1,105226,11477978,_Milosc_w_K%C3%B6nigsh%C3%BCtte___My_ze_Swietochlowic.html Pozdrawiam i do zobaczenia na widowni 19 kwietnia. Tym razem idę na parter, tam nasłuchiwać rzekomych gwizdów;). Złośnica