środa, 11 kwietnia 2012

po co?

Ostrzegano mnie przed tym spektaklem, ale jak zwykle nie chciałam słuchać. Powinnam nareszcie nauczyć się doceniać to, że ktoś mi dobrze radzi.

- Idę.
- Po co? – i wszystko jasne.

Jeszcze kilka takich sztuk, a naprawdę zacznę słuchać tych wskazówek subtelnych jak kursk;).

Magiczne to było? Plastyczne? Bohaterowie ponad czasem? Taa, pewnie, a ja jestem księżniczką czardasza.

Odkryłam jednak coś niezwykłego… Co to za uczucie, jechać do teatru na godzinę 19, a o 18.30 jeszcze latać po domu bez butów, szukać perfum i pakować torebkę, po to by ostatecznie i tak być w teatrze na czas. Wychodzi na to, że 5 minut stąd mam teatr, a godzinę stąd – Teatr…

W sobotę jedziemy z Brz. do jeszcze innego teatru, w którym jeszcze nigdy nie byliśmy. Do soboty muszę napisać tekst (najlepiej jutro), zaliczyć jakiś tam sprawdzian na czeskim, też jutro (nie miałam czasu się uczyć, bo teatr) i przeczytać tekst sztuki, który dostałam w środku nocy i który mnie nęci (w piątek maks). W pracy dziki zapieprz. Wypełniania miliona zadań nie ułatwia moje pogłębiające się rozkojarzenie, takie bardzo bardzo. Nawet dzisiaj na widowni sama siebie musiałam kilka razy w myślach opieprzyć, że nie po to tam kwitnę (na tej pustej, cholera, widowni), żeby myślami oddalać się z prędkością światła. Średnio zadziałało.
  
Zł.

Brak komentarzy: