sobota, 28 kwietnia 2012

parapapaparara...

Co robisz w piątek po pracy? Może byśmy wszystkie wyszły gdzieś… - zaproponowała telefonicznie moja szefowa późnym wieczorem kilka dni temu. Z Brzydalem właśnie byliśmy zajęci podziwianiem ostatniej powieszonej przez nas szafki, którą oglądaliśmy w takiej ciszy, jakby była jakimś cudem techniki. Jasne, spotkajmy się w naszym ścisłym, sprawdzonym gronie, ale u nas, a nie jak zawsze w Hipnozie. Koleżanki były na tak i nawiedziły nas stadnie. Rozpierzchły się po mieszkaniu, zajrzały w każdy kąt, zadały milion pytań, dostrzegły to, co niedostrzegalne („aaaaa zobaczcie! Sąsiad bez koszuli łazi naprzeciwko!!!” – po tym tupot dwunastu stóp…), z kuchni nie dało się ich wypędzić, wszystko brały do rąk, śmiały się z naszych starych zdjęć i z kabli, na których pewnie kiedyś zawisną jakieś lampy. Tymczasem udawanie idealnej pani domu wciąż się udaje. Oprócz częściowego zalania stołu mini kegiem, nie odnotowano poważniejszych uchybień: nic nie spaliłam, nie potłukłam, nic nie wybuchło, sąsiedzi nie przyszli i policji też nie było. Początkowo 100% babska impreza z biegiem czasu stała się koedukacyjna, śmiech odbijał się echem od pustych ścian, historie krążyły zupełnie niezwykłe. Tylko Brzydal twierdził, że my tylko o pracy rozmawiamy… To po części prawda, ale wreszcie był czas i nastrój, by rozmawiać o pracy w taki sposób, w jaki nie da się rozmawiać na co dzień. Kilka godzin minęło tak, jakby ktoś tylko pstryknął. Zostało full zdjęć, z którymi teraz nie bardzo wiadomo co zrobić.

Dziś rano przeciągnęłam się leniwie, obudzona jakimś zbłąkanym sms-em. Brzydal wyszedł jakieś 2 godziny wcześniej. Słońce opierało się o żaluzje i jedyne, na co miałam ochotę, to zrobić kawę, pomalować paznokcie i pójść na balkon czytać książkę. Nagły przeskok na tryb „teatr” przypomniał mi, że z tych planów nic nie wyjdzie, bo w południe ustawiłam się na spektakl. Hm. To może chociaż ta kawa. Wchodzę do kuchni, a tam… aaa, no tak. Parapetówka. Najwyraźniej nie wszystko zdążyłam zrobić wczoraj. W przedpokoju kątem oka złapałam swoje odbicie w lustrze i pogratulowałam sobie fantazyjnej fryzury. Czas się zbierać, żeby mnie do tego teatru wpuścili…

Średnia wieku na widowni na moje oko nie przekraczała 5 lat. Reakcje dzieci były zupełnie fascynujące. Gdy aktorki wodziły wzrokiem za jakąś nieistniejącą, przelatującą muchą, to dzieci też wodziły oczami za muchą zamiast patrzeć na aktorki! Pluszowa przestrzeń sceny i widowni, wypełniona miękkimi poduchami i pufami, zdecydowanie sprzyjała małym widzom. Ja natomiast nie umiałam odpędzić myśli, że nie pamiętam z dzieciństwa ani jednego spektaklu na żadnej ze scen (nie to co mój brat, który uparcie twierdzi, że do teatru już nie musi chodzić, bo był już trzy razy, z czego wszystkie trzy na „Calineczce” 30 lat temu…). I ten teatr, z którego wychodzi się wprost na cmentarz! Wcześniej byłam tam tylko raz, na gościnnym „Tak wiele przeszliśmy…” Teatr dla dzieci jest dla mnie absolutnym niusem i nie do końca wiem, jak draństwo ugryźć.

Poza tym upał mnie zaskoczył. Przeprowadzając się te kilka tygodni temu nie myślałam o tym, że będę potrzebowała czegokolwiek na lato. Wpadłam więc do rodziców na poszukiwania rzeczy odpowiednich zmiennym temperaturom, a najbardziej ucieszyły mnie białe szpilki z kokardką, które są tak słodkie i tak obciachowe, że jako pierwsze wylądowały w moim samochodzie. W ogóle u rodziców jest cudownie. Można z Mamą przymierzać ciuchy, malować paznokcie na kolory landrynek, robić prasówkę, latać boso po trawie, szczotkować psy i nawet je gonić, gdy zadowolone latają wokół klombu ze szczotką w mordzie. I rozmowy półgłosem, chodź, opowiem Ci coś...

Z innych niusów, poszukiwania alergenu wciąż trwają. Żeby odreagować, z Brzydalem wymyślaliśmy hipotetyczne tytuły artykułów na pierwszą stronę „Faktu”. Póki co wygrywa wiele mówiący nagłówek: "Szok! Zabiła konkubenta drewnianą miską bo kaszlał!”

Trzymajcie się.

(z przyczyn tylko sobie znanych) nieustannie rozkojarzona Zet.

Brak komentarzy: